W tej historii nieporozumienie goni nieporozumienie. Szef Nowej Lewicy zapowiedział dziś rano w Radiu Zet, że w sprawie ratowania projektu dotyczącego Państwowej Inspekcji Pracy jeszcze dziś dojdzie do spotkania premiera Donalda Tuska z marszałkiem Sejmu i szefem lewicowego koalicjanta Włodzimierzem Czarzastym.
W trakcie popołudniowej konferencji prasowej po posiedzeniu rządu te informacje zdementował rzecznik gabinetu Adam Szłapka, który jednocześnie stwierdził, że do rozmowy obydwu liderów koalicji dojdzie pewnie jeszcze w tym tygodniu.
Ale od początku.
Projekt reformy Państwowej Inspekcji Pracy (PIP), który miał być jednym z kluczowych dowodów na to, że rząd realnie walczy z nadużywaniem umów cywilnoprawnych, wypadł z prac rządu. Decyzję ogłosił w trakcie briefingu w polskiej ambasadzie w Paryżu Donald Tusk. Wcześniej doszło w tej sprawie do awantury na posiedzeniu rządu.
Sedno sporu sprowadzało się do jednego: czy inspektor pracy ma dostać uprawnienie, by decyzją administracyjną stwierdzać istnienie stosunku pracy, a więc w praktyce zamieniać zlecenia czy umowy B2B [z jednoosobowymi działalnościami gospodarczymi] na etat.
Reforma w pierwotnych wariantach była przedstawiana jako przełom: PIP nie tylko wykrywałaby naruszenia, ale mogłaby je od razu naprawiać, zamiast odsyłać pracownika na długą drogę sądową. Jednocześnie to właśnie ten instrument stał się dla krytyków symbolem zbyt daleko idącej ingerencji w swobodę działalności gospodarczej.
Awantura na posiedzeniu rządu
Projekt — oznaczony w wykazie prac rządu sygnaturą UD283 — trafił do legislacyjnej kolejki w sierpniu 2025 r., a na początku września opublikowano go w procesie rządowym.
Potem ruszyła karuzela: kolejne wersje, uwagi pracodawców, ostrzeżenia prawników, spory o to, czy decyzja inspektora ma działać wstecz, czy ma być natychmiast wykonalna, jak szybko i w jakim trybie można ją zaskarżyć. W grudniu 2025 r. projekt przeszedł przez Stały Komitet Rady Ministrów — ale już wtedy z zastrzeżeniem, że musi być dalej zmiękczany.
— Aga przyszła do resortu m.in. właśnie po to, by wzmocnić Państwową Inspekcję Pracy. Wszyscy od lat mówią o ograniczeniu śmieciówek i omijania prawa przez pracodawców — mówi nam nasz rozmówca z Nowej Lewicy.
I dodaje: — W listopadzie zeszłego roku, a więc kilka tygodni temu, Tusk wezwał ją na spotkanie. W rozmowie brał też udział szef Stałego Komitetu Rady Ministrów Maciej Berek i nasz wicepremier Krzysiek Gawkowski. Doszło do kompromisu.
Pomimo akceptacji projektu przez SKRM projekt nie mógł się doczekać wpisania go do porządku obrad rządu, a ponieważ czas gonił, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk wysłała w tej sprawie oficjalne pismo do premiera. I właśnie wtedy doszło do awantury.
Unijna presja
Ta historia ma drugie dno. Reforma PIP jest powiązana z kamieniem milowym KPO dotyczącym ograniczania segmentacji rynku pracy. W politycznym skrócie: zamiast pełnego ozusowania umów cywilnoprawnych (pomysłu kosztownego i społecznie ryzykownego), rząd postawił na wzmocnienie PIP jako narzędzie walki z nadużyciami.
W sierpniu 2024 r. Maciej Berek, mówiąc o sporze wokół obowiązkowego oskładkowania umów cywilnoprawnych i zobowiązań wpisanych do KPO, podkreślał „masywność skutków” takiej zmiany i zapewniał, że jeśli rząd ruszy z pracami, dopilnuje konsultacji, by projekt „nie pojawił się znienacka”.
Rząd jest pod presją, by kamień milowy dowieźć, ale jednocześnie premier nie chce rozwiązania, które mogłoby wywołać efekt mrożący w gospodarce i konflikt z przedsiębiorcami.
Dla Lewicy reforma PIP była sztandarowa: miała pokazać, że państwo wreszcie staje po stronie pracownika tam, gdzie etat realnie jest, tylko na papierze go nie ma. Na dodatek Włodzimierz Czarzasty, który w listopadzie ub. r. został marszałkiem Sejmu, sprawuje nadzór nad Państwową Inspekcją Pracy. Dodatkowym czynnikiem presji jest rywalizacja po lewej stronie sceny politycznej.
Partia Razem ostro atakuje premiera za decyzję o wstrzymaniu zmian:
„Czyli śmieciówki zostają, cwaniactwo będzie nadal uprzywilejowane podatkowo, a rząd nie da inspekcji pracy nawet symbolicznych narzędzi. Ten festiwal sprawczości mnie onieśmiela” — napisał na platformie „X” Adrian Zandberg.
„Sprawczość” odnosi się jednak bezpośrednio do Nowej Lewicy i jej obecności w rządzie.
Jednak dla KO i PSL reforma to ryzyko zderzenia z rynkiem, zwłaszcza jeśli decyzja urzędnika mogłaby gwałtownie zmienić sytuację firmy. Nie jest tajemnicą, że zmianom w proponowanym kształcie sprzeciwiali się Ludowcy, którzy chcą uchodzić w koalicji jako rzecznicy interesów przedsiębiorców.
Na dziś scenariusze są trzy. Pierwszy: rząd próbuje jeszcze raz sklecić kompromis, ale tak, by Komisja Europejska uznała go za realizację kamienia milowego.
Drugi: projekt wraca do resortu pracy i zostaje przepisany tak, by ciężar rozstrzygania sporu przerzucić na sądy (wolniej, ale bez urzędu zmieniającego umowy). Trzeci — najbardziej ryzykowny — to otwarcie rozmowy z Brukselą o zmianie kamienia milowego, czyli de facto przyznanie: nie dowieziemy tego, co sami wpisaliśmy.
W tej historii nie chodzi już tylko o PIP. Chodzi o to, czy rząd jest w stanie równocześnie spełniać unijne wymogi, utrzymać spójność koalicji i nie wejść na minę w relacjach z przedsiębiorcami.
Sprawa może mieć jednak również czysto polityczny kontekst. W partii Włodzimierza Czarzastego przeważają głosy, że premier obawiał się również uskrzydlenia koalicjanta.
Polityk Nowej Lewicy: — Być może Tusk chciał komuś przyciąć skrzydełka. Za dobrze nam szło w ostatnich miesiącach.