Poniżej prezentujemy całą treść listu do redakcji.
Do Stanów Zjednoczonych podróżowałem w ostatnim czasie dwukrotnie: w maju 2024 r., czyli jeszcze „za Bidena”, i we wrześniu ubiegłego już roku, a więc „za Trumpa”. Muszę przyznać, że moje doświadczenia z przekraczania granicy USA są jak najbardziej pozytywne.
Na wstępie warto zaznaczyć, że żadna z tych podróży do USA nie była podróżą bezpośrednio z Polski do Stanów. W maju 2024 r. podróżowaliśmy na lotnisko Newark obok Nowego Jorku z Berlina, z przesiadkami we Frankfurcie i Montrealu w Kanadzie. Lot przez Kanadę, mimo że bardziej męczący niż połączenie bezpośrednie z Europy do USA, okazał się dobrym pomysłem.
Kanadyjscy pogranicznicy sprawdzili tylko nasze paszporty, zweryfikowali nas pod kątem posiadania ETA (elektroniczna autoryzacja podróży, kanadyjski odpowiednik amerykańskiej ESTA) i jako turystów tranzytowych pożegnali, życząc miłego dnia i bezpiecznej dalszej podróży. Po przejściu długich korytarzy na montrealskim lotnisku Pierre’a Trudeau, kierowani przez obsługę lotniska i naprowadzani przez tabliczki wskazujące kierunek dla podróżnych udających się do USA, dotarliśmy do stanowiska amerykańskich urzędników imigracyjnych.
Wielka flaga Stanów Zjednoczonych i gigantyczne godło USA nie pozostawiały wątpliwości, gdzie trafiliśmy, ale — ku naszemu zaskoczeniu — amerykański punkt odprawy zupełnie nie przypominał wielkiej hali z rzędem stanowisk, do których stoją setki ludzi stłoczonych w chaotycznie zakręconych kolejkach, jak często przedstawia się hale przylotów do USA w filmach. Na lotnisku w Montrealu pograniczników było dwóch i obaj siedzieli w jednej budce odwróceni do siebie plecami, a i kolejka do nich była krótka — raptem kilkanaście osób.
Sympatyczny, umundurowany funkcjonariusz służb imigracyjnych poprosił nas o paszporty, pobrał dane biometryczne, zadał pytanie o miejsce i czas pobytu w USA oraz cel przyjazdu, zerknął na wydruk rezerwacji z Airbnb i… powitał nas w Stanach Zjednoczonych, życząc jednocześnie miłego pobytu.
Byłem pewien, że ta miła odprawa w stylu kanadyjskim była tylko wstępem do pytań w stylu agentów śledczych FBI z amerykańskich seriali kryminalnych, które czekają nas na lotnisku Newark.
Tymczasem po wyjściu z samolotu weszliśmy z synem… wprost do terminalu. Bez żadnej odprawy i pytań. Wiedziałem co prawda, że samoloty z Kanady kierowane są do terminalu A, który obsługuje loty krajowe i te z Kanady, ale nie miałem pojęcia, że w tym terminalu nie ma żadnej odprawy dla przylatujących podróżnych. Nieco zmieszani rozglądaliśmy się wkoło w obawie, że ktoś rzuci się za nami w pościg i okaże się, że przypadkowo ominęliśmy pograniczników. Nic takiego się nie zdarzyło, a mnie pozostało podsumować całą sytuację krótkim:
„No to jesteśmy w Stanach”.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
- Jakie były doświadczenia Marcina z wjazdem do USA?
- Jaki lotnisko odwiedził Marcin podczas podróży do USA?
- Dlaczego Marcin miał obawy dotyczące wjazdu do USA?
- Z jakich miejsc Marcin podróżował do Stanów Zjednoczonych?
Kolejna podróż do USA
We wrześniu 2025 r. lądowaliśmy z synem również na tym samym co rok wcześniej lotnisku w Newark w stanie New Jersey. Tym razem jednak lecieliśmy z Katowic z przesiadką we Frankfurcie. Mimo że była to nasza druga podróż do Stanów, nie wiedziałem, czego się spodziewać.
Tym razem lecieliśmy z Europy, we Frankfurcie nie było amerykańskiej odprawy, a więc miałem pewność, że nie wejdziemy prosto z rękawa na ziemię amerykańską, lecz czeka nas oczekiwanie w długiej kolejce do jednego z wielu stanowisk US Customs and Border Protection.
Do tego czasy się zmieniły, nastała „era Trumpa”, a w mediach coraz częściej pojawiały się historie tych, których nie wpuszczono do USA. Co prawda przezornie powstrzymywałem się od otwartej krytyki Trumpa w internecie, ale być może napisałem coś o nim za jego pierwszej kadencji albo w czasach pomiędzy jego kadencjami…
Kolejka, w której przyszło nam czekać, okazała się długa, ale podróżnych sprawnie rozdzielano pomiędzy kantorkami służb imigracyjno-paszportowych i po kilkunastu minutach staliśmy już przed „kioskiem”, w którym na podwyższeniu za szybą siedział oficer Kim (zapamiętałem to nazwisko z wiadomych powodów). Pan Kim szybko sprawdził nasze paszporty, linie papilarne i siatkówki, zapytał o miejsca pobytu w USA i, cały czas uśmiechnięty, sprawdził coś na ekranie komputera (pewnie ważność naszych „est”), po czym życzył miłego pobytu.
Podsumowując — nie mam złych doświadczeń związanych z pobytem w USA, a tym bardziej z wjazdem na terytorium Stanów Zjednoczonych. Podejrzewam (ale moje podejrzenia mogą być błędne), że inaczej wyglądałby nasz pierwszy wjazd do USA, a pytania byłyby bardziej drobiazgowe, gdybyśmy przybywali prosto z Europy albo gdybyśmy lądowali na innym lotnisku, gdzieś w głębi USA.
Natomiast nasz drugi pobyt w USA był naszą kolejną wizytą w Stanach — podczas pierwszej wizyty udowodniliśmy, że jesteśmy porządnymi turystami. Dlatego potraktowano nas jako mile widzianych gości, którzy może jeszcze raz wrócą i zostawią w budżecie USA kilka dolarów.
Marcin
Wasze doświadczenia
Podróżowaliście do USA lub innych krajów, do których wjazd jest w jakiś sposób utrudniony? Macie doświadczenia podróżnicze, którymi chcecie się podzielić? Czekam na wasze wiadomości pod adresem: karolina.walczowska@redakcjaonet.pl