Bułgaria jest jednym z państw, w których na przełomie roku dzieje się najwięcej. Dwa zdarzenia o gigantycznym znaczenie dla tego państwa zbiegły się tak naprawdę w jednym czasie. Po pierwsze, co było wiadome już od dawna, z początkiem 2026 r. Bułgaria weszła do strefy euro. Co prawda, jeszcze przez miesiąc można płacić w sklepach lewami, ale faktem jest, że euro staje się główną walutą tego państwa (więcej na ten temat w tym artykule). Tymczasem na kilka tygodni przed końcem roku w kraju wybuchły ogromne protesty, które doprowadziły do upadku rządu.
Rząd obalony. Euro w tle, ale nie na sztandarach
W pewnym momencie na ulicach Sofii protestowało około 100 tys. osób, które domagały się zmiany władzy. Poparcia im udzielił im nawet prezydent Bułgarii Rumen Radew. Napisał w mediach społecznościowych, że to ludzie zagłosowali za wotum nieufności dla rządu. Premier Rosen Żelazko nie miał, więc wyboru i złożył dymisję. – Władza pochodzi od suwerena. Słyszymy głos obywateli. W tej chwili ich żądaniem jest dymisja rządu – przyznawał w parlamencie. Polityczna zawierucha, która doprowadziła do masowych protestów i kilku głosowań nad wotum nieufności dla rządu, zaczęła się z powodu planowanych cięć w budżecie.
Mimo że budżet został okrojony m.in. z powodu zmiany krajowej waluty, to nie ona była zapalnikiem społecznych emocji. „Problematyka przyjęcia euro nie była szczególnie poruszana w trakcie antyrządowych protestów. Demonstrujący domagali się walki z korupcją, odpolitycznienia instytucji państwa i odsunięcia od władzy najbardziej wpływowych decydentów – lidera GERB Bojka Borisowa i przewodniczącego DPS-NN Delana Peewskiego” – wyjaśnia w komentarzu dla Next.gazeta.pl analityk Ośrodka Studiów Wschodnich Jan Nowinowski. I warto podkreślać, że antyrządowe protesty nie odnosiły się do zmiany waluty, bo ten przekaz jest często mylnie powielany.
„Nacjonalistyczna partia Odrodzenie próbowała wykorzystać moment społecznego uniesienia i przypomnieć o swoim sprzeciwie wobec wdrożenia wspólnej waluty w debacie publicznej, ale nie spotkało się to z zainteresowaniem protestujących czy mediów. Zresztą ich wcześniejsze manifestacje w tej sprawie przyciągały maksymalnie kilka tysięcy osób. Rząd podjął w ostatnim roku szereg niepopularnych decyzji i ta o przyjęciu euro była pewnie jedną z nich, ale to nie ona przesądziła o wyjściu ludzi na ulice” – zauważa Jan Nowinowski. Sprawa euro może jednak wrócić, chociaż to prawdopodobnie nie ona zdominuje dyskusję polityczną w Bułgarii.
Zobacz wideo W UE tylko Bułgaria i Rumunia wydają mniej na ochronę zdrowia niż Polska
Dymisja premiera. Co czeka Bułgarię?
Sytuacja wygląda obecnie następująco. Teoretycznie możliwe jest stworzenie kolejnej koalicji, ale w praktyce kraj zmierza ku kolejnym wyborom parlamentarnym. Według konstytucji Bułgarii, prezydent musi wykonać „trzy kroki” w celu stworzenia nowego rządu. Najpierw mandat do utworzenia rządu otrzyma największa partia w parlamencie, czyli GERB. Jeśli ta misja się nie powiedzie, zadanie utworzenia gabinetu otrzyma druga największa partia, czyli PP-DB. W ostatnim kroku to prezydent decyduje, komu powierzyć misję utworzenia rządu. W przypadku niepowodzenia sam prezydent mianuje tymczasowy rząd i ogłasza przedterminowe wybory.
W debacie parlamentarnej przed głosowaniem nad dymisją rządu wszystkie partie wchodzące w skład obecnego parlamentu zdecydowanie zaprzeczały, że chcą stworzyć nowy rząd. W praktyce oznacza to, że Bułgarię już niedługo czekają ósme wybory w ciągu czterech lat. „W pierwszych czterech miesiącach 2026 r. w Bułgarii prawdopodobnie dojdzie do przedterminowych wyborów parlamentarnych. W związku z tym, jakie żądania formułowali protestujący, wydaje się, że w kampanii wyborczej dominować będą kwestie walki z korupcją, przywrócenia praworządności czy izolacji partii Borisowa i Peewskiego” – wskazuje Jan Nowinowski. Nie można jednak całkiem wykluczyć wykorzystania tematu euro.
Euro namiesza w wyborach? W tle emocje wobec Unii Europejskiej
„Wiele zależy od tego, jakie będą pierwsze skutki wdrożenia wspólnej waluty. Generalnie doświadczenia innych państw Europy Środkowo-Wschodniej pokazują, że w pierwszych miesiącach po wstąpieniu do strefy euro krótkoterminowo obserwowany jest wzrost inflacji. Z drugiej strony, bułgarski lew od 1999 r. był powiązany sztywnym kursem z euro. Z tego powodu lokalni ekonomiści często twierdzą, że ograniczy to początkowe tąpnięcie cenowe w Bułgarii i przyjęcie wspólnej waluty będzie płynniejsze. Jeśli jednak nastąpi wzrost cen lub pojawią się jakieś nieprawidłowości przejściowe, zapewne partie nacjonalistyczne (zwłaszcza prorosyjskie Odrodzenie) będą podnosić ten problem i wykorzystywać go na poczet krytyki politycznego głównego nurtu” – przewiduje.
Niewykluczone, że w te same tony uderzy prezydent Rumen Radew, który od dłuższego rozważa utworzenie swojego ugrupowania. Bułgarska głowa państwa nie sprzeciwiała się euro per se, ale chciała, aby zadecydowano o tym na drodze referendum. Mimo że Sąd Konstytucyjny orzekł, iż jest to niezgodne z ustawą zasadniczą.
Wróćmy na chwilę do wspomnianych już protestów. W mediach społecznościowych przedstawiane były m.in. jako protesty przeciwko nie władzy, a Unii Europejskiej. To zwyczajnie nie jest prawda. Poparcie dla UE w Bułgarii jest. Według badań Alpha Research z marca br. 61 proc. Bułgarów pozytywnie ustosunkowuje się do członkostwa w UE (15 proc. negatywnie). Taki sam odsetek uważa, że ich kraj skorzystał na przynależności do UE (Eurobarometr z marca br.), choć jest to wynik poniżej unijnej średniej. Nie oznacza to jednak, że podobnie jak w innych państwach UE, nie rosną tam nastroje antyeuropejskie. Rosną. A gdyby transformacja walutowa okazała się boleśniejsza, niż zakładają ekonomiści, mogą być tylko bardziej wzmożone.
Rośnie antyeuropejska emocja. Politycy to wykorzystają?
„W Bułgarii jest (i zawsze była) część społeczeństwa nastawiona sceptycznie do członkostwa w UE czy NATO, opowiadająca się za polityką balansowania między Wschodem i Zachodem czy wręcz za opcją prorosyjską. Pamiętajmy jednak, że większość obywateli wspiera prozachodni kurs Sofii” – uspokaja Jan Nowinowski. „Antyeuropejskie nastroje nie są niczym nowym, a wręcz krytycyzm względem Brukseli bywał jeszcze większy w minionych latach. W związku z tym istniały i istnieć będą siły polityczne, które będą wykorzystywać takie poglądy części społeczeństwa. Takie emocje eksploatuje wspomniane już Odrodzenie, ale też mniejsze partie: Miecz i Majestat. Są one raczej typowymi siłami opozycyjnymi, których skrajność sprawia, że mają pewien sufit poparcia (aktualnie łącznie ok. 20 proc.). Ich radykalizm odrzuca przeciętnego wyborcę i bardzo ogranicza ich możliwości przejęcia władzy czy współrządzenia” – dodaje.
Wspominany „sufit” dotyczy partii, które są już na bułgarskiej scenie. W kraju jest jednak duży potencjał na powstanie partii, która wykorzysta antyrządowe nastroje. Dołoży do tego eurosceptyczne nastawienie i może realnie namieszać w politycznym układzie. W badaniu Alpha Research z grudnia tego roku aż 40 proc. Bułgarów wskazało, że władzę w „poprotestowym ładzie” powinna przejąć zupełnie nowa siła. „W Bułgarii istnieje potencjał na powstanie partii, która nie podważałaby wprost członkostwa w UE, a raczej grałaby na nutach suwerenistycznych i eurosceptycznych, podobnie jak Fidesz Viktora Orbána czy Smer Roberta Ficy” – zauważa analityk OSW.
Wielu komentatorów twierdzi, że lukę tę mógłby wypełnić prezydent Radew. Cieszy się on najwyższym zaufaniem społecznym spośród tamtejszych polityków. Bywa też porównywany do wspominanego premiera Słowacji ze względu na zbliżony narodowo-socjalny rys ideowy. „Gdyby potencjalna partia głowy państwa zdołała przejąć władzę, wówczas Sofia mogłaby na forum międzynarodowym np. śmielej sprzeciwiać się pomocy Ukrainie czy kolejnym sankcjom na Rosję. Na razie jednak poruszamy się w sferze domysłów, gdyż Radew wciąż nie założył ugrupowania, a i sondaże na razie go nie uwzględniają” – podkreśla Jan Nowinowski.
Rosjanie czekają na rozwój sytuacji w Bułgarii
W tle tego wszystkiego są oczywiście Rosjanie, którzy będą chcieli namieszać i odegrać znaczącą rolę w zbliżających się wyborach. „Trzeba też wspomnieć, że prorosyjskie sentymenty czy antyzachodnie zaszłości czynią Bułgarię wrażliwą na sączoną z Moskwy dezinformację. Analizy aktywności w mediach społecznościowych (głównie TikTok i Facebook, w mniejszym stopniu YouTube i Telegram) wskazują np. na wzmożenie narracji antyeuropejskich w okresie przedwyborczym w 2024 r., gdy Bułgarzy dwukrotnie udali się do urn. Rozsadnikiem tych treści były często konta powiązane z nacjonalistycznymi Odrodzeniem, Mieczem i Majestatem. Za ich pośrednictwem rozprzestrzeniane są też nieprawdziwe informacje dotyczące polityków głównego nurtu czy procesu przyjęcia euro. Nie możemy wykluczyć, że w nadchodzącej kampanii wyborczej sytuacja może się powtórzyć” – przewiduje analityk OSW.
Jedno jest pewne, Bułgaria to prawdopodobnie jedno z państw europejskich, do którego w 2026 r. będziemy często wracać.