QUENTIN LECOEUCHE: Być zdrowym, to jest najważniejsze. Na drugim miejscu będzie czerpanie przyjemności z grania w piłkę i starać się osiągać dobre wyniki.

Dobre wyniki osiągała Wisła Płock, ale także pana ukochane Lens. Oba kluby są na pierwszym miejscu w swoich krajach.

Faktycznie rok dla mnie zakończył się fantastycznie. Lens to mój ukochany klub, w którym się wychowałem. Dziś jest na pozycji lidera, podobnie jak Wisła, więc lepszego zakończenia roku nie mogłem sobie wymyślić.

Pański tata przez 40 lat miał karnet na Lens. Całe życie rodzinne podporządkowane było pod mecze Lens.

Teraz mój tata trochę bardziej się zdystansował, ale to prawda, że był wielkim kibicem Lens i przez ponad 40 lat chodził na wszystkie mecze. Razem z nim chodziłem na stadion już w wieku trzech lat, to jest miłość do klubu. Spędziłem też tam całą młodość także jako piłkarz. Wyjechałem, gdy miałem 22 lata. W klubie doszło do wielu zmian i to było nieuniknione.

Czy mecze Lens były ważniejsze dla pańskiej rodziny niż cokolwiek innego?

Tak było, ale teraz wszyscy się trochę zdystansowaliśmy, bo nie gram tam od lat. Moja historia w tym klubie nie skończyła się najlepiej. Mimo wszystko śledzę wyniki, a gdy tylko mogę, to oglądam mecze. Szczególnie te najważniejsze spotkania z PSG czy Lille. Takich gier nie chce przegapić.

Quentin Lecoeuche w barwach LensQuentin Lecoeuche w barwach Lens (Foto: Nolwenn Le Gouic, ICON SPORT / newspix.pl)Quentin Lecoeuche: kochasz Lens, to Lille nienawidzisz

Lille to największy rywal Lens, a słyszałem, że w przeszłości otrzymał pan propozycję reprezentowania barw tego klubu. Można przypuszczać, że tata nie byłby zadowolony, gdyby zdecydował się Pan na przejście do Lille.

Z wiekiem inaczej patrzę na Lille, ale gdy jesteś dzieckiem, sprawa jest prosta: kochasz Lens, to Lille nienawidzisz. W Lille przeszedłem wszelkie testy, zostałem przyjęty, ale miałem też szczęście, że chciało mnie Lens. Musiałem dokonać wyboru, a ten z racji mojego przywiązania kibicowskiego był prosty.

Pewnie, gdy słyszy pan „Les Corones” [hymn Lens] ma pan ciarki?

To jest coś wyjątkowego. Jak „You will never walk alone” dla fanów Liverpoolu. Gdy „Les Corones” śpiewa cały stadion, czuję dreszcze.

Czy pamięta pan mecze Lens z polskimi klubami? W 2005 r. z Lechem Poznań (2:1, 1:0) i później z Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski (1:1, 4:2).

Z pewnością byłem wtedy na stadionie, ale nie będę ukrywał, że nie zapadły mi one w pamięci. Jako kibic z trybun pamiętam starcie z Milanem (2:1) w Lidze Mistrzów czy w półfinale Pucharu UEFA z Arsenalem (1:2). Te spotkania znaczyły dla nas wiele.

Czy pokochał pan piłkę na nowo w Wiśle? W Hiszpanii walczył pan z kontuzjami, za to później z Caen spadł z Ligue 2.

W tym sezonie czerpię z gry dużo przyjemności, bo mam za sobą dwa dość trudne lata. W minionym roku we Francji całemu zespołowi nie układało się najlepiej. To był długi i trudny sezon. Wcześniej byłem w LaLidze 2, która bardzo pasowała do mojego profilu. Niestety nieco przeszkadzały mi problemy zdrowotne. Nie mogłem rozegrać pełnego sezonu. Szkoda, bo czułem, że stać mnie na więcej. Teraz w Polsce znów czerpię radość z gry, choć początkowo zupełnie nie znałem tych rozgrywek.

Quentin LecoeucheQuentin Lecoeuche (Foto: JACEK PRONDZYNSKI/FOTOPYK / NEWSPIX.PL / newspix.pl)

Rozmawiałem z kolegami, którzy w Polsce grali, a szczególnie z Lindsayem Rose’em. Spotkaliśmy się nawet osobiście. Wytłumaczył mi, że stadiony są pełne za każdym razem i panuje niesamowita atmosfera. Uważam, że liga jest na bardzo dobrym poziomie. Ta cała otoczka to dla mnie ważna rzecz. W Polsce jest wszystko, aby czerpać radość z gry. Szczerze? Byłem miło zaskoczony infrastrukturą, stadionami, poziomem sportowym. A do tego zespołowo wszystko układa się świetnie w pierwszej części sezonu, więc to czysta radość, nowe doświadczenie, które jak na razie jest bardzo pouczające i satysfakcjonujące.

Pewnie dalej znalazłby pan klub w Ligue 2. Czym przekonała pana Wisła?

We Francji, gdy wspomina się o polskiej piłce, często postrzega się waszą ligę jako stojącą na przeciętnym poziomie. A tymczasem wcale tak nie jest. Liga polska jest lepsza niż Ligue 2. We Francji poziom polskiej ligi jest nieco bagatelizowany, ale to się zmienia. Wasze kluby mają coraz więcej możliwości. Liga staje się atrakcyjniejsza dla obcokrajowców. Pojawia się tu więcej Hiszpanów, Portugalczyków czy Francuzów. Te rozgrywki zasługują, aby być bardziej znane.

Quentin Lecoeuche: Polska liga mogłaby być porównywana do dolnej połowy tabeli Ligue 1

W takim razie w czym Ligue 2 jest gorsza?

Odstaje techniką i taktyką. Polska liga mogłaby być porównywana do dolnej połowy tabeli Ligue 1. Co weekend gramy z dobrymi drużynami. Nie było ani jednej, o której bym pomyślał, że jest gorsza od reszty. Poziom jest wyrównany, bo także nie spotkałem zespołu nie do pokonania. Każdy mecz jest trudny, ale zawsze możemy wygrać. Dlatego w porównaniu z Ligue 2 polska liga jest bez wątpienia mocniejsza, natomiast poziom LaLigi 2 można uznać za zbliżony. Jest nieco inna, Hiszpanie grają bardziej technicznie, za to w Polsce więcej jest taktyki i szybsze tempo. Trudno te rozgrywki porównać.

Jak współpracuje się panu z Mariuszem Misiurą?

Bardzo go cenię jako trenera, ale przede wszystkim jako człowieka, bo jest blisko ze swoimi zawodnikami. Do każdego podchodzi inaczej, bo chce wydobyć z nas to, co najlepsze. Nie miałem z nim rozmów przed przyjazdem do Polski, ale bardzo mi pomógł w aklimatyzacji. To nie było łatwe, bo mój angielski nie jest najlepszy. Zawsze jednak znajdowaliśmy sposób, aby się porozumieć.

Na płaszczyźnie ludzkiej przywiązuje dużą wagę do zaufania, jakim darzy swoich zawodników. Co więcej, często mnie pyta, czy moja rodzina dobrze się czuje. To są rzeczy, które dla zawodnika są bardzo cenne i bardzo je doceniam. Na płaszczyźnie sportowej też wszystko dobrze funkcjonuje, bo trener bardzo skutecznie potrafi dobierać zawodników. Zwraca uwagę na profile. Mój też dobrze zidentyfikował, bo pasuje do jego systemu gry. Choć to nie tylko zasługa trenera — na co dzień bardzo dużo ciężkiej pracy wykonują także jego asystenci. Ogólnie klub jest bardzo dobrze zarządzany na wszystkich poziomach i każdy dobrze wywiązuje się z tego, co do niego należy. Także dlatego osiągamy takie wyniki.

Z tego, co wiem, trener daje zawodnikom dużo wolności, ale co za tym idzie, każdy czuje odpowiedzialność.

Mamy określony system gry, znamy jego zasady i oczekiwania. Jednocześnie daje nam on dużo swobody i zależy mu na naszej piłkarskiej ekspresji. To mi bardzo odpowiada — mogę w pełni wykorzystywać swoje atuty, bo pozostawia mi swobodę w poruszaniu się po boisku.

Mariusz MisiuraMariusz Misiura (Foto: Jacek Prondzynski / FOTOPYK)Quentin Lecoeuche o Mariuszu Misiurze: jest perfekcjonistą

Pracował pan w Caen z Bruno Baltazarem, a w Lens z Antoine’em Kombouare, który dwukrotnie sięgał po Puchar Francji. Czym zaskoczył pana Misiura?

Dystansem, jaki zachowuje podczas treningów. To ktoś, kto usuwa się na bok, staje trochę wyżej. Tak naprawdę to jego asystenci prowadzą zajęcia, a on sam robi krok w tył, aby dobrze obserwować wszystko, co dzieje się na boisku. Myślę, że pierwszy raz spotykam takiego szkoleniowca. Powiedział pan o trenerze Baltazarze, on był bardzo zaangażowany. Za to trener Misiura niezbyt aktywnie uczestniczy w treningach. Pełni rolę obserwatora. Dopiero w dniu meczu czuć jego bardzo silną obecność w szatni. Całkowicie to rozumiem.

Potrafi też uderzyć pięścią w stół, również w przerwie. Jest perfekcjonistą, bo nawet po zwycięstwach umie powiedzieć, że musimy grać lepiej. Przez pierwsze sześć miesięcy ciągle powtarzał nam, że mimo iż jesteśmy liderem i mamy dobre wyniki, to stać nas na więcej, zwłaszcza jeśli chodzi o grę z piłką. To właśnie ta strona trenera Misiury bardzo mi się podoba, a na początku wręcz mnie zaskoczyła.

Czy to prawda, że u niego ma pan inne założenia niż u wcześniejszych trenerów, z którymi miał pan styczność?

Tak. Trener Misiura wymaga od nas różnych rzeczy w zależności od rywala. Potrafi świetnie przeanalizować przeciwnika. Jego celem tak naprawdę jest zneutralizowanie go. Wymagania się zmieniają, bo pytanie, czy przeciwnik gra czwórką obrońców, piątką, a może preferuje grę bokami. Czuć, że trener Misiura świetnie adaptuje się do sytuacji.

Quentin LecoeucheQuentin Lecoeuche (Foto: FOT. MICHAL TRZPIS/400MM.PL / NEWSPIX.PL / newspix.pl)

Musi jednak kryć się w defensywie Wisły jakiś sekret.

Chyba taki nie istnieje. (śmiech) W szatni dużo mówimy o kolektywie. Jesteśmy zespołem, który czerpie dużo przyjemności z grania razem. Paczką kumpli, którzy w każdym meczu walczą jeden za drugiego. Myślę, że to właśnie robi różnicę. Każdy daje z siebie 120 proc., nie mówię tylko o obrońcach. Mamy boiskową spójność, dzięki której chcemy walczyć razem. W momentach, gdy trzeba cofnąć się głębiej i bronić, potrafimy zrobić to całą jedenastką, wypruwając żyły dla siebie nawzajem. Dzięki temu za nami solidna jesień. Wiosną musimy tak samo dobrze grać w defensywie, ale także poprawić ofensywę. Mamy jednak drużynę i zawodników, aby grać jeszcze lepiej z piłką, strzelać więcej goli.

Na co stać Wisłę?

Pozycja lidera ligi na półmetku rozgrywek odzwierciedla dobrze wykonaną pracę. Przed nami wciąż wiele meczów, dlatego musimy zachować pokorę i nie dać się ponieść emocjom, choć pozostajemy ambitni. Będziemy dalej podchodzić do wszystkiego mecz po meczu, starając się zdobywać punkty w każdym spotkaniu. Na zadawanie sobie pytań przyjdzie czas, gdy do końca pozostaną już tylko cztery mecze lub pięć.