Sytuacja wydaje się o tyle dziwna, że w przeciwieństwie do pozostałych nieobecnych, czyli Wilfredo Leona, Roberta Lewandowskiego i Igi Świątek lekkoatletka nie ma w najbliższym czasie żadnych zawodów, ani choćby zgrupowań. Druga najlepsza na świecie skoczkini wzwyż Galę Mistrzów Sportu oglądała w swoim mieszkaniu w Białymstoku. Nie przyjechała na imprezę, ponieważ… nie lubi takich wydarzeń.
Zawodniczka do odbioru nagrody upoważniła swojego menedżera Czesława Zapałę i choć do ostatnich chwil była namawiana na przyjazd do Warszawy, to ostatecznie nie zdecydowała się na to. Gdy Maria Żodzik została ogłoszona jako szósta najlepsza zawodniczka w Polsce, na sali zapanowała konsternacja. Mimo wywołania jej nazwiska nikt nie podążał w stronę sceny. W przypadku pozostałych nieobecnych sportowców od razu na scenę zapraszani byli ich reprezentanci. Tym razem było jednak inaczej.
ZOBACZ WIDEO: Ma 40 lat. Była miss Polski wciąż zachwyca
– Nie rozumiem, jak to się stało, ale nie dostałem informacji o tym, że na Gali Mistrzów Sportu nie będzie Marii Żodzik. Zresztą takiej wiadomości nie mieli także Jacek Laskowski i Paulina Chylewska. Nie byliśmy na to przygotowani. Było trochę konsternacji, ale takie rzeczy zdarzają się podczas relacji na żywo – przyznaje prowadzący galę w TVP Sport, Mariusz Czerkawski.
Okazuje się, że negocjacje w sprawie przyjazdu Białorusinki z polskim paszportem do Opery Narodowej w Warszawie trwały do ostatnich godzin, a w sprawę zaangażowały się władze PZLA. Zawodniczka w rozmowie z działaczami miała użyć mocnych argumentów i wprost zapytać, czy bardziej zależy im na występach medialnych, czy walce o medal podczas zbliżających się Halowych Mistrzostw Świata w Polsce.
– Jeszcze w czwartek rozmawiałem z Marią Żodzik i namawiałem ją do przyjazdu na Galę Mistrzów Sportu. Do ostatnich chwil mocno się wahała. Mówiła, że taka impreza oznacza dla niej trzydniową przerwę w treningach. Jak tłumaczyła, nie chodziło nawet o zmęczenie fizyczne, co psychiczne. Jako kobieta musiałaby się mocno przygotować, kupić sobie sukienkę, a to oznaczałoby odciągnięcie myśli od sportu. Powiedziała, że nie jest jeszcze na to gotowa, ale zadeklarowała, że jeśli jej każemy, to ona oczywiście pojawi się w Warszawie. Odpowiedziałem, że to jej decyzja, a ja nie mogę jej do tego zmuszać – relacjonuje prezes PZLA, Sebastian Chmara. To właśnie on ostatecznie odebrał jej statuetkę, choć w tym przypadku także nie obyło się bez zaskoczenia.
Gotowy do wyjścia w imieniu zawodniczki był jej menedżer Czesław Zapała i Chmara doskonale o tym wiedział. Ostatecznie wywołany został jednak prezes PZLA, który po usłyszeniu swojego nazwiska zastanawiał się, czy to właśnie on powinien pojawić się na scenie. Ostatecznie po kilku sekundach wyczekiwania pomaszerował w kierunku sceny, a występ zakończył krótkim podziękowaniem za głosy kibiców. Po oficjalnej części duże pretensje do prowadzących miał za to Zapała, który długo dyskutował o tym z Chylewską.
Mateusz Puka, WP SportoweFakty