Gary Anderson zrobił show na scenie w Alexandra Palace. Doświadczony Szkot był o krok od rzucenia pierwszego nine-dartera (wygranej w dziewięciu rzutkach) w tegorocznych mistrzostwach świata w Londynie, ale… jak sam przyznał – „spalił to”. Po emocjonującym meczu z Jermaine’em Wattimeną zażartował z sytuacji, rozbawiając reportera i kibiców.
Spotkanie zakończyło się wynikiem 4:3, choć Anderson mógł zamknąć ten mecz znacznie szybciej. Holender zdołał wrócić do gry i postawił faworytowi twarde warunki. Anderson wygrał 18 legów, przy 16 rywala, a cała batalia przypominała ich wcześniejszy pojedynek z 2018 roku – również zakończony wynikiem 4:3 dla „The Flying Scotsmana”.
ZOBACZ WIDEO: Aż się popłakał. Tak Boruc wzruszył Fabiańskiego
Tuż po ostatnim rzucie Wattimena uniósł rękę przeciwnika w geście uznania. Szkot przyznał w rozmowie z talkSPORT, że pojedynek dał mu się mocno we znaki. – Mówisz, że miałeś flashbacki? Ja miałem palpitacje, nie flashbacki. Ale nie, fajny mecz – powiedział z uśmiechem.
W pewnym momencie wydawało się, że Anderson sięgnie gwiazd. Trafił siedem razy potrójne 20, następnie potrójną 19 i miał przed sobą podwójną 12. Rzut mógł dać mu pierwszego nine-dartera tych mistrzostw i premię w wysokości 60 tysięcy funtów (niespełna 290 tys. złotych).
Spudłował jednak wyraźnie, a przez halę przeszedł jęk zawodu. „Rany boskie” – skwitował jeden z komentatorów TVP Sport (wideo poniżej).
– Miałem szansę, ale to spaliłem – przyznał bez ogródek. – Powiedziałbym to dosadniej, ale nie mogę na antenie. Powiedzmy, że to coś związanego z łóżkiem… – dodał żartobliwie. Dziennikarz Ian Danter tylko odparł: – Myślę, że potrafimy dopowiedzieć sobie resztę.
Anderson zakończył mecz ze średnią 102,24, ale nie był do końca zadowolony ze swojej gry. – W pierwszym meczu było średnio, w drugim miałem 105, ale sporo pudłowałem na podwójnych. Jeśli to poprawię i utrzymam scoring, może być dobrze – ocenił.