Korespondencja z Bischofshofen

Siedemnasty Maciej Kot był najlepszym z Polaków we wtorkowym konkursie w Bischofshofen. Taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy od… 16 lutego 2017 r. Wygrywał wówczas zawody na skoczni normalnej w Pjongczangu.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

— Cieszy mnie jakość tych skoków, bo dały w końcu miejsce w czołowej dwudziestce. Cieszmy się z tego, co jest i pomału myślmy o tym, co przed nami. To dobre zakończenie trudnego dla mnie Turnieju — mówił w strefie mieszanej.

Trudnego, bo poza dzisiejszym 17. miejscem w Bischofshofen i 23. w Garmisch-Partenkirchen, Kot dwukrotnie zakończył rywalizację na pierwszej serii. Nie ulega jednak wątpliwości, że poziom maksymalny, jakim obecnie dysponuje, jest obecnie zdecydowanie wyższy niż w poprzednich latach. Już teraz zebrał 50 pkt w Pucharze Świata. By znaleźć lepszy dorobek punktowy, trzeba cofnąć się aż do sezonu 2017/18. Wtedy podczas całej zimy zgromadził 261 pkt.

— Nie powiedziałbym, że czuję się bardzo mocny mentalnie. Natomiast przez te wszystkie lata stałem się trochę gruboskórny. Tyle rzeczy przyjąłem na klatę, tyle przeżyłem… Nauczyłem się godzić z pewnymi rzeczami, z porażkami. Przez lata pracowałem z psychologami i ta praca na pewno nie poszła na marne. Wiadomo, że nie jestem mnichem, który robi, co chce na skoczni. Zawsze jest sporo pracy do zrobienia, ale takie dni jak dziś dają sporo pewności, radości i swobody —mówił dziś Kot.

Wrócił do zapisków. To pomogło w Bischofshofen

— Zdawałem sobie sprawę, że ten turniej będzie pewnego rodzaju „eliminatorem”, że będzie trudny pod wieloma względami. Do tego skocznia, która zazwyczaj mi nie leżała. Ale w zeszłym roku, jeszcze w Pucharze Kontynentalnym, odkryliśmy coś z trenerem Wojtkiem Toporem. Zapisałem to, wróciłem do tych zapisków i dziś to skakanie znowu funkcjonowało. Cieszy mnie, że na tak trudnym dla mnie obiekcie te skoki były niezłe — usłyszeliśmy.

Sam doskonale zdaje sobie sprawę, że podczas Turnieju zabrakło mu przede wszystkim stabilności. — Poza Innsbruckiem, na każdej skoczni pojawiały się skoki na czołową dwudziestkę — w Oberstdorfie, Garmisch i tutaj. Tylko Innsbruck się wyłamał. Brakowało tego, by na nowej skoczni już pierwszy skok treningowy był na wysokim poziomie, z dobrą pozycją, żeby nie marnować treningów na szukanie czucia — mówił.

Cieszyć mogą z pewnością słowa o rezerwach. — Są w każdym aspekcie — fizycznym, mentalnym, sprzętowym. Dzisiejsze skoki były na lekkim limicie. To nie były bardzo dobre skoki — przyznał.

Skoczkowie nie będą mieli zbyt wiele czasu na odpoczynek. Już w weekend wystąpią w zawodach Pucharu Świata w Zakopanem.