Prawa autorskie: 19.12.2023 Warszawa, ulica Wiejska. Sejm. Pikieta #MuremZaGrzegorzemBraunem. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl19.12.2023 Warszawa,…

Prawa autorskie: 19.12.2023 Warszawa, ulica Wiejska. Sejm. Pikieta #MuremZaGrzegorzemBraunem. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl19.12.2023 Warszawa,…

Zaloguj się, aby zapisać na później

Widzę to tak

Google NewsUdostępnij na FacebookuUdostępnij na TwitterzeUdostępnij w mailu

Nigdy nie czułem się Żydem tak bardzo, jak po Ataku 7 Października, który fundamentalnie zmienił moje postrzeganie problemu antysemityzmu w Polsce

11 stycznia 2026

Google NewsUdostępnij na FacebookuUdostępnij na TwitterzeUdostępnij w mailu

Kilka miesięcy po Ataku 7 Października napisałem na swoich mediach społecznościowych, że tęsknię za czasami, kiedy konflikt między Izraelczykami a Palestyńczykami zdawał się nie obchodzić nikogo. To oczywiście duże uproszczenie, ale jest we mnie też nostalgia za czasem, gdy o syjonizmie czy okupacji Zachodniego Brzegu można było rozmawiać stosunkowo spokojnie i z dużo większą cierpliwością po obu stronach.

Wtedy to ja zazwyczaj podnosiłem przy moich znajomych temat konfliktu na Bliskim Wschodzie czy kultury żydowskiej; czułem, że osoby, którymi się otaczałem w szkole i w świecie aktywistycznym, miały w sobie dużo pokory i ciekawości. Antysemityzm nam, młodym Polkom i Polakom żydowskiego pochodzenia, wydawał się w dużej mierze pozostałością przeszłości omawianą na lekcjach historii i literatury. Co prawda Żyd w słowniku moich kolegów ze szkoły był obelgą, ale jednak obelgą dość specyficzną, bo niekonkretną i jakby egzotyczną. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę znaczy wyzywanie się od Żydów, bo nikt z przezywających się nigdy Żyda nie spotkał, ani nie do końca potrafił go sobie wyobrazić.

Antysemityzm w polityce i w życiu społecznym był obecny, ale podobnie jak w szkole, miał renomę uprzedzenia raczej przestarzałego i dziwnego.

O antysemityzmie w ogóle trudno rozmawiać w kontekście ostatnich dwóch lat i zupełnej dewastacji Gazy. Izrael, odpowiadając na terrorystyczny Atak 7 Października, rozpętał w Gazie wojnę totalną, która pochłonęła życia ok. 70 000 Palestyńczyków, w tym najprawdopodobniej większości cywili i zrównała z ziemią lokalną infrastrukturę medyczną, edukacyjną i kulturalną. Izrael odciął Gazę od mediów, a także dostaw żywności i energii. Tym samym, wespół z Hamasem, doprowadził do niewyobrażalnej tragedii niewinnych cywili, której pełną skalę poznamy dopiero w następnych latach i dekadach.

Ten tekst, podobnie jak żaden inny tekst o doświadczeniu diaspory żydowskiej, nie powinien stać się narzędziem do przykrycia zbrodni izraelskiego rządu. Premiera Benjamina Netanjahu, jego popleczników, jak i IDF należy zdecydowanie krytykować i żądać pociągnięcia ich do sprawiedliwości. Przeprowadzając dziesiątki wywiadów z lokalnymi dysydentami i ekspertami, uczestnicząc i fotografując protesty na rzecz zakończenia wojny w Izraelu i w Europie, organizując wydarzenia edukacyjne i zbierając fundusze z izraelsko-palestyńską organizacją pomocową Domem Solidarności czy wydając mini-reportaż na temat izraelskiej lewicy, chcę wierzyć, że dałem przynajmniej częściowy wyraz swojej krytyki pod adresem izraelskiego rządu.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie powinny jednak powstrzymywać nas przed przyjrzeniem się problemowi antysemityzmu w Polsce. Jako Polacy, mamy, tak uważam, szczególną odpowiedzialność wobec naszych współobywateli – odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo i godność. Życie polskich Żydów nie powinny być dla polskich mediów tematem zastępczym, bo to także nasz kraj i nasza przyszłość. Żydzi czują (i wiedzą), że stopniowy ostracyzm, agresywna retoryka czy przerywanie obchodów naszych świąt zawsze doprowadzają do powstania społeczeństwa nieprzyjaznego mniejszościom.

Założenie, że polscy Żydzi konkurują o uwagę mediów i czytelników z dramatem w Gazie, jest fałszywe i kontrproduktywne. To tak, jakby wymagano od nas osiągnięcia konkretnego poziomu krzywdy zdefiniowanego przez osoby spoza naszej społeczności, żebyśmy byli wzięci na poważnie. Żadna rozsądna osoba nie powiedziałaby polskiej społeczności LGBT+, żeby siedziała cicho, bo osoby queer gdzieś na świecie mają gorzej. Dlaczego więc obawy polskich Żydów nie przejmują nas w ten sam sposób? Dlaczego tak duża część z nas po lewej stronie podziału politycznego przykrywa je gehenną Palestyńczyków?

Nigdy nie czułem się Żydem tak bardzo, jak po Ataku 7 Października, który, mimo iż zastał mnie w Berlinie, fundamentalnie zmienił moje postrzeganie problemu antysemityzmu także w Polsce. Odłóżmy na chwilę na bok tę część społeczeństwa z prawej i lewej strony, która aktywnie świętowała inwazję Hamasu jako uwolnienie się Palestyńczyków spod jarzma syjonistów (swoją drogą, stosując trik stary jak świat, bo żeby usprawiedliwić przemoc wobec Żydów, wystarczy ich nazwać syjonistami czy kolonizatorami).

Progresywne Polki i Polacy współtworzący ruchy działające na rzecz szeroko pojętej sprawiedliwości społecznej bardzo krytycznie podeszli do wojskowej odpowiedzi Izraela w Gazie, organizując okupacje uniwersytetów i domagając się bojkotu akademickiego izraelskich uczelni czy wielotysięczne protesty, często sprzeciwiające się Izraelowi jako takiemu.

Jak wyjaśnić ten nagły wzrost zainteresowania sprawą palestyńską wśród młodych ludzi w Polsce? Nie uważam, aby zachodnia, w tym polska, lewica była z natury antysemicka i podobne zarzuty oceniam jako leniwy i niekompletny osąd. Stosunek międzynarodowej lewicy do Izraela jest w większości wynikiem ignorancji i błędnej interpretacji, a nie złej woli. Duży wpływ na obecną sytuację miały reperkusje kryzysu uchodźczego z pierwszej dekady XXI wieku (obecny kryzys na granicy polsko-białoruskiej, niepowodzenie integracji wielu uchodźców w Niemczech, Francji czy Szwecji itp.), które skutecznie ukształtowały to, co oznacza bycie lewicowcem w Europie. Te czasy zmusiły młodych ludzi do opowiedzenia się po stronie islamofobicznej prawicy lub bardziej inkluzywnej lewicy.

Moje pokolenie, podobnie jak inne, nie dostrzega wielu antysemickich poglądów obecnych historycznie na lewicy, które istnieją pod przykrywką antyglobalizmu i antyimperializmu. Stare klisze, według których Żydzi kontrolują polityków, bankierów i międzynarodowe instytucji, Żydzi, których cieszy zabijanie dzieci, którzy konspirują przeciwko zwyczajnym ludziom i którzy mają wpływ na cały świat, to antysemityzm. Nieważne, czy Żydów nazwiemy tutaj Izraelczykami, syjonistami czy ,,Państwem Izrael”. Co więcej, umknęło im, że Palestyńczycy, którzy w jednej części świata byli ofiarami, w innej mogli być jednym z agresorów.

Za obecną sytuację winię też rozczarowującą, wypaczoną i nieefektywną edukację na temat Holokaustu, jaką otrzymali młodzi Europejczycy, gdzie Holokaust uogólniono jako historię nie o antysemityzmie, a nienawiści jako takiej, a żydowska tożsamość narodowa nie została nigdy w pełni wyjaśniona. Z doświadczenia mojego i wielu moich rówieśników wynika, że ostateczna konkluzja płynąca z lekcji czy wizyty w muzeum związanym z Żydami sprowadzała się najczęściej do bycia życzliwym dla innych ludzi lub przeciwstawiania się znęcaniu się w szkole. To pozbawiło natomiast uczniów lekcji dotyczącej wyjątkowości antysemityzmu.

Nienawiści, która wydaje się odporna na upływ czasu, bo zawsze dostosowuje się do historycznego kontekstu. Tę nad wyraz skuteczną elastyczność dobrze obrazuje czas zimnej wojny. Jeśli w danym regionie prym wiódł kapitalizm, to problemem byli rewolucyjni żydowscy komuniści. Jeśli panował socjalizm, to wrogiem byli żydowscy kapitaliści i finansiści.

Antysemityzm wyróżnia się spośród innych nienawistnych postaw także tym, że antysemita jednocześnie czuje wyższość wobec Żydów – jednostek, jak i niższość wobec Żydów jako grupy. Nie da się przecież wyznawać antysemityzmu bez wiary w teorie spiskowe.

Sposób, w jaki uczymy o antysemityzmie w szkołach i muzeach, jest jednak dużo bardziej generalizujący i nieprecyzyjny. Ludzie na ogół bardziej lubią uniwersalne przypowieści i historie z morałem niż narracje dotyczące konkretnych grup, w których nie można wyobrazić samych siebie.

Amerykańsko-żydowska historyczka i literaturoznawczyni, prof. Dara Horn, w książce o prowokacyjnym tytule People Love Dead Jews (pol. Ludzie kochają martwych Żydów) pisze o istotnej ewolucji antysemityzmu w ciągu ostatnich dekad; liberalni obywatele i obywatelki zachodnich demokracji w XXI wieku nie mają zazwyczaj problemu z religią żydowską, upamiętnianiem Holokaustu czy dbaniem o zabytkowe synagogi i cmentarze. Kulturę żydowską traktują jako ciekawy folklor, a zapalanie świec chanukowych w Sejmie (do których wrócimy później) jako miłą tradycję.

Żydzi stali się jednak zdepersonalizowanym symbolem; wystarczy zapoznać się z materiałami internetowymi młodych aktywistów, aby dowiedzieć się, że Zagłada nie jest już o Żydach, a o wszystkich ofiarach systemowej przemocy, wspomnienie powstania w getcie warszawskim ma być wspomnieniem wszystkich powstań (w tym, dość groteskowo, palestyńskich intifad), postaci związane z naszą partykularną historią są regularnie umieszczane w obcych im kontekstach (patrz: graffiti Anne Frank w kefiji), a hasła historycznie odnoszące się do Żydów, jak: „Nigdy więcej„ czy „Nikt z nas nie jest wolny, dopóki wszyscy nie jesteśmy wolni” są uparcie uniwersalizowanie.

Żeby było jasne – polscy aktywiści nie byli pierwszymi, którzy przygarnęli te hasła. Różne narodowości i grupy interesu od dawna wzmacniają swój przekaz nawiązaniami do nazistowskich zbrodni wobec Żydów. Przejąć powinno nas jednak fakt, że młode pokolenie, a więc to, którego rola w społeczeństwie będzie tylko rosnąć, nie widzi w tym żadnego problemu.

Cezury żydowskiej historii i kultury w naturalny sposób należą do Żydów, bo opisują doświadczenia naszych przodków i przodkiń.

Usilne łączenie je z innymi grupami, które doświadczają represji jest bardziej wyszukaną wersją powiedzenia ,,All lives matter”. Gdy chcemy sprzeciwić się antysemityzmowi, powinniśmy móc to zrobić pełną piersią, a nie najpierw wymieniając wszystkie inne formy społecznego rasizmu, z którymi się nie zgadzamy. Rocznica wyzwolenia Auschwitz nie ma i nie powinna mieć nic wspólnego z anihilacją społeczeństwa Gazy; nie dlatego że ta druga tragedia tragedią nie jest, a dlatego że Palestyńczykom nie potrzeba żydowskich symboli, żeby opowiadać własną historię.

To, że Europejczycy nie potrafią oddzielić od siebie różnych katastrof, świadczy o naszym głębokim zachodniocentryzmie – zamiast nauczyć się mówić Gazie, używając lokalnego kontekstu i historii, zbyt wielu z nas woli posłużyć się doświadczeniami naszego kontynentu.

Główny argument Horn brzmi następująco: większość ludzi nie ma problemu z martwymi Żydami, tj. sztucznym i apolitycznym symbolem z przeszłości, ale mają problem z Żydami, którzy, jako grupa jak każda inna, ma swoje partykularne interesy, więzi i wartości. Żydzi są oczywiście bardzo zróżnicowaną społecznością i nie trzeba mieć żadnych powiązań z Izraelem, żeby do niej należeć.

Niemniej nie sposób rozgraniczać Żydów jako społeczności od Izraela, bo wielu z nas ma tam członków rodziny i bliskich przyjaciół, udzielało się tam wolontariacko, mówi po hebrajsku, często właśnie tam poczuło się po raz pierwszy w pełni zaakceptowanymi i widzi swoją tożsamość w izraelskich symbolach. Propalestyńscy aktywiści i aktywistki tego nie rozumieją; mówią, że Żydzi są mile widziani w ich szeregach, ale w rzeczywistości dzieje się tak tylko pod warunkiem, że wyzbędą się jakichkolwiek związków z Izraelem.

Jeśli to się nie zmieni, to dla wielu polskich Żydów, którym na sercu leży pokój między Izraelczykami a Palestyńczykami, jak ja i moi znajomi, próg wejścia na propalestyński protest czy wydarzenie będzie po prostu zbyt wysoki.

Powstanie Państwa Izrael pozwoliło świeckim Żydom na przynależność do większego kolektywu (tj. narodu żydowskiego) i realizowanie własnej tożsamości bez konieczności stawania się coraz bardziej religijnym. Wielu Żydów, mimo życia w diasporze, rozumie swoją żydowskość przynajmniej w części przez pryzmat swojej relacji z Izraelem.

Więc gdy propalestyńscy aktywiści demonizują Izrael, to uzależniają inkluzywność swojego ruchu od wyparcia się przez Żydów ważnych dla nas relacji, wspomnień, uczuć i wartości, które mają związek z Izraelem i które fundamentalnie współtworzą to, kim jesteśmy.

Wielu z nas obawia się, że jeśli dzisiaj będziemy musieli odciąć się od wszystkiego, co izraelskie, to jutro będziemy zmuszeni oddać upamiętnienia tragedii swoich przodków na rzecz nagłaśniania niesprawiedliwości, której ofiarą padają Palestyńczycy. Pojutrze – zrezygnować będziemy musieli ze świąt jak Chanuka czy Szawuot, bo są zbyt syjonistyczne (tak np. brzmi już dyskurs na amerykańskich kampusach) [przyp. red. Chanuka upamiętnia powstanie Żydów przeciwko Grekom w Ziemi Izraela, a Szawuot otrzymanie 10 Przykazań oraz czas zbiorów w Ziemi Izraela; oba święta obchodzone były przez diasporę żydowską przez tysiąclecia i wskazują na historyczny związek Żydów z regionem między Rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym.

Równie alarmujący dla polskich Żydów jest wzrost antysemickiej prawicy. Brunatna nienawiść Grzegorza Brauna powinna nie mieć miejsca w nowoczesnym społeczeństwie, a jednak zdaje się zakorzeniać na dobre, o czym informują wzrosty Konfederacji Korony Polskiej w sondażach. Nie chce mi się wierzyć, że aż tak wielu moich współobywateli podziela tak obrzydliwy, dosadny i niczym nieskrępowany antysemityzm, jak ten, który mieliśmy okazję zobaczyć podczas obchodów Chanuki w Sejmie czy podczas wywiadu radiowego, gdzie Braun negował Holokaust.

Martwi mnie jednak fakt, że nawet jeśli powodem popularności Brauna nie są jego antysemickie wybryki, to jego wyborcy są w stanie mu je wybaczyć. Żydzi w oczach Brauna są inherentnie źli, więc nie ma dla nich miejsca w jego wizji Polski. To typ rasizmu, który nie tyle deleguje daną grupę do określonego, najniższego miejsca w hierarchii, a który Żydów najchętniej by się po prostu pozbył.

W jakiś dziwny sposób Braun udowadnia, że antysemityzm wcale nie musi ewoluować, żeby rezonować ze społeczeństwem; nie trzeba szukać nowych sposobów na obarczenie Żydów winą za wszystko, co perfidne i zgniłe.

Jak widać – stare sztuczki działają zupełnie dobrze.

Bolesna jest również nieudolność państwa w zaprowadzeniu Brauna przed sprawiedliwość, a tym samym wysłanie jasnego sygnału wszystkim tym, którzy czują się przez niego ośmieleni, że miejsce antysemityzmu, podobnie jak innych form nienawiści, jest na śmietniku historii.

Nadzieją napawa mnie jedynie fakt, że antysemityzm Brauna jest na tyle oczywisty, że większości społeczeństwa łatwiej rozpoznać go, jako coś niebezpiecznego. Być może to moje pobożne życzenie, ale, przynajmniej na razie, chcę wierzyć, że Brauna i jemu podobnych da się odsunąć od wpływów zdrowym rozsądkiem większości Polaków.

Jestem w stanie wyobrazić sobie niezgodę części czytelników na to, że większą część tekstu poświęciłem omawianiu trudnej relacji z Żydami lewej strony politycznego sporu niż jasnego antysemityzmu Brauna i jego środowiska. Nie jest tak dlatego, że uważam tych drugich za mniejsze zagrożenie dla polskiej społeczności żydowskiej (jest wręcz na odwrót), ale jako osoba, która wywodzi się ze środowiska aktywistycznego oraz taka, którą lewicę nazywa swoim politycznym domem, czuję szczególną odpowiedzialność, żeby wypunktować i sprzeciwić się sposobowi, w jaki progresywizm staje się powoli przestrzenią nieprzyjazną dla Żydów.

W polskim dyskursie medialnym brak szczerych prób przyjrzenia się temu problemowi; wybór jest między uogólniającymi tekstami podszytymi złą wolą, jak te autorstwa prof. Hartmana lub takimi, które zupełnie oczyszczają z winy lewicę, bo przecież ta musi być moralnie nieskazitelna.

Żydzi mają prawo wskazywać na antysemickie tendencje, tam, gdzie je widzą i czują, nawet jeśli budzi to nieprzyjemną reakcję osób, o których mowa. Paraliżuje mnie widok Grzegorza Brauna, który w najbardziej ordynarny odbiera poczucie bezpieczeństwa społeczności żydowskiej. Skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że wiem, jak skutecznie z nim walczyć i polegam tutaj wyłącznie na społecznym kompasie moralnym i strategii osób mądrzejszych ode mnie.

To wszystko nie sprawia jednak, że nie przejmuje mnie to, co dzieje się wśród progresywnej części społeczeństwa, dla której często Braun jest wymówką, aby nie przyglądać się bliżej własnym przekonaniom podszytym antysemityzmem. Słowem – wierzę, że w walce o inkluzywną i bezpieczną dla Żydów Polsce będziemy musieli stawić czoła wszystkim źródłom tego koszmarnego uprzedzenia. Antysemityzm zasługuje na nasze potępienie niezależnie od orientacji politycznej osoby, która go szerzy.

Na zdjęciu: Pikieta #muremzaGrzegorzemBraunem, Sejm, 19 grudnia 2023. Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Wyborcza.pl

;Na zdjęciu Kacper Max LubiewskiKacper Max Lubiewski

Autor publikacji „Smolanim – Leftists. Voices of the Israeli Left in a post-October 7th world”, aktywista klimatyczny i pokojowy, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta.

Copyright © 2016 – 2026. Made with love by OKO.press team. All Rights Reserved.