Na pierwszy rzut oka zatrzymanie wenezuelskiego przywódcy Nicolasa Maduro może wyglądać jak klasyczne zastosowanie doktryny Monroe’a z 1832 r. W rzeczywistości mamy jednak do czynienia z pierwszym użyciem czegoś zupełnie nowego — tego, co prezydent USA Donald Trump, z typową dla siebie skromnością, określa mianem doktryny Donroe’a.
— Doktryna Monroe’a to była wielka sprawa, ale my ją zdecydowanie przebiliśmy — i to bardzo. Teraz nazywają to dokumentem Donroe’a — powiedział Trump, dodając pierwszą literę swojego nazwiska do zestawu zasad, które mają wyznaczać nowy porządek świata.
Trump zmienia zasady gry, Władimir Putin i Xi Jinping zacierają ręce, a Europa zostaje sama. Jedna decyzja w Caracas uruchamia lawinę, która może zakończyć NATO i przypieczętować los Ukrainy.
Oryginalna wersja doktryny Monroe’a z 1823 r. sprowadzała się do prostego komunikatu: jakakolwiek ingerencja europejskich mocarstw w sprawy obu Ameryk mogła spotkać się z militarną reakcją Stanów Zjednoczonych. Ameryki były dla Europy strefą zamkniętą.
W praktyce oznaczało to, że USA stały się dominującą potęgą polityczną, wojskową i gospodarczą na półkuli zachodniej. Doktryna Donroe’a ten status utrzymuje, ale dorzuca do niego bardzo istotny „dodatek”.
W skrócie: nowa doktryna daje Waszyngtonowi wolną rękę w jego własnej strefie wpływów. Co jednak kluczowe — pośrednio przyznaje również Chinom i Rosji szeroką swobodę działania w obszarach, które one same uznają za swoje strefy wpływów.
Nie ma co się łudzić — jesteśmy świadkami głębokiego i zasadniczego zerwania z Europą. Po raz pierwszy od 1945 roku Stany Zjednoczone przestają być globalnym mocarstwem nie dlatego, że nie mogą nim być, lecz dlatego, że same tak wybierają.
To złowieszczy sygnał, i to z oczywistych powodów, zarówno dla Tajwanu, jak i dla Ukrainy.
Kreml bez strachu
Prezydent Rosji Władimir Putin raczej nie będzie tracił snu z powodu losu Maduro. Co więcej, działania USA wręcz go ośmielają.
Jako bliski sojusznik byłego przywódcy Wenezueli Putin może uznać, że nic nie stoi na przeszkodzie, by kontynuować wojnę przeciwko Ukrainie.

Obalony prezydent Wenezueli Nicolas Maduro oraz prezydent Rosji Władimir Putin podczas spotkania na Kremlu w Moskwie, Rosja, 7 maja 2025 r.YURI KOCHETKOV / PAP
Przywódca państwa dysponującego bronią jądrową nie musi się dziś obawiać, że ktoś zapuka do jego drzwi w środku nocy.
Moskwa nie przejmuje się też specjalnie utratą jednego sojusznika — w zamian zyskała coś znacznie cenniejszego: międzynarodową akceptację swojej strefy wpływów.
Działaniami w Caracas Stany Zjednoczone de facto przyznały Rosji prawo do dominacji nad byłymi republikami ZSRR w Azji Centralnej, na Kaukazie oraz — co najistotniejsze — nad Ukrainą.
Cierpliwość smoka
Sytuacja prezydenta Chin jest nieco bardziej złożona. Trump nie mógłby z czystym sumieniem wskazywać palcem na Xi Jinpinga, gdyby ten zdecydował się zaatakować Tajwan. Ale w zamkniętym, silnie strzeżonym kompleksie władzy w Pekinie może funkcjonować zupełnie inna kalkulacja.
Trump mógłby bowiem uznać, że w obronie Tajwanu warto wysłać wojska — czego z całą pewnością nie zrobiłby w przypadku Ukrainy. To scenariusz mało prawdopodobny, ale mimo wszystko taki, którego nie można całkowicie zignorować.
Warto też zauważyć, że przejęcie kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy przez USA odcina Chiny od jednego z gwarantowanych źródeł energii. Pekin jest wręcz uzależniony od wenezuelskiej ropy.

Spotkanie Donalda Trumpa i Xi Jinpinga w Korei Południowej, 30 października 2025 r.ANDREW HARNIK / Getty Images
Z drugiej strony nowy porządek świata może również zagrać Chinom na rękę. Jeśli zostaną one uznane za bardziej umiarkowane w polityce globalnej i bardziej przewidywalne w działaniu — preferujące naciski i przymus zamiast otwartej siły — mogą na tym wyraźnie skorzystać.
Arktyczny łup
Coraz częściej jako kolejna ofiara trumpowskiej buty wymieniana jest Grenlandia. To niezwykle niepokojące.
Prezydent USA, który nie chce wysłać wojsk w obronie Ukrainy, miałby jednocześnie zdecydować się na inwazję na autonomiczne terytorium należące do Królestwa Danii. Pokusa wydaje się dla Trumpa zbyt silna, by ją zignorować.
Strategiczne położenie Grenlandii i jej bogactwa naturalne czynią z niej idealną ofiarę — niczym bezbronne jagnię otoczone przez wygłodniałą watahę wilków.
Inwazja na Grenlandię wprowadziłaby chaos, podkopała zaufanie sojuszników i ostatecznie zniszczyła NATO jako wiarygodną siłę militarną.
W takiej sytuacji pokusa, by Rosja i Chiny sięgnęły po kolejne terytoria, byłaby ogromna.
Samotna Europa
Europa znalazła się w izolacji i musi zdecydować, czy zaakceptować nową politykę Waszyngtonu, czy się jej przeciwstawić. Przyklaskiwanie może stwarzać pozory normalności, ale w istocie byłoby przyzwoleniem na agresywne działania.
Sprzeciw wobec USA byłby politycznie kosztowny, a dodatkowo może się okazać, że Europa nie jest w stanie mówić jednym głosem. Niektórzy europejscy przywódcy po cichu wręcz chwalą nowe podejście Trumpa.
Czy Europa jest gotowa bronić swoich uzasadnionych interesów, gdy zagrożenie pochodzi od jej najpotężniejszego sojusznika? Czy jest w stanie jednocześnie przeciwstawić się Moskwie i Waszyngtonowi?
I wreszcie — co to wszystko oznacza dla Ukrainy?
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Złe wieści dla Kijowa
Znaki na niebie i ziemi nie wróżą Kijowowi niczego dobrego, jeśli chodzi o ewentualne porozumienie pokojowe, które Trump mógłby chcieć Ukrainie narzucić. Rozproszona uwaga USA, skupionych na interwencji wojskowej w Ameryce Łacińskiej, oznacza nieuchronne ograniczenie zasobów przeznaczonych dla Europy.
Słabsza obecność Stanów Zjednoczonych tylko ośmieli Moskwę.
Taka jest dziś europejska rzeczywistość: funkcjonowanie w środowisku strategicznym, w którym USA są nieprzewidywalne, a być może wręcz zagrażające.
Sojusznik, na którym nie można polegać, nie jest sojusznikiem — podobnie jak pijany kolega nie jest kimś, na kogo można liczyć w ulicznej bójce.
Nowy rok przyniósł Putinowi i Xi prezydenta USA uwikłanego w problemy na półkuli zachodniej. Rosyjski i chiński przywódca, stojąc w obliczu możliwego końca NATO, z entuzjazmem powitają doktrynę Donroe’a.