Poniedziałkowy wieczór w Berlinie-Wannsee: boczna ulica, brak ruchu, brak światła. Na skraju stoi biały samochód dostawczy VW bez oznaczeń. Dwóch policjantów podchodzi do pojazdu, oświetlając latarkami karoserię i wnętrze. Trzeci policjant zabezpiecza kontrolę. Funkcjonariusze sprawdzają dane osobowe pasażera, pytają o rejestrację pojazdu.
Po ataku lewicowych ekstremistów na sieć energetyczną w południowo-zachodniej części Berlina policja skupia się w większym stopniu na potencjalnych przestępstwach: ciemność może przyciągać włamywaczy. W centrum uwagi funkcjonariuszy znajdują się tzw. puste transportery, które są niepozorne, przestronne i łatwe do załadowania. W nocy z soboty na niedzielę zatrzymany już został 34-letni domniemany włamywacz w takim pojeździe z hydraulicznym narzędziem do otwierania drzwi i drabiną na powierzchni ładunkowej. Kontrola białego transportera VW trwa tylko kilka minut.
Funkcjonariuszka mówi krótko: „Rutynowa kontrola”.
Wcześniej berlińska straż pożarna otrzymała zgłoszenie alarmowe: mężczyzna upadł w swoim mieszkaniu. Karetka pogotowia jedzie z włączonymi światłami ostrzegawczymi na Konigstrasse w Wannsee. Chodnik jest ledwo widoczny pod śniegiem i lodem, podłoże jest śliskie. Służby ratownicze ostrożnie posuwają się naprzód. Wchodzą do mieszkania, aby udzielić pomocy pacjentowi. Mija ok. 45 minut, zanim stan mężczyzny jest znów ustabilizowany. On również jest dotknięty awarią prądu. Nie ma światła, nie ma ogrzewania.
W końcu zostaje przewieziony do szpitala. W międzyczasie przed domem stoi sąsiad, wyraźnie poruszony. Mówi, że martwi go stan starszego mężczyzny.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Wkrótce potem policjanci odkrywają kilka metrów dalej starszą kobietę, która chwiejnym krokiem idzie z wózkiem sklepowym po oblodzonej Konigstrasse. Pomimo zimowych temperatur jest cienko ubrana i wydaje się zdezorientowana.
Policjantka zwraca się do niej i wzywa pogotowie ratunkowe. Ręce kobiety są blade, starsza pani wydaje się wyziębiona. Funkcjonariusze próbują ustalić jej tożsamość, dopóki pogotowie ratunkowe nie przejmie dalszej opieki.
Jedno z głównych schronisk dla osób poszkodowanych w regionie znajduje się w ratuszu Zehlendorf.
Kto wchodzi do holu, spotyka strażaków i służby ratownicze, które ogrzewają się, piją kawę i odpoczywają. Na ścianach siedzą mieszkańcy na krzesłach, niektórzy z torbami, inni z małymi walizkami. Pomiędzy nimi chodzą duszpasterze, cicho pytając, czy ktoś czegoś potrzebuje — herbaty, bułki, rozmowy.

Samochód przejeżdża obok ciemnych budynków podczas przerwy w dostawie prądu w południowo-zachodniej części Berlina, 6 stycznia 2026 r.EPA/CLEMENS BILAN / PAP
Na pierwszym piętrze znajduje się sala obywatelska. Stoją tam teraz łóżka polowe, ustawione blisko siebie. Niektóre są zajęte przez mieszkańców, którzy nakryli się kocami aż po brodę. Wszędzie słychać kaszel i pociąganie nosem. Przed salą pomocnicy urządzili prowizoryczną kawiarnię. Słychać brzęk kubków, ktoś rozdaje zupę. Panuje przygnębiająca atmosfera.
Juergen Stolte ma 84 lata. Siedzi na jednym z łóżek, trzymając ręce na kolanach. — W pomieszczeniu było dwanaście stopni — mówi. Niedawno on i jego żona byli chorzy — mieli ciężkie zapalenie oskrzeli i długo przebywali w szpitalu. — Jeśli zostaniemy w domu, umrzemy — powiedział do żony po awarii prądu. Nie mogli nawet zaparzyć kawy. W mieszkaniu robiło się coraz zimniej. O tymczasowym zakwaterowaniu Stolte mówi wprost: — Czuję się jak bezdomny.
Stolte opowiada spokojnym tonem, że pojechali autobusem do ratusza i zamierzają pozostać tu do czwartku. Wtedy zasilanie elektryczne powinno zostać przywrócone. — Tutaj od razu powiedzieli: „weźcie łóżka, zostańcie tu tak długo, jak tylko możecie”. To dobrze, nawet jeśli trudno jest opuścić własne mieszkanie — mówi.
Berlińska straż pożarna spodziewa się w najbliższych dniach wzrostu liczby takich interwencji. Szczególnie niepokojące są upadki i zagrożenie hipotermią, mówi rzecznik straży pożarnej Thomas Moschner. Wiele osób nadal pozostaje w zimnych mieszkaniach. Szczególnie trudna jest sytuacja osób wymagających opieki, które nie są oficjalnie zarejestrowane.
Nie możemy sprawdzić dziesiątek tysięcy gospodarstw domowych
— mówi Moschner. Trzeba polegać na informacjach od sąsiadów.
W całym dotkniętym obszarze powstały małe, zorganizowane przez wolontariuszy punkty pomocy. W domach parafialnych można dostać zupę, kawę i ciepłe pomieszczenie. Ale przede wszystkim rozmowy. Jednym z takich miejsc jest dom parafialny ewangelickiej parafii Emmaus w Berlinie-Dahlem. W sali starsze osoby siedzą przy stołach blisko siebie. Niektórzy rozmawiają, inni milczą. Pomocnicy przynoszą herbatę, sprzątają naczynia, pytają, czy wszystko w porządku. Nie ma planu działania, nie ma sztabu kryzysowego. To po prostu sąsiedzkie wsparcie.
Również Barbel S. pomaga tutaj. 71-latka opowiada, że dopiero w poniedziałek przeczytała w gazecie, że parafia oferuje wsparcie. — Pomyślałam, że pójdę i zobaczę, co mogę zrobić — mówi. Czy to gotowanie zupy, rozmowy czy słuchanie.

Ludzie siedzą w schronisku awaryjnym w sali gimnastycznej szkoły podczas przerwy w dostawie prądu w południowo-zachodniej części Berlina, 5 stycznia 2026 r.EPA/HANNIBAL HANSCHKE / PAP
Poza tym opiekuje się starszą parą, która również ucierpiała w wyniku awarii prądu, mówi Barbel S. Oboje mają ponad 90 lat. — Jest zimno. Nie mogą gotować. Jest ciemno — podkreśla. Mężczyzna cierpi na demencję, ale nie ma przyznanego stopnia opieki. Ledwo może chodzić. Oboje nie chcieli iść do schroniska. Dlatego przynosi im jedzenie, gorącą wodę, koce. I codziennie pozostaje z nimi w kontakcie. — Trzeba przecież pomóc — dodaje Barbel S. — Nie ma innego wyjścia.
Pospolite ruszenie. Wszyscy ruszyli na pomoc
Podczas gdy wolontariusze organizują się w domach parafialnych i ratuszach, inni zaczęli pomagać sobie sami.
Tak samo postąpił właściciel supermarketu w dotkniętych katastrofą obszarach, w którym od soboty w południe znów jest prąd. Nie z sieci, ale z generatora.
Po pożarze mostu kablowego w południowo-zachodniej części Berlina 50 tys. gospodarstw domowych i 2000 przedsiębiorstw pozostało bez prądu.
Właściciel chce pozostać anonimowy. Mówi, że dzięki wsparciu centrali w ciągu kilku godzin udało się zorganizować agregat. Jednak, jak twierdzi, było to zbyt późno dla większości towarów: produktów mrożonych, świeżych — „musiałem wyrzucić 18 wózków pełnych towarów”.
Do tego dochodzą koszty oleju napędowego, dodatkowego personelu i ochrony, która w nocy pilnuje kabli generatora. „To kosztuje około 100 tys. euro [421 tys. zł, według obecnego kursu walut]”.
Właściciel mówi, że nawet nie zwrócił się z prośbą do miasta.
— Nie są w stanie zareagować tak szybko, jak my — odpowiada. Klienci mogą nie tylko robić zakupy w sklepie, ale także ładować swoje telefony komórkowe. Do najbardziej poszukiwanych produktów należą drewno kominkowe i konserwy. Frustracja przedsiębiorcy wobec osób odpowiedzialnych za atak jest ogromna
Ludzie, którzy to zrobili, nie mają pojęcia, jak bardzo szkodzą małym, niezależnym przedsiębiorcom
— mówi rozżalony.
Przy stacji ładowania telefonów komórkowych w supermarkecie stoi Lars Hohne z żoną. Mieszkają w Wannsee i nadal nie mają prądu w domu, mówi 52-latek. — Jest bardzo zimno i bardzo ciemno — zaznacza. Wieczorne spacery po ulicach sprawiają wrażenie „apokaliptycznych”. Kiedy w niedzielę na krótko zapaliły się latarnie w okolicy, mieli nadzieję, że prąd wrócił. Jednak na ich ulicy nadal panowała ciemność.

Ludzie czekają na przystanku autobusowym podczas przerwy w dostawie prądu w południowo-zachodniej części Berlina, 6 stycznia 2026 r.EPA/CLEMENS BILAN / PAP
Hohne jest niezadowolony z komunikacji miasta. — Bardzo zła — mówi lakonicznie. Szczególnie niepokojące było to, że przez pewien czas nie działały ani numery alarmowe, ani telefony komórkowe. — Gdyby naprawdę coś się wydarzyło, nie można byłoby wezwać pomocy — dodaje. Wielu sąsiadów uciekło do hoteli. — Ci, którzy mogą sobie na to pozwolić — tłumaczy.
W takiej sytuacji chciałby, aby priorytety były inne. — W tych kryzysowych czasach należy bardziej myśleć o niemieckiej ludności — mówi Hohne. Gdyby osobom starszym, chorym i samozatrudnionym pomagano tak szybko i w takim samym zakresie, jak „uchodźcom z Ukrainy lub Syrii”, wiele udałoby się już osiągnąć.
Dobra mina do złej gry? Politycy uspokajają
W poniedziałek berliński senat poinformował o postępach w zaopatrzeniu szczególnie wrażliwych placówek. Jak poinformowała na konferencji prasowej senator do spraw zdrowia Ina Czyborra (SPD), do południa 64 z 74 placówek opiekuńczych w dotkniętych awarią dzielnicach zostało zasilone energią elektryczną z agregatów awaryjnych, a pozostałe dziesięć zostanie zasilone w ciągu dnia. — Wszystkie osoby wymagające opieki, które zostały tymczasowo przeniesione, mogą wrócić do swojego znanego środowiska.
Szczególnie duże obawy budziły osoby objęte opieką domową, zwłaszcza pacjenci wentylowani mechanicznie. W ich przypadku istniało chwilowe bezpośrednie zagrożenie życia. Dzięki pomocy krewnych i służb opiekuńczych udało się zidentyfikować te przypadki i zapewnić im opiekę, opisuje Czyborra.
Nie można jednak całkowicie wykluczyć, że w dotkniętych tym problemem dzielnicach nadal przebywają samotnie w swoich mieszkaniach osoby starsze lub bezradne.
Burmistrz Berlina Kai Wegner (CDU) mówił w poniedziałek o wyjątkowej sytuacji. Policja od kilku dni jeździła samochodami z głośnikami, a ponadto prowadzono rozmowy ze spółkami mieszkaniowymi w celu przeprowadzenia ukierunkowanych kontroli budynków.
Moje pilne wezwanie brzmi: dbajcie o swoich sąsiadów. Odwiedzajcie ich. Wszyscy musimy teraz uważać na siebie nawzajem
— mówił Wegner.
Według prognoz noc z wtorku na środę w stolicy Niemiec ma być najzimniejsza od początku roku.