Każdego roku Bangkok, stolica Tajlandii przyciąga miliony turystów swoimi świątyniami, ulicznym jedzeniem i pulsującym nocnym życiem. Za neonowym blaskiem Sukhumvitu, Khao San Road czy Chinatown kryje się jednak zupełnie inna rzeczywistość — ciemny świat seksturystyki, który funkcjonuje równolegle do przyjaznej i turystycznej fasady miasta. To zjawisko nie jest nowością: od lat Tajlandia znajduje się w centrum globalnej turystyki seksualnej, przyciągając zwłaszcza turystów z Zachodu. W dużej mierze to efekt połączenia wysokiej siły nabywczej zagranicznych turystów z ograniczonymi możliwościami ekonomicznymi kobiet pochodzących z prowincji czy krajów sąsiednich, takich jak Birma, Laos czy Kambodża. Seks w stolicy Tajlandii jest niemalże na każdym kroku i można go kupić łatwiej niż butelkę zimnego, lokalnego piwa Chang.

W praktyce wygląda to tak: na ulicach widać kobiety zachęcające turystów do masażu, który na pierwszy rzut oka wydaje się legalny i niewinny, ale często kończy się usługami seksualnymi. Wiele z tych kobiet trafia do tej branży z braku alternatyw, a presja finansowa, wyzysk i w niektórych przypadkach przymus od pośredników lub właścicieli „salonów masażu” tworzą niebezpieczne i przestępcze środowisko. Równocześnie system turystyczny i kulturowe stereotypy wzmacniają popyt na tego rodzaju usługi. Dla wielu zachodnich turystów jest to „egzotyczne doświadczenie”, dla osób pracujących w tej branży — codzienna rzeczywistość z problemami zdrowotnymi, prawnymi i psychologicznymi.

„Massaaaaage, massaaaaage!”. Ta sama 40-latka krzyczy kolejną godzinę z melodyjnym akcentem na drugą sylabę, głośna niczym muezin wzywający wiernych na modlitwę. Obserwuję ją codziennie przez cały czas mojego pobytu w mieście — jej „stoisko” znajduje się przy głównej ulicy Bangkoku, tuż przy hotelu, w którym się zatrzymałem. Dla zachowania pozorów, kobieta stoi przy banerze z napisem „Laundry” („Pralnia”).

Zaczyna pracę 11, kończy przed północą. Rzadko stoi sama, najczęściej w duecie lub nawet w kwartecie z koleżankami. Wszystkie ubrane jak pielęgniarki lub pomoc medyczna, każda w dłoni trzyma ofertę z cennikiem. Na papierze wszystko wygląda w porządku: masaż stóp, masaż głowy lub masaż całego ciała, cena różni się w zależności od długości sesji. Jednak szybko wiadomo, o co chodzi: kobiety zaczepiają wyłącznie mężczyzn z zagranicy, idących wzdłuż ulicy samotnie lub w grupach. Pary, rodziny i grupy turystów są dla nich transparentne.

"Salon masażu" w Bangkoku

„Salon masażu” w BangkokuMarcin Mroczko / Onet

Ci, którzy się zatrzymują, szybko dowiadują się, że „coś ekstra” jest możliwe — masaż z „happy endem”? 1000 batów (120 zł). Coś więcej? Oczywiście. Wszystko jest kwestią ceny i umowy. Zwykły masaż też jest możliwy, ale kobiety nie są nimi zainteresowane, to usługa, którą można kupić w jednym z dziesiątek salonów masażu w pobliżu. Zwabiony klient odchodzi z jedną z pań w boczną uliczkę, do „salonu”, banknoty przechodzą z rąk do rąk i tylko król smutno spogląda [na wszystkich tajskich banknotach znajduje się wizerunek Król Tajów Maha Vajiralongkorn Bodindradebayavarangkun (Rama X)].

Salony masażu na zapleczu Sukhumvit Rd

Salony masażu na zapleczu Sukhumvit RdMarcin Mroczko / Onet

Cierpienie tysięcy kobiet

Skala seksturystyki w Tajlandii jest trudna do oszacowania, ale dane i badania pokazują, że zjawisko jest masowe i głęboko zakorzenione w strukturze kraju.

Tajlandia ma reputację jednego z globalnych centrów seksturystyki i przemysłu seksualnego — a mimo to dokładne dane dotyczące skali tej działalności pozostają fragmentaryczne i często sprzeczne.

Według organizacji International Union of Sex Workers (IUSW), publikującej co kilka lat globalne zestawienie krajów z największą liczbą pracowników seksualnych, Tajlandia ma obecnie około 250 tys. osób pracujących w branży seksualnej, co daje jej — według tego rankingu — 8. miejsce na świecie (wg informacji podanych przez Nation Thailand). W praktyce jednak te liczby to jedynie przybliżenie — IUSW zastrzega, że opierają się na szacunkach, a w Tajlandii nigdy nie przeprowadzono kompleksowego, rządowego spisu.

Nawet przy ostrożnych szacunkach mówimy o setkach tysięcy ludzi, dla których praca seksualna to realność — często z konieczności, nieraz bez dostępu do ochrony prawnej, ubezpieczeń, perspektyw. Wielu wchodzi do tej pracy jako migranci wewnętrzni (np. z ubogich regionów), inni — spoza Tajlandii.

Taki rozmiar branży oznacza, że seksbiznes jest głęboko zakorzeniony w społeczno‑kulturowym i gospodarczym krajobrazie kraju — mimo formalnej nielegalności. Co za tym idzie: problemy związane z seksturystyką — handel ludźmi, wykorzystywanie nieletnich, przemoc, brak praw pracowniczych — nie są marginalne ani odosobnione.

Chodź kowboju

Soi Cowboy to jak wejście w najgorsze zakamarki darknetu, jak wejście na imprezę gdzie pierwszy drink jest za darmo, ale i tak wyjdziesz z pustym portfelem i wyczyszczoną kartą kredytową.

Jest to jedna z najbardziej znanych ulic rozrywki dla dorosłych w Bangkoku, obok Patpong i Nana Plaza. To krótka, około 150‑metrowa uliczka przy stacji Asok, wypełniona neonami, barami go‑go i klubami, w których pracują tancerki oferujący pokazy i często również usługi seksualne. Wielu z ich klientów, mogłoby być ich nie tyle ojcami ile nawet dziadkami. W innym uniwersum te światy nie miałyby szans się spotkać, a teraz mężczyźni, którzy pobierają zapewne niemałą emeryturę w euro lub dolarach, kupują sobie czas, uwagę i zainteresowanie młodych kobiet.

Soi Cowboy

Soi CowboyChristopher PB / Shutterstock

„Chodź się zabawić” – roznegliżowane dziewczyny i kobiety zaczepiają turystów i zapraszają na drinka do baru, gdzie atmosfera szybko może zrobić się gorąca – nie z powodu awarii klimatyzacji, tylko wysokości rachunków. Turyści płacą za swój alkohol i drinki dla kobiet, nie zdając sobie sprawy z cen. Gdy przychodzi moment zapłaty drastycznie wysokich rachunków, pojawiają się „smutni panowie” z ochrony. Negocjacje są wykluczone.

Soi Cowboy czy okolice placu Nana to dla turystów to atrakcja przyciągająca obietnicą (drogiej i ryzykownej) całonocnej zabawy, ale za tym pozłotkiem kryje się mroczna rzeczywistość. Wiele młodych kobiet trafia tu z braku alternatyw ekonomicznych i doświadcza presji finansowej, wyzysku, a niekiedy wręcz przymusu ze strony pośredników i właścicieli barów. Choć praca seksualna nieletnich jest w Tajlandii nielegalna, w praktyce zdarzają się przypadki wykorzystywania osób poniżej 18. roku życia. Ulica funkcjonuje w szarej strefie prawa, gdzie kradzieże, oszustwa, przemoc wobec pracowników i turystów są na porządku dziennym.

Soi Cowboy

Soi CowboyDavid Bokuchava / Shutterstock

Równie uderzająca jest obecność na ulicach dużej ilość mężczyzn z Zachodu w każdym wieku spacerujących w towarzystwie Tajek, w zdecydowanej większości młodszych lub dużo młodszych od swojego partnera. To zjawisko jest nagminne i w oczywisty sposób wpisuje w strukturę turystyki seksualnej w Bangkoku. Ponownie na jaw wychodzi przewaga ekonomiczna turystów z Zachodu i brak alternatyw wśród lokalnych kobiet.

Łatwiej kupić towarzystwo niż alkohol

Ważnym problemem jest także prawo i jego (nie)egzekwowanie. W ostatnich tygodniach przez Tajlandię przetoczyła się dyskusja nt. zniesienia popołudniowej prohibicji, która obowiązuje od 14 do 17 oraz od północy do 11. Zakaz obowiązywał tylko w sklepach; w restauracjach i barach można napić się cały czas. Na próbę od 1 do 12 na pół roku zniesiono prohibicję popołudniową, aby uczynić kraj jeszcze bardziej przyjaznym dla turystów. PRZYJAZNYM. W kraju tysiąca uśmiechów nie dyskutuje się jak ograniczyć seksturystykę, tylko de facto jak ją zwiększyć przez jeszcze bardziej liberalne podejście do alkoholu.

Prostytucja jest w Tajlandii nielegalna, ale tolerowana zarówno przez społeczeństwo, jak i policję. Od 1996 r. w kraju obowiązuje również ustawa o zapobieganiu i zwalczaniu prostytucji, ale w praktyce nikt się tym nie przejmuje. Jeśli kobieta lub mężczyzna oferuje usługi seksualne za pieniądze, grozi im grzywna lub więzienie. Rzeczywistość jest jednak inna — mało kto trafia za kratki. Równocześnie dla turystów z zagranicy niska cena usług i łatwy dostęp sprawiają, że popyt na seksturystykę utrzymuje się na wysokim poziomie, co utrwala system wyzysku i nie widać na razie szans na zmianę tego stanu rzeczy.

Królestwo Uśmiechu jak często nazywa się Tajlandię, może być świetnym miejscem na zagraniczny i egzotyczny urlop, ale nie zmienia to faktu, że często za tym uśmiechem ukrywa się dramatyczny los tysięcy kobiet zmuszanych do pracy w seksbiznesie.