
Trudno wyobrazić sobie przełom roku w Teatrze Muzycznym w Gdyni bez Koncertu Sylwestrowego. To tradycja podtrzymywana na tej scenie od przeszło 30 lat. Najnowsza wersja koncertu w połowie poświęcona jest Gdyni, która świętuje w tym roku 100-lecie i „opowiada” widzom swoją historię. Drugi akt to powrót do musicali – byłych i obecnych w repertuarze oraz tych, które na scenie Muzycznego mogą się pojawić.
Od lat koniec roku celebrowany jest koncertem, będącym z jednej strony sprawdzianem możliwości tanecznych i wokalnych artystów Teatru Muzycznego, z drugiej okazją do zaprezentowania repertuaru, który na Dużej Scenie pojawia się rzadko – to często muzyczne hity, przy których „nóżka chodzi”, a także okazja by „przymierzyć” się do największych musicalowych przebojów, także z produkcji, które na deskach gdańskiej sceny nigdy nie zagościły, jak „Król Lew” czy „The Book of Mormon”.
Od lat Bernard Szyc jako reżyser Koncertów Sylwestrowych proponuje dwa odmienne akty – jeden tematyczny, drugi karnawałowo-musicalowy. W pierwszej części bywały piosenki różnych epok czy też akademie poświęcone m.in. rozbudowie Dużej Sceny czy jubileuszowi teatru, w drugiej musicalowe i muzyczne perełki.

Tym razem pierwszy akt w całości wypełnia muzyczno-historyczny hołd dla Gdyni obchodzącej w 2026 roku swoje 100-lecie. Miasto zostało spersonifikowane i podczas pierwszego Koncertu Sylwestrowego na bis 2 stycznia zyskało bardzo konkretny kształt w osobie Karoliny Trębacz (tę rolę wykonuje ona zamiennie z Izabelą Pawletko).
Oprócz seksownej i pełnej energii Gdyni, bohaterami-przewodnikami publiczności po opowiadanej kolejnymi piosenkami historii tego miasta są dostojny, będący w słusznym wieku Gdańsk (Marek Richter), „sportowy” Sopot z rakietą tenisową w ręce (Aleksy Perski) oraz symbolicznie łączące te trzy miasta: nie zawsze zdążająca na czas SKM-ka (Anna Tomaszuk) i trójmiejska Mewa (Ewa Walczak).
Wieczór otwiera „Gdynia to ja” w wykonaniu Karoliny Trębacz – tak jak wszystkie inne teksty piosenek I aktu jest ona autorstwa Agnieszki Płoszajskiej (zapowiedzi do tej części przygotował Emil Płoszajski). Później, z udziałem Akrobatycznego Teatru Tańca Mira-Art oraz całym zespołem Muzycznego, wspartym słuchaczami Studium Wokalno-Aktorskiego z różnych roczników, dokonujemy sprinterskiej przebieżki przez cały ostatni wiek.

Nie brakuje piosenki rdzennych mieszkańców sprzed powstania miasta – Kaszubów („Hej, morze, morze” w wykonaniu Krzysztofa Kowalskiego) oraz wielu innych gdyńskich akcentów. Na chwilę pojawiają się budowniczy Gdyni Tadeusz Wenda i Eugeniusz Kwiatkowski („Budowa portu”), nie brakuje nawiązania do czasów II wojny światowej („Morze, nasze morze” śpiewane przez Mikołaja Pancerza z zespołem ) i odbudowy portu z efektownymi ewolucjami zawieszonych też po bokach widowni artystów Mira-Art.
Portowy charakter miasta podkreśla najbardziej efektowna w tej części sekwencja zejścia na ląd przybyszów z Meksyku (Paweł Bernaciak i Sebastian Wisłocki), Wietnamu (znakomita Aleksandra Meller), Stanów Zjednoczonych (Tomasz Więcek), Kuby (Rafał Ostrowski) i Afryki (Magdalena Smuk).
Najbardziej rozbudowaną scenografię (autorstwa Natalii Kitamikado), przypominającą kadłub statku, mają właśnie piosenki związane z morzem (m.in. „Kapitańskie tango” na Batorym czy „Song marynarzowych”, wykonywane zespołowo przez żeńską cześć zespołu). Znakomity epizod Danuty Baduszkowej, pierwszej dyrektorki Teatru Muzycznego, kreuje Magdalena Smuk.

Późniejsze wydarzenia Grudnia 1970, całą szarą rzeczywistość lat 80. oraz upadek komunizmu zamknięto w trzech piosenkach, z których ostatnia („89+”) w hiphopowym rytmie nawiązuje też do problemów współczesnej Gdyni – jak kwestii parkowania czy obecności dzików. Choreografię koncertu przygotowali Sylwia Adamowicz, Michał Cyran, Janusz Józefowicz, Mateusz Pietrzak i Joanna Semeńczuk)
Jednak cała ta część, choć momentami dowcipna, nie ma musicalowego rozmachu. Jest też formą opowiadania o mieście dla tych, którzy go nie znają – każdy Gdynianin doskonale zna wszystkie zawarte w tekstach informacje (może poza tymi, które naginają rzeczywistość, jak ta o hafcie kaszubskim z XIII wieku – w rzeczywistości powstał on kilka wieków później). Wydaje się, że ta akademia ku czci Gdyni sprawdzić się może podczas obchodów rocznicowych, jednak w kontekście karnawału okazała się skromna, stonowana i mało efektowna.

Druga część koncertu w połowie poświęcona jest produkcjom Muzycznego (trzy z nich to utwory ze spektakli obecnych w repertuarze, kolejne trzy to produkcje ze spektakli, które już spadły z afisza). Na uwagę zasługuje niebanalny dobór piosenek, bo zamiast największych hitów postawiono przede wszystkim na ciekawe interpretacje. Tanecznie bardzo efektownie wypadł „Fokstrot Alleluja” z „Mistrza i Małgorzaty” oraz „Cesarz ma córkę” z „Quo Vadis”.
Kolejny raz imponujące możliwości wokalne zaprezentowała Sandra Brucheiser – tym razem jako Pani Jeziora z songiem „Gdzie moja rola” z musicalu „Spamalot”. Znakomicie „Ciebie nie ima się czas” z ze musicalu „Hairspray” wykonali Rafał Ostrowski i Tomasz Gregor. Na wyróżnienie zasługuje świetnie zespołowo wykonana składanka z musicalu „Hamilton” oraz Karolina Trębacz jako Elphaba w doskonale przez nią zaśpiewanym „Defying Gravity” z musicalu „Wicked” (aktorka śpiewała partie filmowej Elphaby w polskiej wersji nagrodzonego Oscarami musicalu).

Bardzo dowcipnie zainscenizowano również „Hygge” z musicalu „Frozen” (w głównej roli Krzysztof Wojciechowski). W kontekście wrześniowej premiery Muzycznego – „Zakonnicy w przebraniu” – trochę niepokoi kiczowaty finał, podczas którego Karolina Merda z całym zespołem zaśpiewała słynne „Take me to heaven” z tego musicalu. Pozostaje wierzyć, że wersja sceniczna będzie się mocno odróżniać od tej zaproponowanej w Koncercie Sylwestrowym z cekinowymi kostiumami, wiszącymi na linach zakonnicami i projekcją gigantycznego krzyża.

Karolina Trębacz jako Elphaba w hicie kinowym „Wicked”
Zmienia się formuła Koncertu Sylwestrowego i z pewnością są to zmiany na lepsze (w tym roku zrezygnowano z przaśnej nauki i skandowania hasła dla artystów). Warto jednak pójść krok dalej i powierzyć reżyserię obu aktów koncertu różnym realizatorom. Wniosłoby to świeżość w ten lubiany przez publiczność format.