Niepokojący scenariusz niestety się powtórzył. Polscy kibice poznali go już podczas meczu z Jeleną Rybakiną w WTA Finals, do którego spotkanie z Belindą Bencic było w pewnym stopniu podobne. Pierwszy set? Walka na wyniszczenie, w której to Polka okazuje się lepsza i wygrywa całą partię. Druga partia? Całkowity zwrot akcji, przez którą nasza reprezentantka nie ma żadnego pomysłu na to, jak odmienić swój los.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

To znów się stało. Iga Świątek nie miała „planu B”

W trakcie ostatnich dwóch spotkań pojawiało się wiele komentarzy twierdzących, że przy niekorzystnym obrocie spraw Idze Świątek przydałby się „plan B”. Nowy pomysł na to, jak zaskoczyć rywalkę, gdy uderzenia Polki nie lądują tam, gdzie sama by tego chciała. Niestety jednak znów nie było widać choćby próby znalezienia nowego rozwiązania.

To dziwi zwłaszcza dlatego, że w United Cup trenerzy mogą dość swobodnie komunikować się ze swoimi zawodnikami w trakcie gry. Ławki umieszczone są przecież na poziomie kortu, a wskazówki od tak doświadczonego trenera jak Wim Fissette mogły być na wagę złota. Nie było jednak widać choćby próby zmiany swojej gry, gdy okazało się, że rywalka przejmuje kontrolę nad spotkaniem.

To okazało się kluczowe zwłaszcza w drugim secie. Od stanu 0:3 Świątek jakby straciła nadzieję w to, że zdoła odpowiedzieć na świetną grę Bencic. A przecież nie jest to rezultat, przy którym tenisistka o klasie Polki musi podchodzić do dalszej części seta zrezygnowana. Zamiast walki doczekaliśmy się deklasacji. 0:6 to wynik, który po prostu musi niepokoić, zwłaszcza że to nie pierwszy raz w ostatnich tygodniach, gdy Polka przegrywa w tak zdecydowany sposób.

„Plan B” nie istniał, za to „planem A” było odpowiadanie na agresywną grę przeciwniczki za sprawą coraz mocniejszych i jeszcze bardziej ryzykownych uderzeń. To nie jest styl, w jakim Iga Świątek dominowała nad całą stawką w sezonie 2022. To nie w ten sposób kontynuowała swoją potęgę w kolejnych dwóch latach. Górowała nad rywalkami genialnym wyczuciem gry i siłą spokoju, przez którą to rywalki mogły czuć się wyprowadzone z równowagi. Ale jest coś jeszcze.

Niepokojąca zmiana u Igi Świątek. Trudno to wyjaśnić

Świątek sprawiała wrażenie, jakby po części zagrań rywalki po prostu brakowało jej sił. To właśnie przygotowanie fizyczne było jednym z największych jej atutów przez całą seniorską karierę. Tymczasem w momencie, gdy start nowego sezonu powinien przynieść nową świeżość, Polka momentami wyglądała tak, jakby poprzedni rok jeszcze się nie skończył.

To niepokojące również dlatego, że czas na odpoczynek nie nadejdzie zbyt prędko. Australian Open już za pasem, a chwilę później rywalizacja przeniesie się na Bliski Wschód. Momentu na regenerację zwyczajnie nie będzie, tymczasem przygotowanie fizyczne nie stanowiło w przypadku Świątek istotnej przewagi w całym United Cup.

Co należy jednocześnie podkreślić: nie jest też tak, że ten aspekt stanowił jej największy problem i jest głównym powodem porażki. Warto jednak zauważyć, że brak tego atutu był jedną ze składowych końcowego rezultatu. Przy takim fachowcu jak Maciej Ryszczuk można mieć pełnię wiary w to, że sytuacja w Melbourne będzie wyglądała już zupełnie inaczej.

Iga Świątek piekliła się wyraźnie na korcie, co ostatnio zdarza się jej coraz częściej. Tym bardziej zaskakujące, że tym razem w boksie trenerskim nie znalazła się Daria Abramowicz. Psycholog i najbliższa współpracowniczka polskiej tenisistki najpewniej dołączy do sztabu podczas Australian Open, ale można przypuszczać, że jej absencja także miała swoje odzwierciedlenie w reakcjach, jakimi na korcie niepokoiła nas mistrzyni Wimbledonu.

I oby dwie porażki na koniec United Cup były jedynie sygnałem pokazującym to, nad czym należy popracować przed Australian Open. To ten turniej będzie momentem prawdy, który pokaże nam, w jakiej formie realnie jest Iga Świątek. W zaufaniu do tego, jak szybko i skutecznie potrafiła diagnozować problemy i naprawiać je z tygodnia na tydzień, możemy wyłącznie trzymać kciuki za to, by teraz było podobnie.