Zapytałem kiedyś Kamila Stocha, czy nie odczuwa strachu, siadając na belce Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Gdy 25 tys. ludzi pod skocznią wlepia w niego wzrok, w oczekiwaniu na daleki lot. Czy nie obawia się wymownej ciszy trybun, gdyby coś poszło nie tak. W skokach o to łatwiej niż w innych dyscyplinach sportu – pogromcą największego nawet mistrza latania na nartach może być, niewyczuwalny dla kibica, ślepy podmuch wiatru.
Zobacz wideo Niesamowity wyczyn Tomasiaka. Czekaliśmy na to 18 lat
Tłum fanów czeka na wygraną, tymczasem nagle niewidzialna siła strąca skoczka na bulę. Czy taka smutna scena przemykała Kamilowi przez myśl, gdy prowadził po pierwszej serii konkursu Pucharu Świata, a w drugiej musiał tylko postawić kropkę nad „i”? Słowem: jak paraliżująca może okazać się presja dla sportowca, od którego dziesiątki tysięcy rodaków oczekują zwycięstwa?
– Pan chyba jest pesymistą – odpowiedział Stoch. – Ja patrzę z góry na tych rozbawionych ludzi pod Wielką Krokwią i czuję, że wystarczy skoczyć dobrze, żebyśmy się razem cieszyli na dole.
Kamil Stoch kończy karierę. „Szorstka przyjaźń” z wielkim poprzednikiem
23 stycznia 2011 roku, czyli prawie 15 lat temu, Kamil Stoch wygrał swój pierwszy konkurs Pucharu Świata. Rzecz jasna w Zakopanem, na legendarnej skoczni, oddalonej o 10 km od rodzinnego Zębu. Dwa dni wcześniej ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata odniósł 10 lat starszy Adam Małysz. 48 godzin później upadł podczas pierwszej serii konkursu i karetka zabrała go do szpitala.
Małyszowi nic się nie stało, ale złośliwcy zauważyli, że przyćmiewa i odwraca uwagę od Stocha nawet w chwili jego wielkiego triumfu. Oschłe relacje między dwoma największymi polskimi mistrzami skoków narciarskich są dla mnie w jakimś stopniu tajemnicą. Kamil fatalnie znosił porównania do Adama, reagował wprost alergicznie na określenie „następca Małysza”. – Dopiero kiedy przestałem protestować, dziennikarze w końcu dali mi spokój – powiedział mi podczas Turnieju Czterech Skoczni w 2014 roku. Rozmawialiśmy na miesiąc przed igrzyskami w Soczi, gdzie Stoch ostatecznie wyszedł z cienia Małysza, zdobywając dwa pierwsze olimpijskie złota.
Jakiś czas temu, w jednym z programów poświęconych skoczkowi z Wisły, Adam pokazał domowe muzeum. Po czym powiedział, że oddałby wszystkie te trofea za jeden złoty medal igrzysk. Kamil ma takie trzy w swojej kolekcji.
W 2017 roku Małysz – jako nowy dyrektor sportowy PZN – przyjechał na Bergisel do Innsbrucka, gdy Stoch prowadził w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni.
– Czym wy się martwicie, przecież on to wygra – powiedział do dziennikarzy zrelaksowany i roześmiany Małysz, jakby chodziło o formalność.
– To może niech sam założy narty i pokaże, jak się wygrywa – zażartował Kamil, gdy powtórzyliśmy mu te słowa.
A jednak Adam się nie pomylił. Stoch wygrał Turniej, pokonał rywali i ból. W serii próbnej na Bergisel, rozegranej w ciężkich warunkach, upadł na zeskok po lądowaniu. I już do końca skakał z kontuzją.
Długo źle znosił presję. Kibice pamiętają, jak płakał przed kamerą po konkursie na normalnej skoczni mistrzostw świata w Val di Fiemme w 2013 roku. Był drugi po pierwszej serii, po drugiej spadł na ósme miejsce. Kilka dni później zdobył złoto na skoczni dużej. To wtedy powtórzył słowa swojego ojca, że „żeby raz wygrać, trzeba sto razy przegrać”. Kamil miał już prawie 26 lat i po dziurki w nosie zaprzepaszczonych szans. Ojciec Bronisław, który jest psychologiem, próbował zapanować nad emocjonalnością syna. Wiedział, że ulegając jej, Kamil sam sobie szkodzi.
Kamil Stoch kończy karierę. Najpierw trzeba było nauczyć się panować nad nerwami
Praca z psychologami nauczyła Stocha panowania nad sobą. Nigdy jednak nie powiedział, że jedzie na wielkie zawody po medale. Powtarzał, że chce dobrze skakać. Presja oczekiwań w mediach doprowadzała go czasem do białej gorączki. Uciekł sprzed kamery TVP po konkursie noworocznym w Ga-Pa w 2018 roku, po tym, jak dziennikarz zapytał go, czy chce być drugim po Svenie Hannawaldzie skoczkiem w historii Turnieju Czterech Skoczni, który wygra wszystkie konkursy jednej edycji. Pytanie było jak najbardziej uzasadnione, bo Kamil dokonał tego sześć dni później.
Dziennikarze, którzy byli na Kulm podczas mistrzostw świata w lotach narciarskich w 2016 roku, wspominają, jak Stoch rzucał nartami, kaskiem i rękawicami, gdy przepadł w kwalifikacjach. To był sportowy upadek na dno dwukrotnego wtedy mistrza olimpijskiego, po którym odbił się i poleciał wysoko. Dwa lata później w Oberstdorfie zdobył srebrny medal MŚ w lotach. Najlepszy wynik, jaki osiągnął w tych zawodach jakikolwiek polski skoczek. Do tego dołożył brąz z drużyną. Bo właśnie tym sytuacja Stocha najbardziej różniła się od sytuacji Małysza: stali za nim także inni światowej klasy polscy skoczkowie.
Kamil wiele razy wyrzucał sobie, że zawodzi w konkursach drużynowych. Że skacze gorzej niż w indywidualnych. Że w na mistrzostwach świata w Falun w 2015 roku Polska powinna zdobyć srebro, a jego skok zepchnął ją na trzecią pozycję. Na igrzyskach w Pjongczangu cztery lata później cisnął rękawicami o zeskok, gdy nie udało mu się pokonać Andreasa Wellingera i dać drużynie srebra (Polacy skończyli na trzecim miejscu). A jednak Stoch wziął udział we wszystkich wielkich triumfach polskiego zespołu i najczęściej bywał jego liderem.
Drużynowe dokonania Kamila to złoto i trzy brązy mistrzostw świata, brąz igrzysk, dwa brązowe medale MŚ w lotach, 31 miejsc na podium w Pucharze Świata. Małysz nie miał cienia szans na takie dokonania z kolegami z kadry. Wygrał 39 konkursów indywidualnych w Pucharze Świata i na tej samej liczbie zwycięstw zatrzymał się Stoch. A przecież tak bardzo chciał się odróżniać.
W gruncie rzeczy obaj dokonali czegoś fantastycznego, jeśli sportowy sukces mierzyć natężeniem emocji dostarczanych kibicom. Małysz odrodził w rodakach miłość do skoków, Stoch sprawił, że ten narodowy bzik mógł trwać 20 lat. Przecież dla każdego z nas skok na nartach znaczyłby prawie tyle, co śmierć lub kalectwo, a jednak dyscyplina tak ekstremalna, elitarna i nieosiągalna podbiła nam serca. Kciuki za Adama, Kamila, Dawida, Piotra i innych trzymały całe polskie rodziny.
Kamil Stoch kończy karierę. Ewa, która poślubiła zdolnego skoczka
Moja żona w czasie transmisji ze skoków lub reportaży o skoczkach kilka razy zwracała mi uwagę na sposób, w jaki Kamil odnosi się do swojej żony. Sam widziałem, jak na zawodach w Oberstdorfie przeskakiwał ogrodzenie, by ucałować Ewę, która stała wśród kibiców. Zawsze pełen atencji, założył na jej cześć klub Eve-nement. Do czasów ich ślubu powtarzano w Polsce frazes, że małżeństwo skraca skoki zawodnika średnio o 10 metrów.
7 sierpnia 2010 roku w kościele paulinów na Bachledówce we wsi Czerwienne Ewa poślubiła zdolnego skoczka, właściwie bez osiągnięć. Erupcja jego talentu nastąpiła przy niej.
W styczniu 2020 roku w Teatrze Witkacego w Zakopanem Ewa Bilan-Stoch zorganizowała wystawę „Perpetui flores”. Składała się ze zdjęć bukietów medali, zdobytych przez 30 najlepszych skoczków świata. Wystawa „ku pokrzepieniu serc” miała przypomnieć pogrążonemu w sportowym kryzysie mężowi, ile już osiągnął na skoczni. Pomysł spodobał się także jego rywalom.
Jakiś czas później w tym samym Teatrze Witkacego, mój bliski kolega – dyrektor szkoły na Mazowszu – spotkał Ewę i Kamila na przedstawieniu. Podczas antraktu poprosił Stocha o autograf, który zlicytował potem na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Zwracając się do Kamila, powiedział do niego „mistrzu”. Skoczek nie odmówił, ale dodał, że „mistrzami” są w tym miejscu aktorzy i właściwie to ich należałoby prosić o autografy.
W czasie jednego z wywiadów już wiele lat temu Kamil powiedział mi: – Pan mi tu zadaje pytania, jak ja bym był jakimś filozofem lub teoretykiem sportu. A ja jestem prosty chłopak z Zębu.
Co do chłopaka z Zębu się zgadzam, dalej już nie. Po prostu Stoch nie lubił wywiadów, ciążyła mu ta cała presja oczekiwań. Uważał, że oczekiwać mają prawo kibice i o ich oczekiwania próbował zadbać.
Kamil wygrywał zawody Pucharu Świata w Zakopanem pięć razy, tylko genialny Austriak Gregor Schlierenzauer dorównuje mu pod tym względem. Dzięki Stochowi pięć razy Wielką Krokwią wstrząsał spazm radości nieprzebranych tłumów, świętowały ponoć nawet świstaki w Tatrzańskim Parku Narodowym. Takie emocje, zjeżdżający się z różnych stron kraju kibice zapamiętali na zawsze. Dzięki, Kamil, to było coś niezwykłego.