— Doktryna Monroe to wielka sprawa, ale my znacznie ją prześcignęliśmy. Teraz nazywamy to doktryną Donroe — oznajmił w sobotę (3 stycznia) prezydent Stanów Zjednoczonych po operacji schwytania Nicolasa Maduro. — Trochę o tym zapomnieliśmy, ale nie zapominamy już o tym. Zgodnie z naszą nową Strategią Bezpieczeństwa Narodowego, amerykańska dominacja na półkuli zachodniej nigdy więcej nie będzie kwestionowana — dodał.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jakie są założenia doktryny Donroe?
Co oznacza uprowadzenie Nicolasa Maduro?
Jakie są konsekwencje interwencji w Wenezueli?
Kto skrytykował strategię administracji Trumpa?
Departament Stanu USA tego samego dnia zamieścił na platformie X komunikat z napisem wielkimi literami: „TO NASZA PÓŁKULA”.
Doktryna Monroe w wersji Donalda Trumpa
Mimo retorycznej klarowności tego przekazu, nadal nie jest jednak jasne, co w praktyce oznaczać będzie „doktryna Donroe”. Doktryna Monroe, do której odwołuje się Trump, to koncepcja wyrażona przez prezydenta Jamesa Monroe w 1823 r. Piąty prezydent Stanów Zjednoczonych ostrzegł wówczas państwa europejskie przed dalszą kolonizacją zachodniej półkuli i jednocześnie oświadczył, że Ameryka nie będzie ingerować w sprawy Europy. Idea ta była drogowskazem dla amerykańskiej polityki zagranicznej przez dekady — do czasu, gdy Stany Zjednoczone stały się światowym mocarstwem.
Teraz powraca w nieco zmienionej formie. W Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, wydanej przez Biały Dom, czytamy, że „trumpowskie uzupełnienie” doktryny oznacza „przywrócenie amerykańskiej dominacji na półkuli zachodniej oraz ochronę ojczyzny i dostęp do kluczowych obszarów geograficznych w całym regionie”.
„Uniemożliwimy konkurentom spoza tej półkuli rozmieszczanie sił zbrojnych lub innych zagrażających zasobów, a także posiadanie lub kontrolowanie strategicznie ważnych zasobów na naszej półkuli” — podkreślono w dokumencie.
Teoria jedno, a praktyka?
Zdaniem Mieczysława Boduszyńskiego, byłego amerykańskiego dyplomaty i profesora Pomona College w Kalifornii, nadal nie wiadomo, jak w praktyce będzie realizowana ta polityka i co to oznacza dla polityki USA wobec pozostałych regionów.
— Szczerze mówiąc, nie wiemy jeszcze, co to znaczy. Jeśli Chiny lub Rosja będą miały konkretne inwestycje, czy interesy w Ameryce Łacińskiej, to co z tym zrobimy? Nie jestem pewny, czy ta administracja, tak naprawdę, sama to wypracowała — ocenił ekspert w rozmowie z PAP. Jak dodał, skupienie się przez Waszyngton na zachodniej półkuli i otwarte poparcie idei stref wpływu jest potencjalnie sprzeczne z polityką powstrzymywania Chin w Azji, faworyzowaną przez część przedstawicieli administracji.
— Mieliśmy całe komisje kongresowe, całe departamenty wewnątrz resortów poświęcone rywalizacji z Chinami. Ale mamy ograniczone zasoby, w tym zasoby wojskowe. Tymczasem Chiny to wielki gracz z coraz większymi zasobami — zauważył Boduszyński. Zaznaczył przy tym, że do operacji przeciwko Wenezueli i jej blokady morskiej — która ma zostać utrzymana na dłuższy czas — sprowadzono znaczną część sił USA z innych regionów świata.
Ekspert dodał, że problem z przewidywaniem sposobu realizacji „doktryny Donroe” polega również na braku spójności w zespole Trumpa.
— Widzimy tutaj wpływ różnych frakcji na tę politykę — w tym przypadku byli to Stephen Miller i Marco Rubio. Ale różne frakcje mają różny wpływ na różną politykę, więc to wszystko jest dość chaotyczne — zaznaczył rozmówca PAP.
Nowa doktryna uderza w Chiny?
Z poglądem tym nie zgadza się J. Michael Waller, analityk Center for Security Policy w Waszyngtonie. Według niego „doktryna Donroe” jest dostosowaniem XIX-wiecznej polityki do nowych realiów, w których głównym rywalem USA są obecnie Chiny, a nie mocarstwa europejskie. W jego ocenie operacja w Wenezueli wpisuje się w politykę rywalizacji z Chinami, odbierając Pekinowi ważnego sojusznika. Waller uważa też, że nie oznacza to ograniczenia ambicji USA w Azji i Europie, bo ruch ten komplikuje sytuację Pekinu, co poprawia sytuację europejskich sojuszników Ameryki.
— Stałe siły morskie i baza ChRL na Morzu Karaibskim byłyby katastrofą dla wszystkich naszych sojuszników na całym świecie. Dlatego obserwowanie tak małego wsparcia (dla operacji w Wenezueli) ze strony sojuszników jest bardzo frustrujące. Jakiekolwiek zaopatrzenie na wypadek poważnej wojny w Europie zależałoby bowiem, w dużej mierze, od naszych szlaków żeglugowych przez Kanał Panamski z Teksasu, a także z Nowego Orleanu. To wszystko płynie przez Morze Karaibskie — zaznaczył Waller. — Jest to wielkie zwycięstwo zdolności Ameryki w kontekście pomocy sojusznikom z NATO. Mam nadzieję, że Europejczycy poprą (interwencję w Wenezueli), zamiast wyrażać wobec tego krytykę lub sceptycyzm — dodał.
Uderzenie w prawo międzynarodowe
Zdaniem Boduszyńskiego, w sprawie amerykańskiej strategii pewne jest to, że administracja Trumpa na dobre odeszła od dążenia do demokratyzacji oraz podkreślania znaczenia prawa międzynarodowego, nawet jako „listka figowego”. Ekspert nawiązał w tym kontekście do międzynarodowej interwencji w Libii i obalenia w 2011 r. reżimu Muammara Kaddafiego.
— Byłem wtedy w administracji i to było coś zupełnie innego: zebraliśmy międzynarodową koalicję, otrzymaliśmy rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ. Libijscy oficjele żądali interwencji — wspominał Boduszyński. Jak jednak przyznał, błędem było wówczas zbyt szybkie przeprowadzenie wyborów w Libii, przed wzmocnieniem instytucji państwowych. — W Wenezueli widzimy coś odwrotnego. Problem w tym, że — koniec końców — wybory stanowią podstawę legitymacji władzy. A strategią Trumpa wydaje się być wymuszanie pewnych zmian i decyzji groźbami użycia siły — dodał.
Rozmówca PAP zaznaczył, że taki sposób działań w Ameryce Łacińskiej może, w praktyce, utrudnić USA wpływanie na politykę poszczególnych krajów i wzmacniać negatywne postawy ich społeczeństw wobec USA, ponieważ będzie przypominał o wcześniejszych brutalnych amerykańskich interwencjach w regionie.
Pojmanie Nicolasa Maduro
Siły USA uprowadziły 3 stycznia z Wenezueli przywódcę tego kraju Nicolasa Maduro i jego żonę, po czym przetransportowały ich do Stanów Zjednoczonych. Sąd federalny w Nowym Jorku postawił im w poniedziałek formalne zarzuty, w tym uczestnictwa w „zmowie narkoterrorystycznej” i sprowadzania kokainy do USA. Oskarżeni nie przyznali się do winy.