Natalia Żaczek: Kiedy Sandro Pertile ogłaszał pana nowym kontrolerem sprzętu, wspominał o pańskiej wojskowej przeszłości. Środowisko z kolei komentowało, że bije od pana związana z tym aura. To pomaga w pełnieniu tej funkcji, łatwiej o posłuch?

Juergen Winkler: Tu nie chodzi o posłuch. Dla mnie to całkowicie jasne, że mamy zasady i jesteśmy trochę jak policja, która ma je egzekwować. Jeśli ktoś przestrzega zasad, nie musi się bać. Jeśli jedziesz z przepisową prędkością, nie obawiasz się kontroli. Myślę, że moje doświadczenie na pewno trochę pomaga mi w byciu rygorystycznym w kwestii ich przestrzegania. Od tego w końcu są.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Ile lat spędził pan w wojsku?

Trudno odpowiedzieć precyzyjnie ze względu na system, który działał kiedyś w Austrii. Służyłeś w wojsku, potem szedłeś na chwilę do normalnej pracy, a później znów wracałeś do armii. W tym czasie bywałem w innych krajach w ramach misji specjalnych. Głównie były to wyjazdy związane z prowadzeniem śledztw, różnego rodzaju szkoleniami praktycznymi czy edukacją. To było dość interesujące. Z przerwami trwało to mniej więcej 20, 25 lat.

Jakaś misja szczególnie zapadła panu w pamięci?

Działo się sporo ciekawych rzeczy, ale wolałbym zbyt wiele o tym nie opowiadać. Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że najbardziej interesującym aspektem tego wszystkiego było poznanie różnych kultur i nauczenie się, że czasami niektóre rzeczy nie są do końca takimi, jakimi się wydają. Czytasz coś w mediach o sytuacji w danym kraju, a później jedziesz tam i widzisz, że jest zupełnie inaczej. To nauczyło mnie czujności.

Nie tylko tym zajmował się pan poza skokami…

Pracowałem też w dużej amerykańskiej firmie. Zajmowała się kupowaniem innych mniejszych firm, a ja byłem odpowiedzialny za ich integrację i ustalenie, które z ich części pozwalają na zarabianie pieniędzy, a których lepiej się pozbyć. Od 2000 r. prowadzę swój biznes. Po drodze miałem kilka innych współprac, ale ostatecznie wróciłem do swojego projektu. Można powiedzieć, że to praca w konsultingu.

Uczę ludzi zarabiać pieniądze. Sprawianie, by stali się lepszymi liderami to element mojego coachingu, ale ostatecznie chodzi po prostu o to, by odnieść sukces. Ścieżka coachingu każdego z klientów jest mocno spersonalizowana.

A którą z własnych ścieżek w skokach uważa pan za najbardziej ekscytującą? Trochę ich było…

To prawda. Byłem sędzią, delegatem technicznym i już wcześniej brałem też udział w kontroli sprzętu. Przez dwanaście lat czuwałem nad organizacją zawodów Alpen Cup, serii dla młodszych skoczków. Co prawda konkursy te nie są rozgrywane pod auspicjami FIS, ale ściśle współpracujemy. Ze skokami jestem zresztą związany przez całe moje życie. Pochodzę z Bad Mitterndorf, więc nie mogło być inaczej.

Sam skakałem, ale skończyłem bardzo wcześnie, nie miałem zbyt wiele talentu. Nie chciałem zostawiać świata skoków, więc wciąż tu jestem, ale już po drugiej stronie. Od 1986 r. pracowałem na Kulm. Byłem tam dyrektorem przed ostatnich zawodów. To był ekscytujący czas, bo loty narciarskie to coś naprawdę wyjątkowego. Uważam je za nasz flagowy produkt.

Ta obecna rola to największe dotychczasowe wyzwanie, jeśli chodzi o skoki?

Nie do końca. Pamiętam wiele trudnych sytuacji z czasów, gdy organizowałem zawody na Kulm. Zwłaszcza te, gdy brakowało śniegu albo inne czynniki sprawiały, że warunki pogodowe były po prostu trudne. To fakt, że wtedy wyzwanie trwało jeden weekend, a to potrwa przez cały sezon, ale naprawdę jestem dumny z naszego zespołu. Wszyscy pracowaliśmy na to, żeby opanować sytuację.

Gdy szukano następcy Christiana Kathola, w mediach nazywaliśmy to stanowisko gorącym krzesłem. Nie miał pan obaw?

Nie, bo to nie współgra z moją osobowością. W zasadzie nie obawiam się niczego. Tak jak mówiłem, w przeszłości zajmowałem się naprawdę wieloma rzeczami. To dopiero były wyzwania. Przez cały ten czas byłem jednak blisko skoków, wiedziałem, co się dzieje. Jasne, zdawałem sobie sprawę, że przed nami spore wyzwanie, ale też wiedziałem, że jeśli uda nam się stworzyć mocny zespół, odniesiemy sukces.

Jak dzielicie się obowiązkami z Mathiasem Hafele?

Ogółem praca całego zespołu opiera się na otwartej komunikacji. Nad większością spraw pracujemy razem. Nie tylko na Pucharze Świata, konsultujemy się ze sobą przez cały tydzień. Z mojej strony to głównie planowanie, logistyka, zarządzanie zasobami ludzkimi, natomiast Mathias jest znakomitym ekspertem od sprzętu, więc odpowiada za rozwój całej procedury, sposobów pomiaru. Tak jak mówiłem, ostatecznie pracujemy wszyscy razem, nie tylko ja i Mathias.

Co pana zdaniem było w ostatnich latach największym problemem skoków w kwestiach związanych z kontrolą sprzętu?

Myślę, że zbyt duża luka, która się wytworzyła. Po jednej stronie było szeroko pojęta kwestia rozwoju sprzętu, mowa tu zarówno o producentach, jak i sztabach, a po drugiej stronie procedura kontroli, metody pomiarów. Chcieliśmy zniwelować tę lukę najszybciej jak to możliwe.

I jest pan w pełni zadowolony z tego, co udało się zrobić?

Może nie mówiłbym, że w pełni, ale na pewno usatysfakcjonowany. Najbardziej cieszę się z tego, że tworzymy zespół: nie jest tak, że za wszystko odpowiada jedna osoba. Naprawdę jesteśmy dużą drużyną: licząc osoby z kombinacji i kobiecych skoków, jest nas 15 czy 16 osób. Jesteśmy blisko, działamy razem i to jest naszą największą siłą.

Co jeszcze według pana przyniosły te zmiany?

Wymieniłbym dwie kwestie. Ta pierwsza jest ściśle związana z tym, o czym mówiłem wcześniej. Więcej osób oznacza więcej kontroli. Druga sprawa to to, że my tak naprawdę nie zmieniliśmy zasad a procedury. To przede wszystkim zasługa Mathiasa, że udało się opracować metody pomiaru, dzięki którym nie tylko możemy działać lepiej, ale przede wszystkim w sposób, który jest zrozumiały dla ekip.

Właśnie po to Mathias spotykał się z zespołami i wyjaśniał, jakie są nasze oczekiwania. To jest główna różnica w porównaniu z przeszłością. Teraz nasze relacje z teamami są naprawdę dobre. Myślę, że zmieniło się też nastawienie ekip. Nie tylko my chcemy pracować z nimi, ale także oni z nami.

Nie chciał mówić pan o pełnej satysfakcji… Już teraz ma pan w takim razie w głowie elementy do poprawki?

To proces, który ciągle trwa. Przez cały czas zastanawiamy się, jak możemy robić to wszystko lepiej, wydajniej. Pracujemy nad kilkoma rzeczami, ale główna zmiana, która być może pojawi się już w przyszłym roku, jest związana z logistyką, a dokładniej technical approval [zatwierdzanie sprzętu — przyp. red.]. To dla nas niezwykle istotna procedura.

Z jednej strony daje nam to dużą przewagę, ponieważ widzimy kombinezony przed rywalizacją, ale wiąże się to też z tym, że musimy przyjeżdżać na zawody co najmniej dwa dni wcześniej. To sprawia trochę trudności, być może uda się to nieco uprościć. Oczywiście nie chcemy tracić na jakości tych kontroli. Jest kilka punktów podczas tej procedury, które możemy przyspieszyć. Teraz jednak za wcześnie, by o tym mówić.

Latem Sandro Pertile podkreślał, że pańskie doświadczenie w branży IT pomoże w przejściu do pomiarów cyfrowych. O pokonkursowej kontroli z pomocą skanerów mówił już Christian Kathol. W najbliższej przyszłości to realne rozwiązanie?

Być może kiedyś będzie to możliwe, ale na razie nie jest to nasz główny cel. Systemy dostępne obecnie faktycznie są szybkie i precyzyjne, ale jednocześnie bardzo drogie. Te koszty wykraczają daleko poza nasz budżet. Dlatego w najbliższej przyszłości raczej nie będzie możliwości, byśmy z nich skorzystali.

Tylko że ta obecna procedura chyba wciąż nie daje 100-procentowej pewności, że unikniemy takich sytuacji jak ta z mistrzostw świata w Trondheim.

Nigdy tego nie wiesz. Jedyne co możemy zrobić to ściśle przestrzegać zasad, które sami wprowadziliśmy, a także je rozwijać i niezmiennie egzekwować. Reszta nie zależy już od nas.