Szefowie Lecha Poznań prędko uzupełnili sztab szkoleniowy po odejściu z końcem grudnia jednego z asystentów Nielsa Frederiksena — Markusa Uglebjerga. Obowiązki Duńczyka, który z powodów rodzinnych chciał przedwcześnie wrócić do ojczyzny (dołączył do Aarhus GF), przejmie Andy Parslow. 35-letni Anglik pracował już na wtorkowych zajęciach — pierwszych po zimowej przerwie — i od tej pory to on odpowiada m.in. za stałe fragmenty w ekipie ze stolicy Wielkopolski.
Pierwszy sygnał, że Uglebjerg może potrzebować wrócić do Danii już po swojej pierwszej rundzie w Kolejorzu, pojawił się w październiku, a w listopadzie odejście 26-letniego trenera stało się przesądzone (w klubie oczywiście podeszli z pełną wyrozumiałością do sytuacji) i od tamtego momentu rozpoczęły się intensywne poszukiwania zastępstwa. Proces odbywał się dwutorowo.
Kandydatów prześwietlał dział naukowy (przede wszystkim pod kątem zaawansowanych danych) oraz zewnętrzna firma, która wcześniej brała udział w wyselekcjonowaniu Frederiksena. Przez statystyczne sito przeszło kilku kandydatów z różnych kierunków — angielskiego (trenerzy z przeszłością w Championship), niemieckiego (m.in. specjalista, który pracował w Borussii Dortmund) oraz skandynawskiego. Jednocześnie zbierano wywiad środowiskowy i przynajmniej jeden ze szkoleniowców odpadł z tego powodu. Choć liczbowo wpasowywał się w oczekiwania, charakterologicznie już niekoniecznie i nie chciano podejmować takiego ryzyka, tym bardziej że Parslow miał same dobre referencje. Niektórzy trenerzy z Wysp Brytyjskich odmówili już na wstępie, bo liczą, że szybko wrócą na zaplecze angielskiej ekstraklasy. A jako że wciąż pobierają wypłaty z poprzednich klubów po zwolnieniu przed końcem kontraktu, nie muszą martwić się o finanse i mogą spokojnie poczekać.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Następnie do gry wkraczał dyrektor sportowy Tomasz Rząsa, który prowadził rozmowy z kandydatami. W pewnym sensie to również dwutorowy proces, bo były reprezentant Polski jednocześnie z uzupełnieniem za Uglebjerga szukał zastępstwa dla Sindre Tjelmelanda, kluczowego człowieka w sztabie Frederiksena, który na pewno nie przedłuży wygasającego w czerwcu kontraktu i jako pierwszy trener obejmie Molde FK. Jak informowaliśmy, jesienią zainteresowanie Norwegiem było bardzo duże, pięć klubów próbowało zatrudnić 36-latka, z czego przedstawiciele jednego byli tak natarczywi, że Lech musiał postraszyć ich interwencją prawników.
Za Tjelmelanda oferowano dobre pieniądze, większe niż Kolejorz zapłacił IFK Göteborg, ale w Poznaniu nie zamierzali puszczać fundamentalnej postaci dla drużyny. A o tym, jak istotną postacią stał się Norweg, najlepiej świadczą podziękowania Frederiksena dla niego ze sceny na Gali Ekstraklasy przy okazji odbioru nagrody dla trenera sezonu. — Pewnie gdyby to był standard, nie zachowałbym się tak, bo nikt nie zwróciłby na to uwagi, a skoro to było niezwykłe, w ten sposób wysłałem wyraźny sygnał. Wiedziałem, że ludzie pomyślą: „Co to było?!”. Ale chciałem, by tak pomyśleli i docenili Sindre — tłumaczył nam Duńczyk.
Właśnie ze względu dużą rolę w sztabie władze już szukają kogoś równie kompetentnego na wypadek, gdyby przedłużono umowę z Frederiksenem. Decyzja w tej sprawie zostanie dopiero podjęta, ale przy Bułgarskiej chcą być przygotowani na każdy scenariusz, a nie szukać asystenta dopiero od kwietnia czy maja. Również z tego powodu Parslow podpisał tylko półroczny kontrakt z opcją przedłużenia o dwa lata — bo przecież jeśli jednak dojdzie do zmiany pierwszego trenera w Lechu, to nowy szkoleniowiec będzie miało prawo ustalić współpracowników po swojemu.
Zna się na fachu
Parslow to specjalista od stałych fragmentów, jako taki udzielał wywiadów np. Sky Sports, ale w Kolejorzu nie będzie ograniczony tylko do tego elementu. W jednym z klubów np. odpowiadał również za wznowienie otwarcia gry po aucie bramkowym i możliwe, że także w stolicy Wielkopolski będzie się tym zajmował. Zresztą już na pierwszych zajęciach brał aktywny udział w częściach taktycznych, a w Lechu podkreślają, że „pomoże w codziennej pracy szkoleniowej”.
Markus Uglebjerg i Niels Frederiksen (Foto: Piotr Kucza / newspix.pl)
Choć trzeba przyznać, że Anglik najwyraźniej zna się na stałych fragmentach, czym zresztą chwalił się w CV. Np. za jego kadencji AFC Wimbledon zdobył w ten sposób 83 proc. bramek więcej, z kolei stracił 53 proc. mniej, a Sheffield Wednesday (ostatnie miejsce pracy, z którego odszedł w październiku z powodu olbrzymich kłopotów finansowych klubu) odpowiednio w pierwszym aspekcie poprawił się o 35 proc., a w drugim o 33 proc. Znaczące liczby, które zweryfikował — rzecz jasna — dział naukowy Poznaniaków.
Jak słyszymy, Parslow ma nieco inne podejście niż Uglebjerg. Duńczyk mocno skupiał się na pierwszej fazie stałego fragmentu — na dośrodkowaniu i wykończeniu, a Anglik większą wagę przykłada do fazy drugiej oraz trzeciej. Druga — według nomenklatury przyjętej przez 35-latka — to zebranie ewentualnej wybitej piłki i ponowienie ataku, a trzecia to moment tuż przed prawdopodobną stratą, kiedy stoperzy ciągle są w polu karnym przeciwników.
Zobaczymy, jakie będą efekty tej „angielskiej roboty”. Na razie Parslow jest wdrażany w proces treningowy i najwięcej czasu spędza z Frederiksenem. Panowie przez pierwsze dni nawet na posiłki przychodzili razem, co zresztą potwierdza, że 35-latek nie będzie tylko człowiekiem od stałych fragmentów, a obok Tjelmelanda i Huberta Wędzonki jednym z najbliższych współpracowników Duńczyka.