Wielki Marty” zmierza na wielkie ekrany. Premiera zaplanowana jest wprawdzie na 30 stycznia, ale już teraz możecie obejrzeć go w ramach pokazów przedpremierowych (listę seansów znajdziecie TUTAJ). Jak Josh Safdie poradził sobie z dramatem sportowym? Co wspólnego film o ambitmnym pingpongiście ma z „Jedną bitwą po drugiej„? I czy Timothée Chalamet jest naprawdę wielki? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w recenzji Jakuba Popieleckiego. Wielki Timmy? Recenzja „Wielkiego Marty’ego”
Timothée Chalamet – co o nim sądzicie? Jakub Popielecki zauważa, że wiele osób deklaruje niechęć do młodego aktora. Zwraca jednak uwagę na konsekwencję w budowanym przez niego emploi:

Ostatnią dekadę Timmy spędził de facto na graniu różnej maści pięknych gnojków: od licealnego edgelorda z „Lady Bird„, przez ludobójcę in spe Paula Atrydę z „Diuny” po zblazowanego Boba Dylana z „Kompletnie nieznanego„. Kolejne publiczne wypowiedzi aktora, w których składa sobie sam gratulacje, tylko potęgują ten efekt. W rezultacie często słyszę od znajomych, że go nie lubią. No to teraz uwaga, ludzie: rola Marty’ego Mausera, tytułowego „Wielkiego Marty’ego„, to jeszcze jedna taka rola. Możliwe, że najlepsza w jego karierze. Na pewno jedna z najbardziej dupkowatych.

Jak „Wielki Marty” wypada na tle wcześniejszych ról Chalameta? Krytyk pisze: 

Rola Marty’ego Mausera to rola gościa z wielkim ego, ale zagrana bez aktorskiego ego. Chalamet, ze szczurzym wąsikiem, monobrwią, trądzikiem i w drucianych okularkach, nawet nie wygląda tu jak Chalamet z żurnala czy ze ścianki. Timmy jest oczywiście tym lepszy, w im większe tarapaty pakuje się Marty: kiedy wije się jak piskorz pod naporem przeciwności, kiedy upokarzają go na lewo i prawo, kiedy w końcu pięknie rozkleja się do kamery. Dla aktora ostatecznym testem pewności siebie nie jest wcale zdolność epatowania pewnością siebie. Wręcz przeciwnie: raczej gotowość na pokazanie się nam w momencie największej słabości. I Chalamet nie uchyla się przed tym wyzwaniem. Wie bowiem, że widzowska sympatia czy antypatia nie znaczy nic, kiedy zdobędziesz coś lepszego: empatię.

wielki-marty-timothee-chalamet-recenzja-premiera-co-obekrzec-kino.jpg Czego możecie spodziewać się po solowym debiucie współautora „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów„? Na pewno nie typowego dramatu sportowego: 

Wielki Marty” to bowiem film „sportowy” tylko w teorii. A ściśle rzecz biorąc: film sportowy z astronomiczną, zajmującą jakieś 2/3 metrażu dygresją w środku. Faktycznie, historię spina pingpongowa klamra: dwa pojedynki między Martym a jego nemezis, Japończykiem Koto Endo (Koto Kawaguchi). Między tymi dwoma meczami biegnie scenariuszowa nitka motywacji głównego bohatera oraz „celu” opowieści. (…) W rozkręconą przez Marty’ego kabałę wplątuje się również m.in. jego ciężarna przyjaciółka Rachel (Odessa A’zion), kolega przekonany do produkcji piłeczek (Luke Manley), tajemniczy lokator szemranego hotelu (Abel Ferrara), jego pies, szukająca bitki grupa amatorskich pingpongistów i dużo więcej nowojorskich policjantów niż chciałby spotkać ktokolwiek. 

I choć brzmi to jak przepis na chaotyczną, skomplikowaną fabułę, Joshowi Safdiemu udaje się zgrabnie połączyć wszystkie wątki: 

Efekt jest taki, że oglądając „Wielkiego Marty’ego” czułem się, jakby ktoś opowiadał mi anegdotę, która nie może się skończyć, bo narrator wciąż odbija w kolejne dygresje, obiecując, że puenta kiedyś wreszcie nadejdzie, choć w rzeczywistości oddala się coraz bardziej i bardziej. Safdie nie jest jednak takim krętaczem jak jego bohater, bo w końcu spina wszystkie nitki, podprowadzając tak zwany „trzymający na krawędzi fotela” finał. To niemałe osiągnięcie: utrzymać widza zarazem zestresowanego i zaangażowanego przez bite dwie i pół godziny czasu ekranowego, a potem na dodatek obwiązać to pięknie kokardką satysfakcjonującej puenty.

Krytyk porównuje też film Josha Safdiego do „Jednej bitwy po drugiejPaula Thomasa Andersona

Z ostatnim filmem Andersona łączy „Wielkiego Marty’ego” również specyficzny czasowy fikołek. „Jedna bitwa po drugiej” brała rozgrywającą się w latach 80. fabułę książki Thomasa Pynchona i wrzucała ją we współczesność. Safdie z kolei opowiada historię z lat 50. (bardzo luźno inspirowaną biografią pingpongisty Marty’ego Reismana) – ale ilustruje ją muzyką rodem z lat 80. 

MV5BNTE0ZDc1YmQtNjE2Yi00Mzg2LWIyNzctNmQ4OWVkNzJlN2NiXkEyXkFqcGc.jpg

Kadr z „Jednej bitwy po drugiej”

A więc o czym tak naprawdę jest ten film? Popielecki pisze: 

Na planie symbolicznym „Wielki Marty” jest przecież opowieścią o drodze od zera do (anty)bohatera, opowieścią o underdogu snującym imperialne marzenia. I jeśli Marty ma uosabiać tu Amerykę, to uosabia Amerykę, którą poniosło ego, która sprzeniewierzyła swoją legendę, której do głowy uderzyła woda sodowa podgazowana przez własny PR. Ale cały numer „Wielkiego Marty’ego” polega na tym, że pomimo tego, jak bardzo antypatyczny, arogancki i egocentryczny jest główny bohater, nie możemy przestać mu kibicować. Proste: kiedy przeżywamy razem z bohaterem jego porażki, tym chętniej wiwatujemy, gdy wreszcie mu się udaje.

Całą recenzję znajdziecie TUTAJ.

Zobacz zwiastun „Wielkiego Marty’ego”
W „Wielkim MartymTimothéemu Chalametowi partnerują m.in. Gwyneth Paltrow, Kevin O’Leary, Odessa A’zionAbel Ferrara i Tyler the Creator. Przypominamy zwiastun: