Wszystko zaczęło się w sobotni poranek. Mieszkańcy dzielnic Wannsee, Zehlendorf i Nikolassee obudzili się w wychłodzonych mieszkaniach. Nie działały elektryczne rolety, telefony straciły zasięg, a woda w kranach była zimna. Powód? Celowe podpalenie mostu kablowego, do którego przyznali się lewicowi aktywiści z grupy Wulkan. Skutki ataku okazały się paraliżujące.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jakie były skutki podpalenia mostu kablowego?

Ile gospodarstw domowych straciło dostęp do prądu?

Jak reagowały władze miasta na blackout?

Co zrobili mieszkańcy, żeby przetrwać w wychłodzonych mieszkaniach?

— Ja miałam szczęście, bo w moim mieszkaniu prądu nie było tylko dwa dni. Gdy po powrocie od znajomych, gdzie brałam ciepły prysznic, zobaczyłam na osiedlu świecącą lampę, ucieszyłam się — zaznacza na początku rozmowy z Onetem Małgorzata Schmidt.

Polka, która mieszka w dzielnicy Zehlendorf w Berlinie wiadomość o blackoucie dostała, gdy była jeszcze w łóżku. — Mąż obudził mnie rano, mówiąc, że nie ma prądu ani światła na klatce schodowej — opisuje. Chwilę później zorientowała się, że nie ma zasięgu sieci telefonicznej i internetu.

— Brak prądu, telefonii i internetu od razu sugerował coś poważnego. Udało nam się znaleźć w domu radio na baterie i dopiero stamtąd dowiedzieliśmy się o pożarze mostu kablowego. Po południu po naszym osiedlu zaczęły krążyć radiowozy policyjne. Funkcjonariusze przez megafony nadawali komunikaty: prosimy opuścić okolicę, szukać schronienia u znajomych, sprawdzić, czy sąsiedzi potrzebują pomocy i odłączyć urządzenia elektryczne. Wtedy zrozumiałam, że to nie potrwa kilka godzin.

Wóz policyjny z głośnikiem, z którego płynęły komunikaty

Wóz policyjny z głośnikiem, z którego płynęły komunikatyarchiwum prywatne rozmówczyni / Archiwum prywante

Dzieci kobiety przebywały u rodziny w Polsce. — Mąż miał po nie jechać i wrócić, zdecydowaliśmy, że wszyscy tam zostaną, dopóki sytuacja nie wróci do normy. To mnie bardzo uspokoiło, musiałam zadbać tylko o siebie.

Polka postanowiła nie tylko zostać w stolicy Niemiec, gdzie mogła liczyć na pomoc przyjaciół, ale także w swoim mieszkaniu. — Sobota była pełna niepewności. Moim ratunkiem okazała się lampka na USB podłączona do powerbanka — dzięki niej mogłam wieczorem normalnie czytać. Odkryłam też ciekawą rzecz dotyczącą łączności — nie mogłam nigdzie zadzwonić, ale dochodziły do mnie SMS-y. Jeśli chodzi o jedzenie — mróz paradoksalnie nam pomógł. Wystawiłam zawartość lodówki i zamrażarki na balkon. Nic się nie zmarnowało.

Dopytywana o temperaturę w mieszkaniu przyznaje, że z trwogą patrzyła na słupek rtęci.

— Temperatura w mieszkaniu spadała o około dwa stopnie na dobę. Mieszkamy na pierwszym piętrze, mamy niezłą izolację, więc było to do wytrzymania, ale nasi znajomi z ostatniego piętra w bloku po trzech dniach mieli w domu już tylko 10 st.

Małgorzata Schmidt: Pobliski market działał, ponieważ pobierano prąd z wielkiego generatora

Małgorzata Schmidt: Pobliski market działał, ponieważ pobierano prąd z wielkiego generatoraarchiwum prywatne rozmówczyni / Archiwum prywante

Berlin miastem duchów. „Poczułam zagrożenie”

Małgorzata Schmidt zaznacza, że osiedle zamieniło się w miejsce opustoszałe, ciche i ciemne.

— Ludzie zniknęli. Ci, którzy mieli samochody, już w niedzielę pakowali walizki i uciekali do rodzin lub hoteli. To było dziwne uczucie — nasza okolica stała się odciętą od świata bańką. Zaledwie kilometr dalej Berlin tętnił życiem, a u nas panował mrok.

Miasto ogłosiło stan klęski żywiołowej, aby ułatwić sobie skorzystanie z pomocy Bundeswehry [siły zbrojne Republiki Federalnej Niemiec].

— Dopiero później widziałam, jak Bundeswehra instaluje duże agregaty i reflektory na skrzyżowaniach, żeby zapewnić bezpieczeństwo, bo przecież nie działały nawet latarnie — opisuje i dodaje, że w tamtym momencie czuła strach.

— Poczułam zagrożenie.

O ulicach spowitych ciemnością opowiada również Natalia Prüfer, autorka bloga i klubu dyskusyjnego online o literaturze niemieckojęzycznej. — Mieszkam w Lichterfelde, w dzielnicy Steglitz-Zehlendorf, bardzo blisko elektrowni i kanału, gdzie doszło do podpalenia kabli. Miałam dużo szczęścia — strefa blackoutu zaczynała się zaledwie kilometr od mojego domu. Kiedy dotarły do nas pierwsze informacje o awarii, byliśmy z rodziną w Hesji na przerwie świątecznej. Od razu dzwoniliśmy do sąsiadów z pytaniem, czy nasz dom też ucierpiał. Okazało się, że prąd jest, ale tuż obok nas panuje już ciemność — opowiada.

— Wracaliśmy do Berlina w sobotę wieczorem. Przejazd przez miasto wyglądał potwornie. Panowała absolutna ciemność, nie działała sygnalizacja świetlna, nie widziałam patroli policji ani żadnych punktów informacyjnych. To było wyludnione, czarne miasto.

Polka realizowała materiał dla radia „COSMO po polsku” i poszła na odcięte od energii osiedla. Jak mówiła w filmie, nie czuła się bezpiecznie.

— Chodziłam po tych ulicach ok. godziny 19. To było dziwne, wręcz upiorne wrażenie — spacerować po doskonale znanej okolicy, która nagle stała się miastem duchów.

Jak opisuje, w niedzielę zaczęła się wymiana informacji i organizacja oddolnej pomocy. — Moja znajoma, również Polka, która została odcięta od prądu, przyjechała do nas, żeby po prostu zjeść ciepły posiłek, naładować telefony, umyć się i zabrać wrzątek w termosach. Zdałam sobie sprawę, że te prozaiczne czynności stały się dla wielu niemożliwe do wykonania i po prostu chciałam jakoś pomóc. Wiem, że wielu jej sąsiadów po prostu spakowało walizki i wyjechało z Berlina, bo w wychłodzonych domach nie dało się wytrzymać.

Moment, gdy Małgorzata Schmidt wróciła od znajomych i zobaczyła świecącą się latarnie

Moment, gdy Małgorzata Schmidt wróciła od znajomych i zobaczyła świecącą się latarniearchiwum prywatne rozmówczyni / Archiwum prywante

To był największy blackout od II wojny światowej. „Odcięcie elektryczności dla klasy rządzącej”

Po pożarze sieci energetycznej w południowo-zachodniej części Berlina ponad 45 tys. gospodarstw domowych i 2000 przedsiębiorstw pozostawało bez prądu, ogrzewania i telefonii komórkowej. Jak opisuje Deutsche Welle w środę 7 stycznia, 100 tys. osób przebywało w ciemnych, zimnych mieszkaniach lub noclegowniach. Jest to najdłuższa przerwa w dostawie prądu w powojennej historii stolicy Niemiec.

Piątego dnia po ataku na sieć energetyczną wszystkie dotknięte nią gospodarstwa domowe powinny zostać ponownie podłączone do sieci.

— Mnie ta awaria bezpośrednio nie dotknęła, bo mieszkam w innej części miasta, ale śledzę sytuację z niepokojem. To zupełnie inna skala problemu niż blackout, który przeżyliśmy we wrześniu. Wtedy w mojej okolicy i w sąsiednim Köpenick też zabrakło prądu, ale było ciepło, więc nie odczuliśmy tego tak dotkliwie — mówi w rozmowie z Onetem Justyna Burzynski.

Autorka książki „Taki jest Berlin. O mieście kontrastów i ciągłych zmian” zauważa, że awaria uderzyła w tzw. bogaty Berlin i demograficznie starszy — okolice Zehlendorfu czy Nikolassee — i odcięła ludziom ogrzewanie w czasie mrozów, sytuacja jest dramatyczna. O zamożnej części stolicy pisze także „The Guardian”. Jak przekazał dziennik, berlińska policja posiada rzekomy manifest grupy, w którym przyznała się do ataku, pisząc o „odcięciu elektryczności dla klasy rządzącej”. Potępiła „energetyczną chciwość”, nazywając swoje działania „dobrem publicznym” i aktem samoobrony i solidarności z obrońcami Ziemi i życia”. Ich celem miał być przemysł paliw kopalnych i centra sztucznej inteligencji.

— To, co we wrześniu było niedogodnością, teraz stało się walką o przetrwanie w wychłodzonych mieszkaniach — podkreśla Burzynski.

Grupa Wulkan dokonywała wcześniej ataków sabotażowych na infrastrukturę w Niemczech. Prokuratura federalna ściga ją m.in. pod zarzutami terroryzmu.

Ciemne ulice Berlina w ostatnich dniach

Ciemne ulice Berlina w ostatnich dniachPAP/EPA/CLEMENS BILAN

— To był nagły paraliż. Budzisz się i orientujesz, że elektryczne rolety w oknach nie działają. Sięgasz po telefon — brak zasięgu. Na klatce schodowej ciemność, świeci się tylko oświetlenie awaryjne. Jesteś odcięty od świata. We wrześniu u nas prąd wrócił po kilku godzinach. Teraz w niektórych dzielnicach prąd pojawił się dopiero w środę. Przy obecnych temperaturach nie wyobrażam sobie takiego scenariusza, zwłaszcza dla osób starszych czy rodzin z małymi dziećmi.

Czy miasto stanęło na wysokości zadania? — Próbowano organizować pomoc doraźną: schroniska, noclegi zastępcze, generatory prądu w punktach krytycznych, ale codzienność w dotkniętych dzielnicach przypomina sceny z filmu katastroficznego — opisuje polska autorka i dodaje: — Sklepy muszą wyrzucać towar — lodówki były zaklejone taśmami, kontenery pełne zepsutej żywności, w sprzedaży tylko produkty suche.

Sytuacji nie pomaga także informacja uzyskana przez RBB. Jak podaje niemiecki serwis, burmistrz Berlina Kai Wegner (CDU) „nie był stale zajęty zarządzaniem kryzysowym po podpaleniu sieci energetycznej w zeszłą sobotę”, za to grał w tenisa w korcie tenisowym na obrzeżach Berlina.

Ciemne ulice Berlina w ostatnich dniach

Ciemne ulice Berlina w ostatnich dniachPAP/EPA/CLEMENS BILAN

Gdyby sytuacja się powtórzyła

Teorii na temat przyczyn awarii nie brakuje. Jak zauważa Justyna Burzynski, nie wszyscy wierzą w działania grupy Wulkan — niektórzy podejrzewają także Rosjan.

— Co ciekawe, już od jakiegoś czasu władze sugerowały berlińczykom przygotowanie tzw. plecaków awaryjnych — z latarką, palnikiem turystycznym, powerbankiem i jedzeniem na trzy dni. Niewiele osób wzięło to jednak do serca, więc skala zaskoczenia jest ogromna. To nie pierwszy taki akt sabotażu — pamiętamy atak na zasilanie fabryki Tesli — ale tamten incydent był punktowy. Tutaj celem stała się ludność cywilna i całe dzielnice mieszkalne. Uważam, że każdy atak wymierzony w zwykłych ludzi jest niedopuszczalny — podkreśla.

Dopytywana o wnioski po tej sytuacji Małgorzata Schmidt, zwraca uwagę na luki w domowym wyposażeniu. — Wiem już, że muszę dokupić porządną kuchenkę turystyczną i może mały generator. Od znajomych słyszałam, że w marketach budowlanych błyskawicznie wyprzedały się przenośne piecyki gazowe na butle propan-butan. Ludzie zrozumieli, że w sytuacji kryzysowej muszą liczyć głównie na siebie — mówi ze smutkiem i dodaje:

— Choć urzędy dzielnicowe wysyłały pracowników, by pukali do drzwi i sprawdzali stan osób starszych, obawiam się, że w przyszłości możemy usłyszeć o ofiarach, które zostały uwięzione w zimnych mieszkaniach za elektrycznymi roletami.

***

Chcesz porozmawiać? Napisz: karolina.walczowska@redakcjaonet.pl