Jest późny sobotni wieczór w berlińskiej dzielnicy Zehlendorf. Śnieg pada gęsto, bezgłośnie. Ulica jest pogrążona w ciemności: nie działają latarnie, nie widać świateł w oknach, nie słychać żadnych odgłosów, które zdradzałyby, że mieszkają tu dziesiątki tysięcy ludzi. Przed drzwiami swojego domu stoi Matilda. Ma 76 lat, ręce głęboko schowane w kieszeniach kurtki.
Za nią: ciemność. Winda nie działa, światło na klatce schodowej jest zgaszone. — Po prostu nie ma prądu — mówi. Bez gniewu, raczej z trzeźwą oceną sytuacji. Matilda choruje na cukrzycę. Jej insulina leży w lodówce w mieszkaniu. Bez prądu się ogrzewa i staje się bezużyteczna. — Wtedy poziom cukru w mojej krwi wzrasta — mówi kobieta.
Matilda nie ma telefonu komórkowego, tylko telefon stacjonarny — który również nie działa. Sieć komórkowa w większości obszaru dotkniętego awarią prądu przestała funkcjonować. Połączenia nie da się nawiązać, wiadomości pozostają w zawieszeniu. — Nikt nie przychodzi i [nic] nie sprawdza. Nikt mi nie mówi, co się właściwie dzieje — relacjonuje. W radiu słyszy o punktach zbiorczych i schroniskach. Ale na zewnątrz jest ciemno jak w grobie, a śnieg sprawia, że jest ślisko. — Jak mam się tam dostać? — pyta 76-latka.
Dotknięte są również części sieci ciepłowniczej. W wielu mieszkaniach nie działa ani ogrzewanie, ani ciepła woda. Ci, którzy zostają, marzną.
Kilka ulic dalej ludzie ciągną walizki po śniegu. Kółka stukają o oblodzone chodniki. Starszy mężczyzna woła na ciemnej ulicy: „Oszczędzać, oszczędzać, oszczędzać! To właśnie może zrobić ten kraj dla swojej infrastruktury”. Do najbliższego schroniska ma dwa i pół km.
To, co widać w tę sobotę wieczorem na ciemnych ulicach Zehlendorfu, to słabość miasta o rozbudowanej sieci komunikacyjnej [jeśli chodzi o ataki na infrastrukturę]. W ciągu kilku godzin awaria centralnych sieci zasilających, ogrzewania i telefonii komórkowej sparaliżowała 45 tys. gospodarstw domowych i 2200 przedsiębiorstw w dzielnicach Nikolassee, Zehlendorf, Wannsee i Lichterfelde.

Schronisko niemieckiego Czerwonego Krzyża podczas przerwy w dostawie prądu w południowo-zachodniej części Berlina, Niemcy, 4 stycznia 2026 r.PAP/EPA/FILIP SINGER / PAP
Pożar sieci energetycznej w Berlinie. „To już terroryzm”
W niedzielę rano burmistrz Berlina Kai Wegner (CDU) podczas wizyty w schronisku spotkał się z wyraźnym niezadowoleniem swoich obywateli. Jak sam twierdzi, został poinformowany [o sytuacji] już w sobotę rano przez swoją senator ds. wewnętrznych i przez cały dzień pozostawał w kontakcie ze sztabem kryzysowym dzielnicy oraz ekspertami, pracując z domu. Dopiero w niedzielę udał się na miejsce, aby osobiście zapoznać się z sytuacją i przekazał zarządzanie kryzysowe administracji wewnętrznej.
„To nie jest tylko podpalenie lub sabotaż. To już terroryzm” — powiedział Wegner w programie rbb „Abendschau” [niem. Wieczorny przegląd]. Stoi za tym skrajnie lewicowa grupa, która „zaatakowała naszą infrastrukturę, zagrażając w ten sposób życiu ludzi”, na przykład osób starszych korzystających z respiratorów lub rodzin z małymi dziećmi. Policja, krajowy urząd kryminalny i urząd ochrony konstytucji zostały zaangażowane w sprawę, trwa również wymiana informacji z federalnym urzędem kryminalnym. Należy teraz zwiększyć presję, aby „szybko złapać” sprawców.
Senator ds. gospodarki Franziska Giffey (SPD) jeszcze w sobotę mówiła o „poważnych, bardzo, bardzo dużych szkodach”. W wyniku pożaru zniszczone zostały dwa kable wysokiego napięcia oraz kilka linii bocznych. Naprawa jest skomplikowana technicznie i uzależniona od warunków pogodowych. Według szacunków Stromnetz Berlin, przerwa w dostawie prądu może potrwać do przyszłego czwartku dla wielu z dziesiątek tysięcy osób dotkniętych awarią. Miasto ogłosiło stan klęski żywiołowej, aby ułatwić sobie skorzystanie z pomocy Bundeswehry.
Według informacji serwisu Die Welt kilka jednostek ochrony ludności z innych krajów związkowych jest gotowych do działania — są wyposażone w agregaty prądotwórcze, mobilne ogrzewacze, maszty oświetleniowe i inne materiały do zaopatrzenia awaryjnego. Jak dotąd Berlin nie zwrócił się jednak do nich oficjalnie z prośbą o pomoc.
„Kwestia ekstremizmu lewicowego została zaniedbana”
Według informacji służb bezpieczeństwa państwowego list z przyznaniem się do odpowiedzialności autorstwa skrajnie lewicowej grupy Wulkan jest autentyczny. Nie zawiera on wyłącznie uspokajających zapewnień, wspomnianych powyżej. W piśmie autorzy określają czyn jako „działanie na rzecz dobra publicznego” i wyjaśniają, że był skierowany przeciwko elektrowni w Lichterfelde, a tym samym przeciwko energetyce opartej na paliwach kopalnych. Jednocześnie sprawcy przyznają, że doszło do przerw w dostawach energii w kilku dzielnicach, ale mówią o „reakcjach łańcuchowych”, za które nie ponoszą odpowiedzialności. Dodają za to: „W przypadku wielu właścicieli willi w tych dzielnicach nasze współczucie jest ograniczone”.
Badacz ekstremizmu Peter R. Neumann ostrzega w wywiadzie dla Welta przed zjawiskiem, które przez długi czas było niedoceniane. — Temat ekstremizmu lewicowego był nieco zaniedbywany przed 2025 r. — mówi Neumann. — W ostatnich latach można było zaobserwować radykalizację skrajnej lewicy, która przeszła od rozmów do czynów, w tym do takich bardziej zdecydowanych i nielegalnych — dodaje. Ta zmiana nie jest przypadkowa, wynika z długotrwałego nasilenia ideologicznego.
— Przez ideologiczną konsolidację mam na myśli to, że w niektórych częściach skrajnej lewicy łączą się różne narracje kryzysowe — kryzys klimatyczny, krytyka kapitalizmu, sceptycyzm wobec technologii i odrzucenie państwa — wyjaśnia Neumann. — Efektem tego jest zamknięty światopogląd, w którym sabotaż nie jest już postrzegany jako przekroczenie granicy, tylko jako politycznie uzasadniony środek przyspieszający rzekomy upadek istniejącego systemu.
Neumann zalicza do tego schematu również domniemanych sprawców z grupy Wulkan. — To grupa, o której często było słychać 10-15 lat temu — mówi. Już wtedy zwróciła na siebie uwagę podpaleniem infrastruktury w Berlinie i Brandenburgii. Trudność polega dziś na tym, „aby wśród 40 tys. zarejestrowanych ekstremistów lewicowych znaleźć tych, którzy rzeczywiście są gotowi do użycia przemocy”.
W rzeczywistości grupa Vulkan jest od dawna znana niemieckim organom bezpieczeństwa. Berlińska służba ochrony konstytucji zalicza ją do spektrum anarchistycznego. Od czasu swojego pierwszego aktu w 2011 r. wielokrotnie przyznawała się do podpaleń i sabotażu w Berlinie i Brandenburgii. Celem były przede wszystkim obiekty infrastruktury energetycznej, transportowej i komunikacyjnej. W kilku przypadkach doszło do uszkodzenia kanałów kablowych wzdłuż linii kolejowych, ataków na maszty radiowe lub zniszczenia linii przesyłu danych. Grupa miała również przeprowadzić celowe ataki na zasilanie elektryczne fabryki Tesli w Gruenheide w latach 2021 i 2024.

Pieszy w dzielnicy Zehlendorf w południowo-zachodniej części Berlina, Niemcy, 4 stycznia 2026 r.PAP/EPA/FILIP SINGER / PAP
Blackout w Berlinie: Niemcy nie są przygotowane na takie scenariusze
Ekspert ds. bezpieczeństwa Manuel Atug, rzecznik grupy roboczej ds. infrastruktury krytycznej (AG KRITIS), od lat zajmuje się kwestią podatności infrastruktury krytycznej w Niemczech [na zagrożenia]. Nie widzi on w powtarzających się atakach nic nadzwyczajnego, a raczej problem strukturalny. — Jeśli wiadomo, gdzie znajdują się główne linie i węzły, można wywołać ogromne skutki stosunkowo prostymi środkami — mówi Atug w rozmowie z Weltem. Właśnie to wykorzystali ekstremiści, tacy jak grupa Wulkan.
Według Atuga faktyczna słabość [infrastruktury krytycznej] leży nie tyle w istnieniu ekstremistycznych podmiotów, ile w braku odporności systemów. — Awarie będą się zdarzać zawsze. Decydujące znaczenie ma to, jak szybko potrafimy je usunąć i jak dobrze jesteśmy na nie przygotowani — mówi. Fakt, że awaria kilku linii pozbawia dziesiątki tysięcy ludzi prądu, ogrzewania i łączności na kilka dni, wskazuje na braki w zarządzaniu kryzysowym.
Atug ostrzega przed traktowaniem takich ataków jako wyjątku. Niemcy są niewystarczająco przygotowane na takie scenariusze. — Mamy zbyt wiele krytycznych węzłów, w których pojedyncze awaria może wywołać reakcję łańcuchową — ostrzega ekspert. Ta wrażliwość jest znana od lat, ale nie jest konsekwentnie rozwiązywana na szczeblu politycznym. Decydujące znaczenie ma nie tyle całkowita ochrona każdego obiektu, ile zwiększenie odporności systemów. – Pytanie nie brzmi, czy coś się zepsuje, tylko jak szybko uda nam się zapewnić dla tego zamiennik – podsumowuje ekspert.