20 kg bezradności

— Przed wybuchem wojny prowadziłam normalne, stabilne i szczęśliwe życie w Dnieprze. Miałam własną klinikę stomatologiczną. Budowałam dom i plany na przyszłość. Nigdy nie rozważałam przeprowadzki do innego kraju — opowiada Sestry Marina Lalakina.

[REKLAMA]

17 lutego 2022 r. wraz z rodziną pojechała na wakacje do Polski — do Zakopanego na narty. Nieoczekiwanie wyjazd ten zamienił się w przeprowadzkę, która zmieniła całe życie. Właśnie w tym czasie rozpoczęła się pełnoskalowa wojna.

  • Jak Maryna Lalakina znalazła pracę w Polsce?
  • Ile pacjentów przyjmuje klinika Maryny?
  • Jakie wyzwania napotkała Maryna podczas prowadzenia kliniki?
  • Co Maryna zmieniła w polskiej klinice w porównaniu do ukraińskiej?

— Byliśmy w szoku, ale już następnego dnia zaczęłam szukać pracy. Chociaż nie miałam przy sobie żadnych oficjalnych dokumentów, które pozwalałyby mi pracować jako lekarz za granicą. Dobrze, że uczyłam się języka polskiego dla siebie, kiedy byłam w ciąży. Ale rozumiałam tylko z 20 proc. Na początku nawet nie wiedziałam, jak powiedzieć po polsku „otwórz usta”, „zamknij usta”.

A jednak czwartego dnia znalazłam pracę w prywatnej klinice stomatologicznej. Miałam asystentkę, która trochę znała rosyjski, więc pomagała mi komunikować się z pacjentami — wyjaśnia Marina.

Ale najtrudniejsza okazała się nieznajomość języka. Marina pracowała pięć dni w tygodniu w mieście oddalonym o 25 km od wynajmowanego mieszkania. Prawie nie widywała dzieci, ciągle była w drodze lub w pracy. A do tego za skomplikowaną pracę ortopedyczną otrzymywała wynagrodzenie znacznie niższe od rynkowego. Wszystko to ostatecznie doprowadziło do depresji. Maryna zaczęła przybierać na wadze, zamykać się w sobie, odczuwać zmęczenie i bezradność.

Maryna LalakinaPartner Sestry

Maryna Lalakina

„Byłam zła na siebie, że dzieci zostały same w domu. Na pracodawcę — za warunki pracy. Byłam zła na wojnę. W ciągu pierwszego roku nagromadziło się tyle problemów, że straciłam siły. Przytyłam 20 kg ze stresu. Po prostu nie wytrzymywałam. A potem zrozumiałam: albo zacznę budować coś własnego, albo całkowicie się załamię. Powiedziałam sobie: Dość!. Zaczęłam szukać lokalu pod klinikę — własną. I w końcu znalazłam w Rzeszowie upadającą firmę stomatologiczną, która była na sprzedaż.

Błąd, który omal nie stał się fatalny

Klinika, którą znalazła Maryna, była całkowicie zaniedbana. Sprzęt był stary i prawie nie działał. Ale najważniejsze było to, że była cała dokumentacja.

Pierwsze miesiące były bardzo ciężkie. Nigdy w życiu nie widziałam takiego sprzętu. Wszystko było owinięte taśmą klejącą, urządzenia były przestarzałe i przerażające.

„Sama pomalowałam ściany w pomieszczeniach, uporządkowałam gabinety, naprawiłam sprzęt. Wszystko robiłam ręcznie, bo nie było pieniędzy. Wszystko zainwestowałam w zakup kliniki. Wydawało się, że to nigdy się nie skończy. Cztery miesiące musiałam pracować na tych starych urządzeniach. Ale ludzie przychodzili i mi ufali”.

Jeśli chodzi o dyplom, Maryna załatwiła wszystko oficjalnie, w Warszawie. Ważne w tamtym momencie było doświadczenie zawodowe. Ponieważ Marina pracowała już ponad 14 lat, pozostało jej tylko potwierdzić na piśmie znajomość języka polskiego.

„W tym momencie w Polsce działał specjalny program dla ukraińskich lekarzy. Teraz już nie, ale wtedy ukraińscy lekarze mogli pracować bez nostryfikacji dyplomów (wiem, że w wielu innych krajach nie ma takich możliwości i specjaliści najpierw pracują nie jako lekarze, ale jako asystenci lub w zupełnie innych dziedzinach). Mam czas na nostryfikację do 2027 r. Musiałam jednak zdać egzamin z języka polskiego na poziomie B2. Aby dobrze się przygotować, trzy razy w tygodniu uczęszczałam na zajęcia z korepetytorem”.

Następnie otrzymała oficjalne pozwolenie na pracę w swoim zawodzie.

 Najtrudniejsze po otwarciu kliniki było znaleźć profesjonalnych pracownikówPartner Sestry

Najtrudniejsze po otwarciu kliniki było znaleźć profesjonalnych pracowników

Nowa właścicielka niemal natychmiast stanęła przed wyzwaniami kadrowymi w klinice. Stary zespół, który pracował tu w momencie kupna kliniki, składał się wyłącznie z lokalnych pracowników — dwóch administratorów, menedżerki i dwóch lekarek. Marina zwolniła szybko wszystkich. Jednak podpisując nowe umowy, popełniła błąd — zatrudniła ich na czas nieokreślony.

„I praktycznie od razu jedna z administratorek poszła na zwolnienie lekarskie — na sześć miesięcy (zgodnie z polskim prawem pracownik może przebywać na zwykłym zwolnieniu lekarskim do 182 dni — red.)”.

Druga asystentka powiedziała mi kiedyś, że skoro Polska wiele zrobiła dla Ukraińców, powinnam być „cichsza niż woda, niższa niż trawa”. A kiedy zwróciłam jej uwagę, że po operacji chirurgicznej w pomieszczeniu wszystko musi być idealnie czyste, bez krwi, ona… nakrzyczała na mnie. I nie mogłam jej nawet za to zwolnić

– Niedługo ta asystentka też zaczęła brać zwolnienia lekarskie. Byłam tak urażona, że aż płakałam — przyznaje Marina.

Był to przejaw oporu wobec zmian. Z czasem przeciwko Marinie zaczęły buntować się również lekarki.

„Pewnego razu zauważyłam, że niektórzy lekarze nie zakładają plomb zgodnie z technologią i wyjaśniłam, jak należy to robić. W odpowiedzi usłyszałam, że »jeszcze nie byli pod Ukrainą« i żebym nie pouczała ich, jak mają pracować.

Przez pierwsze trzy miesiące często płakałam z tego powodu.

Znów czułam się bezsilna — wielu pacjentów i chaos w zespole. Ale pewnego dnia zgłosiła się do mnie pacjentka z Wrocławia. Okazało się, że jest sanitariuszką i pielęgniarką reanimacyjną z 15-letnim doświadczeniem, a w Polsce pracuje w domu spokojnej starości. Od razu zaprosiłam ją, żeby została moją asystentką — i okazało się to świetną decyzją”.

Nowa pracownica miała tak dobry wpływ na proces pracy i mikroklimat w klinice, że Maryna zdecydowała się zatrudnić kolejne ukraińskie administratorki i lekarki.

„Dzisiaj w zespole jest 20 pracowników. Wśród nich jest ośmiu Polaków. Nieuczciwe pracownice odeszły. Z dwiema lekarkami z poprzedniego zespołu w końcu doszłyśmy do porozumienia i nadal pracują.

Teraz staram się być bardziej ostrożna, zatrudniając ludzi. Chociaż ostatnio znów popełniłam ten sam błąd. Zatrudniłam nową pracownicę, a ona poprosiła o umowę na czas nieokreślony. Powiedziałam: „Nie dam ci takiej umowy, dopóki nie przepracujesz pół roku”. Ona zaczęła nalegać, błagać, powiedziała, że bardzo potrzebuje takich dokumentów dla rodziny. I uwierzyłam jej. A już po tygodniu poszła na zwolnienie lekarskie.

Od tamtej pory staram się trzymać się lepiej kontrolować. Nawet dyrektorka mojej kliniki, Polka, mówi: Nie pozwolę ci już podpisać takiej umowy”.

Podatki są wysokie, ale możliwości są jeszcze większe

Gdy tylko sprawy ruszyły do przodu, a klinika zaczęła przynosić zyski, Marina kupiła najlepszy sprzęt na rynku. Dzisiaj w klinice jest pięć foteli, a nawet tomograf komputerowy.

„Jeśli wcześniej obroty placówki wynosiły około 20 tys. zł miesięcznie, to teraz — 200 tys. Dziesięć razy więcej”.

Marina przyznaje, że prowadzenie prywatnej kliniki w Polsce nie jest łatwe. Wysokie podatki, z którymi wciąż nie do końca się ogarnęła. Mówi, że uczy się na własnych błędach.

„Jeśli ktoś ma na przykład pensję brutto w wysokości 5600 zł, to do ręki dostaje tylko 3800. Średnio mój miesięczny podatek od personelu wynosi około 50 tys. zł. To ogromna kwota. Do tego dochodzą jeszcze podatki od dochodów…

Ale są też plusy. W Polsce istnieje rozwinięty system leasingu. Gdyby nie on, nigdy nie kupiłabym swojego pierwszego sprzętu. Kolejną zaletą jest kredytowanie. Teraz, kiedy klinika działa już trzy i pół roku, bank może udzielić mi kredytu na milion złotych. I to pod 7,5 proc. w skali roku, co jest bardzo korzystne. Medycyna jest tu bardzo ceniona. A jeśli będę chciała otworzyć kolejną klinikę, bez problemu dostanę na to pieniądze.

To znaczy tak — podatki są wysokie, ale możliwości są jeszcze większe”.

Podczas pracyPartner Sestry

Podczas pracy

Osobna historia to kontrole. Na przykład sanitarne.

„Sprawdzają wszystko, co do najdrobniejszego szczegółu — dokumentację, warunki, przestrzeganie przepisów. A jeśli znajdą naruszenia — nakładają grzywnę. Moja pierwsza grzywna wyniosła 1200 zł. Pewnego razu jakiś mężczyzna przyszedł w niedzielę i zażądał jej przyjęcia. Odpowiedziałam: »W niedzielę personel nie pracuje, ponieważ jest to zabronione przez prawo. Tylko ja, jako właścicielka, mam prawo pracować. Niestety, nie zrobię tego«. Czuję, że była to kontrola.

Inny przypadek — wszedł inspektor z urzędu skarbowego i od razu poprosił o wszystkie dokumenty: kto ile zarabia, od kiedy pracuje itp.

‍Na początku bardzo denerwowałam się takimi kontrolami. Ale potem poszłam na kursy, gdzie wyjaśniono mi wszystkie niuanse prowadzenia działalności medycznej. Uporządkowałam dokumenty, sterylizację, procesy — i od tego czasu kontrole przestały być problemem”.

Ukraińska obsługa i polskie zasady

Większość pacjentów kliniki to Ukraińcy. Przyjeżdżają leczyć zęby nawet z Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Polacy początkowo przyglądali się uważnie, mówi Marina, ale z czasem część z nich stała się stałymi pacjentami.

„Polski poziom życia pozwala ludziom leczyć się w każdym wieku. Przychodzą do mnie kobiety w wieku 70+, które zakładają sobie korony cyrkonowe. Wyobraźcie sobie!

W Ukrainie przyzwyczaiłam się polecać emerytom plastikowe, niedrogie protezy, a oni mówią: »Nie, zrób mi normalną, wysokiej jakości. Ja jeszcze chcę żyć!«.

Tutaj ludzie mają taką możliwość i to jest najważniejsze. Zdarzyło mi się, że za jedną starszą panią przyszło jeszcze 10 jej koleżanek. Miło, gdy ludziom podoba się nasze podejście, troska, obsługa”.

Z pacjentem i lekarkąPartner Sestry

Z pacjentem i lekarką

Maryna musiała nauczyć swoich polskich kolegów niektórych niuansów ukraińskiej obsługi.

„Wyjaśniałam, czym jest obsługa w naszym rozumieniu: herbata, kawa, cappuccino, ładna kolorowa poczekalnia, miłe słowo — aby pacjent czuł się przyjemnie. Tutaj nie spotykałam często takiego poziomu obsługi. Tutaj zazwyczaj, jeśli przychodzisz na przykład zbadać wzrok, płacisz za wizytę — i otrzymujesz wyłącznie badanie wzroku. W Ukrainie inaczej podchodzi się do komfortu pacjenta. Różne podejścia i oczekiwania pacjentów”.

A jednak, co by tam nie mówić, ludzie potrzebują uwagi. — Nasi pacjenci to doceniają, czasem nawet zbytnio — uśmiecha się. „Zdarza się, że chcą przyjść o ósmej wieczorem, kiedy klinika już się zamyka. A my staramy się pomóc”.

Niektórzy Polacy opowiadają, że wcześniej jeździli leczyć zęby do Ukrainy, do Lwowa. A niektórzy wręcz przeciwnie. Był przypadek, kiedy Polka w średnim wieku krzyczała: „Jaka normalna klinika zatrudni Ukraińców?”. Tak zareagowała na Ukrainki w recepcji, mimo że dobrze mówią po polsku.

W pobliżu kliniki zerwano nawet numer rejestracyjny z ukraińskiego samochodu. „Wyszłam, wezwałam policję, a potem grożono mi zemstą”.

Maryna przyznaje, że nie odważyłaby się przejść tej drogi po raz drugi. Trudno nie tyle fizycznie, co psychicznie. Tym, którzy chcą zająć się biznesem medycznym, Maryna radzi, aby najpierw gdzieś popracować, a nie od razu otwierać własną działalność.

„W ten sposób najpierw zdobędziecie wiedzę, lokalne doświadczenie, będzie mniej zmartwień i gwarantowana pensja”.

— Na pewno nie otworzyłabym tak dużej kliniki. Ponieważ ciągle pojawiają się jakieś przeszkody. Na przykład mam tomograf komputerowy. Kupiłam go jeszcze w marcu, a firma serwisowa do tej pory nie wysłała ludzi, żeby go sprawdzili. Mówią, że jest kolejka.

To samo dotyczy dokumentów. Od stycznia tego roku moje dzieci nie mogą otrzymać karty pobytu. A to pomimo tego, że wykazuję swoje dochody i płacę wysokie podatki. Kiedy pytam, jak to możliwe, odpowiadają mi: „Proszę dostarczyć jeszcze jakiś dokument i być cierpliwą”.

To bardzo trudne. Ale pociesza mnie i podtrzymuje na duchu wsparcie moich bliskich, ludzi, którzy mnie rozumieją — przyznaje Marina.

Zdjęcia z archiwum bohaterki