- Katastrofa Stratofortecy 58-0188
- Radioaktywne każenie Grenlandii
- Operacja Crested Ice – usuwanie skażonego lodu
- Katastrofa ukryta przed opinią publiczną
Jak zapewnić Stanom Zjednoczonym zdolność do wykonania uderzenia odwetowego na Związek Radziecki? W czasie zimnej wojny jedną z metod było stałe utrzymywanie w powietrzu bombowców strategicznych z bronią jądrową na pokładzie.
Samoloty B-52 wykonywały w ramach operacji Chrome Dome regularne patrole. Część maszyn przelatywała Atlantyk i zataczała krąg wokół Hiszpanii. Inne obierały kurs na północ, by przelecieć nad Grenlandią lub Alaską i zbliżyć się do północnych rubieży ZSRR. Nad Arktyką bombowce zawracały, wracały do swojej bazy, a ich miejsce w powietrzu zajmowały kolejne dyżurujące maszyny.
Polska ma czego szukać w kosmosie
W ten sposób Pentagon zabezpieczał swoje zdolności do uderzenia odwetowego. Obojętnie co działoby się na świecie i jak bardzo terytorium USA byłoby zniszczone atomowym uderzeniem, Amerykanie zawsze mieli w powietrzu bombowce z bombami jądrowymi, zdolne do odpowiedzenia na potencjalny atak.
Od 1961 r. każdego dnia 12 bombowców strategicznych wyruszało na patrol z bombami jądrowymi na pokładzie. Przy tak dużej liczbie lotów i godzin spędzanych w powietrzu rosło jednak ryzyko, że – na skutek awarii sprzętu lub błędu człowieka – któryś z lotów zakończy się katastrofą. Doszło do niej 21 stycznia 1968 r.
Katastrofa Stratofortecy 58-0188
Tego dnia bombowiec B-52G Stratofortress o numerze seryjnym 58-0188 i znaku wywoławczym „HOBO 28” wyruszył na patrol nad Grenlandią. Sześcioosobowa załoga robiła wiele, by zmniejszyć niewygodę podczas wielogodzinnego lotu, połączone go m.in. z tankowaniem w powietrzu. Jednym z niestandardowych działań było niezgodne z przepisami zabieranie na pokład samolotu dodatkowych, piankowych poduszek.
Pakiet czterech bomb jądrowych B28FI © Domena publiczna
Badania katastrof lotniczych wskazują, że za wiele z nich odpowiada nie pojedynczy błąd, ale cały łańcuch wydarzeń. Tak było i tym razem. Choć poduszki umieszczono na wylocie powietrza ogrzewającego jedno ze stanowisk, nie było to groźne – nawiew nie rozgrzewał się bowiem tak bardzo, by stanowiło to problem.
Ten pojawił się wraz z awarią systemu odpowiadającego za schładzanie krążącego powietrza – po uruchomieniu ogrzewania załoga, poza przyjemnym ciepłem, poczuła swąd płonącego plastiku. Zanim zlokalizowano źródło pożaru, ogień był na tyle duży, że nie dało się go ugasić.
Samolot zbliżał się wówczas do amerykańskiej bazy na Grenlandii – Thule (obecnie Pituffik). Pilot zamierzał początkowo skorzystać z trzykilometrowego pasa startowego i wylądować płonącą maszyną, ale okazało się to niewykonalne. Załoga opuściła samolot na spadochronach (uratowało się pięciu lotników, jeden zginął), a płonąca Stratoforteca zatoczyła łuk i rozbiła się kilka kilometrów od lotniska.
Radioaktywne każenie Grenlandii
Katastrofa spowodowała eksplozję czterech bomb B28FI, które znajdowały się na pokładzie. Każda z nich miała moc przekraczającą megatonę (milion ton trotylu), jednak nie była to jednak eksplozja jądrowa – zdetonowały konwencjonalne materiały wybuchowe, stanowiące element zapalników.
Załadunek bomby B28 na pokład samolotu B-52 © Domena publiczna | TSGT BOYD BELCHER
W praktyce wybuch był eksplozją tzw. „brudnej bomby”: stosunkowo słabej, bez inicjowania reakcji łańcuchowej, ale – poprzez rozrzucenie materiału radioaktywnego – powodującej skażenie na ograniczonym obszarze. Za silnie skażone uznano miejsca gdzie – obok paliwa lotniczego – zlokalizowano znaczne ilości pierwiastków promieniotwórczych
Operacja Crested Ice – usuwanie skażonego lodu
Natychmiast po katastrofie Amerykanie rozpoczęli akcję ratunkową, związaną z procedurą o nazwie Broken Arrow. Oznacza ona incydent z bronią jądrową, który jednak nie niesie ryzyka wybuchu konfliktu nuklearnego. Pośpiech był wskazany: chodziło o usunięcie skażeń w czasie zimy, zanim – na skutek podwyższonej temperatury – lód zacznie się topić i spływać do morza, w niekontrolowany sposób roznosząc promieniotwórcze skażenie.
Operacja usuwania skutków katastrofy otrzymała nazwę Crested Ice. Oznaczała konieczność działania w ekstremalnych warunkach, w czasie zimy i nocy polarnej. W ciemnościach, przy temperaturze przekraczającej minus 40 stopni Celsjusza i porywistym wietrze, w pobliżu Thule zbudowano drogę i specjalny obóz, przeznaczony do prowadzenia akcji ratunkowej.
Operacja Crested Ice – załadunek skażonego lodu © Domena publiczna
Z obszaru o wielkości 1,6 na 4,8 km Amerykanie usunęli wierzchnią warstwę lodu, który – po żądaniu ze strony duńskiego rządu – był następnie umieszczany w stalowych pojemnikach i ładowany na pokład statków, transportujących promieniotwórczy ładunek do USA. Już po stopieniu lodu przełożyło się to na 2,1 tys. metrów sześciennych skażonej wody.
Camp Century. Amerykańska baza wojskowa powstawała pod lodem Grenlandii
Katastrofa ukryta przed opinią publiczną
Według źródeł amerykańskich udało się usunąć w ten sposób 93 proc. skażeń, jednak – na co wskazuje prowadzone dziesiątki lat później dziennikarskie śledztwo BBC – odnaleziono materiał radioaktywny odpowiadający ładunkowi trzech bomb, a jedna czwarta uległa rozproszeniu.
Incydent był znany duńskiemu rządowi, jednak nie informowano o nim opinii publicznej. Radioaktywne skażenie Grenlandii zostało ujawnione dopiero w połowie lat 90. XX wieku, wywołując polityczny skandal wraz z informacjami dotyczącymi m.in. zbudowania przez Amerykanów podlodowej bazy Camp Century, zasilanej mobilnym reaktorem jądrowym.
