Naukowcy szacują, że do 2030 roku niektóre trasy samolotów mogą wiązać się ze zwiększonym ryzykiem. Wiąże się to z tym, że nasza orbita powoli, ale sukcesywnie zamieniana jest w śmietnik.

Przez lata kosmiczne śmieci były problemem „tam gdzieś”, wysoko nad naszymi głowami. Abstrakcyjnym, orbitalnym bałaganem, którym zajmują się inżynierowie i astronauci, a nie pasażerowie tanich linii lotniczych. Tyle że ten komfortowy dystans zaczyna się skracać. Coraz częściej to, co wynosimy na orbitę, wraca – i to dosłownie – na nasze trasy przelotów.

Statystyka brzmi jak ciekawostka, ale ma niepokojący ciężar: średnio raz w tygodniu jakiś fragment statku kosmicznego wpada w atmosferę Ziemi. Najczęściej są to puste stopnie rakiet albo martwe satelity, które przegrały walkę z oporem powietrza. Zwykle spalają się jak kosmiczne meteory, ale nie zawsze do końca. Czasem zostają po nich elementy wystarczająco duże, by przebić się przez dolne warstwy atmosfery. I właśnie tam zaczyna się problem dla lotnictwa.

Kosmiczne śmieci spadają i stwarzają zagrożenie

Ryzyko kolizji z samolotem jest wciąż niewielkie, ale już mierzalne. Naukowcy mówią o scenariuszach, w których do 2030 roku niektóre loty pasażerskie może mieć około jedną szansę na tysiąc, by znaleźć się na kursie kolizyjnym z kosmicznym złomem. Brzmi abstrakcyjnie? Przy tysiącach lotów dziennie zamienia się to w realny dylemat systemowy, nie science fiction.

Problem w tym, że w lotnictwie nie trzeba wielkiego obiektu, by doszło do katastrofy. Silniki odrzutowe są wrażliwe nawet na drobiny, podobnie jak w przypadku pyłu wulkanicznego. Fragment zbiornika paliwa czy metalowy element satelity nie musi spaść na ziemię, by narobić szkód. Wystarczy, że znajdzie się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

Czytaj dalej poniżej Niewyobrażalna strata. Legenda NASA odchodzi w zapomnienie Rosja chce mieć to na Księżycu? Dobre sobie. Oto, dlaczego im się nie uda

Historia zna już takie momenty. Głośny powrót chińskiego stopnia rakiety Long March 5B w 2022 roku doprowadził do zamknięcia przestrzeni powietrznej nad Hiszpanią i sparaliżował setki lotów. Paradoks polegał na tym, że okno zagrożenia trwało kilka minut, a skutki – godziny. To esencja problemu: ogromne marginesy błędu w przewidywaniu trajektorii wymuszają decyzje, które kosztują miliony i dezorganizują ruch lotniczy.

Grafika: depositphotos.com