30-letnia pracownica banku Katerina (na prośbę bohaterki nie podajemy nazwiska) przeniosła się do Australii, licząc na to, że w nowym kraju znajdzie pracę w swoim zawodzie. Jednak wszystko potoczyło się inaczej niż planowała: najpierw zatrudniła się na farmie bawełny, a potem poszła do kopalni. Katerina opowiedziała jak wygląda jej praca w „męskim” zawodzie w ekstremalnych warunkach i dlaczego ludzie z krajów europejskich z wyższym wykształceniem wybierają ciężką pracę fizyczną.
Mam wykształcenie ekonomiczne i przez sześć lat pracowałam w banku. Mimo dobrej posady w Estonii żyłam od wypłaty do wypłaty. Wtedy pomyślałam: jeśli teraz nie zacznę myśleć o pieniądzach, nie będę w stanie zadbać o swoją przyszłość.
W 2022 roku, dzień po swoich 27. urodzinach, wyjechałam do Australii. Podjęcie decyzji o przeprowadzce było trudne. Mieszkała tam moja siostra, ale o nowym kraju wiedziałam niewiele, tylko tyle, że skaczą tam kangury, a zamiast gołębi są papugi.
Na lotnisku przeżyłam szok kulturowy: mimo dobrej znajomości angielskiego zupełnie nie rozumiałam Australijczyków. Mają swój slang i wymowę, a słowa są skracane w szczególny sposób. Dopiero po czterech miesiącach zaczęłam swobodnie komunikować się z miejscowymi.
Na początku mieszkałam w Brisbane, dużym mieście w stanie Queensland. Moja przyjaciółka, która tam mieszkała, załatwiła mi pracę w lokalnym barze, ale nie wytrzymałam tam długo. Chciałam znaleźć pracę w banku i pracować w swoim zawodzie, ale okazało się, że mój poziom angielskiego jest niewystarczający i muszę jeszcze przejść kursy, aby poznać lokalne przepisy. Wszystko to zajęłoby aż pół roku. Zrozumiałam, że muszę pracować fizycznie.
Wyjechałam do Australii na podstawie wizy Working Holiday. Aby ją przedłużyć, trzeba przepracować trzy miesiące na farmie (lub w niektórych innych branżach). Znalazłam pracę w mieście Dolby na farmie, gdzie przetwarzano bawełnę. Znajdowała się ona osiem godzin jazdy od Brisbane i dojeżdżałam tam autobusami z trzema przesiadkami. Transport publiczny w Australii jest skomplikowany: autobusy jeżdżą, kiedy chcą i gdzie chcą.
Wiza Working Holiday 417 pozwala obywatelom niektórych krajów Europy i Azji, a także Kanady, na podjęcie pracy w Australii podczas wakacji.
Wiza ta jest wydawana na rok i można ją przedłużyć o kolejne dwa lata. W tym celu należy przepracować co najmniej trzy miesiące w kraju. Praca może być wykonywana w sektorze rybołówstwa, budownictwa, turystyki, wydobycia surowców, rolnictwa lub likwidacji skutków klęsk żywiołowych.
W Dolby wynajęłam mały pokój, do którego ciągle wpełzały karaluchy i pająki. W pewnym momencie nie wytrzymałam i kupiłam w lokalnym sklepie namiot, który rozłożyłam na łóżku, aby chronić się przed owadami. Budziłam się zdezorientowana: potrzebowałam kilku minut, aby zdać sobie sprawę, że nie jestem na łonie natury. Tak spędziłam dwie noce.
W pierwszych tygodniach na farmie nie rozumiałam nic z tego, co mówił mój szef. Na wszystko odpowiadałam: „Yes, I’ll do” — „Tak, zrobię”. Kilka razy musiałam prosić o powtórzenie lub poprosić innych o tłumaczenie. Na szczęście na farmie było kilku chłopaków z Estonii — dzięki nim przetrwałam.
Tam przeszłam test wytrzymałościowy: w pierwszym tygodniu powierzono mi czyszczenie kanalizacji, dali mi łopatę i gumowe kalosze. Wstrzymując oddech z powodu smrodu, skrobałam brud, podczas gdy z rur wyskakiwały żaby. Mój światopogląd i wszystko, z czego byłam dumna: praca w banku na dobrym stanowisku, wyższe wykształcenie — rozpadało się na moich oczach. Po zmianie długo płakałam. Ale postanowiłam, że nie wrócę, dopóki nie osiągnę swojego celu: zapewnienia podstaw finansowych dla mojej przyszłej rodziny.
Praca na farmie okazała się ciężka. Sprawdzaliśmy jakość bawełny: pobieraliśmy próbki, napełnialiśmy worki — pod koniec 12-godzinnej zmiany bardzo bolały mnie ręce. Jeden miesiąc pracowaliśmy w dzień, następny — w nocy. Czekaliśmy na nocne zmiany, aby zarobić więcej: w ciągu tygodnia wychodziło nieco poniżej 1900 dolarów amerykańskich. Czułam się jak wampir: chroniłam się przed słońcem, kiedy wychodziłam na ulicę, i jak najszybciej wracałam do domu, aby się wyspać. Okno w swoim pokoju zakleiłam, ponieważ nie miałam zasłon. Tak wytrzymałam pół roku.
Znalazłam się w filmie „Mad Max”
Dowiedziałam się, że w Australii Zachodniej jest wiele kopalń, w których dobrze płacą. Ale najpierw trzeba przejść szkolenie na własny koszt. Kosztowało mnie to około 800 dolarów.
Moim pierwszym zadaniem w kopalni było mierzenie poziomu tlenu w zamkniętych pomieszczeniach pod ziemią przed wysłaniem górników do pracy. Byłam odpowiedzialna za bezpieczeństwo: w przypadku wycieku gazu musiałam pomóc górnikom wydostać się z pomieszczenia. Takie sytuacje zdarzały się dwukrotnie: po uruchomieniu alarmu zakładaliśmy maski i biegliśmy w bezpieczne miejsce. Kilka razy musiałam schodzić na dół i pomagać górnikom wspiąć się po schodach, wzywać dla nich karetkę pogotowia. W ciągu tygodnia zarabiałam około 2000 dolarów.
Pierwszego dnia w kopalni czułam się jak aktorka, która trafiła do filmu „Mad Max”: wszystko wokół było brązowe, wszędzie były rury, ogłuszające dźwięki. To wszystko wydawało się nierealne.
W kopalniach często pracują ludzie z Indii, Kazachstanu, Litwy, Estonii, Niemiec, Anglii i Francji. Wielu z nich ma wyższe wykształcenie i tytuł magistra. Niektórzy przyjeżdżają, aby zapewnić sobie przyszłość, inni muszą spłacić kredyty, a jeszcze inni oszczędzają na przykład na operację.
Nie wszyscy Australijczycy wytrzymują pracę w takich warunkach — wielu odchodzi. Ale ja znalazłam wspólny język z kolegami, nazwali mnie nawet „śmieszkiem”. Mam dobry zespół: Australijczycy są bardzo przyjaźni i weseli, podobnie jak Nowozelandczycy. Przed przeprowadzką nie wiedziałam nic o Nowej Zelandii i jej kulturze i byłam bardzo zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że nadal istnieją tam plemiona.
Chciałam zarabiać więcej, więc po roku pracy wydałam około 700 dolarów i ukończyłam kurs budownictwa rusztowań (co jest również wymagane w kopalniach). Budowa rusztowań na placu budowy może trwać tydzień lub dwa. Kiedyś pracowałam nieprzerwanie przez sześć i pół tygodnia, mając tylko dwa dni wolne. W ciągu tygodnia zarabiam nieco ponad 2100 dolarów. Firma pokrywa wszystkie koszty: przelot, zakwaterowanie i wyżywienie. Mieszkamy w przyczepach, na terenie jest kino, basen i sala gimnastyczna, można grać w tenisa i koszykówkę.
Ale warunki bywają różne: trafiałam na stare pokoje, do których wpełzały pająki, karaluchy i jaszczurki. Sprawdzam każdy kąt, poduszki i łóżko — nigdy nie wiadomo, kogo tym razem znajdziesz. Przed pójściem do toalety trzeba się umyć, bo z muszli wyskakują żaby. Czasami trzeba dzielić toaletę i wannę z innymi pracownikami. W pewnym momencie, z powodu zmęczenia, odeszłam z kopalni i próbowałam znaleźć pracę w mieście, ale tak przyzwyczaiłam się do dobrej pensji, że wkrótce wróciłam.
W kopalni trudno jest przebywać, zwłaszcza dziewczynie. Mamy męski zespół: na 300 osób tylko kilkanaście kobiet. Na początku koledzy próbowali mnie sprawdzić, ponieważ podjęłam męską pracę.
Musiałam udowodnić, że się nadaję. Pracowałam na granicy swoich możliwości fizycznych: podczas menstruacji wnosiłam na trzecie piętro rury ważące 20 kilogramów.
Latem jest szczególnie ciężko: w upale 45–50 °C rury nagrzewają się na słońcu i parzą ręce, brakuje powietrza i bez względu na to, ile wody się pije, gardło i tak wysycha.
Czuję się, jakbym żyła dwoma życiami: w kopalni i w mieście. W pracy tracę kontakt ze światem zewnętrznym: nie pamiętam, jaki jest dzień tygodnia, zapominam pogratulować bliskim urodzin. Teraz mam przyjaciół, ale był okres, kiedy często się przeprowadzałam i otoczenie ciągle się zmieniało. Ledwie poznałam nowych przyjaciół, a oni już wyjeżdżają do innej części Australii.
Przez długi czas ukrywałam przed rodzicami i przyjaciółmi w Estonii, czym się zajmuję. Kiedy powiedziałam o tym mamie, powiedziała: „Katia, ale ty jesteś dziewczyną!”. Wcześniej byłam bardzo kobieca, często nosiłam obcasy. W Australii stałam się całkowitym przeciwieństwem: przez większość czasu noszę ubrania robocze, kask i okulary.
Rodzina i przyszłość w Estonii
Chciałabym założyć rodzinę, ale mężczyźni boją się silnych kobiet. Jestem niezależna, potrafię sama się utrzymać. Więc jeszcze nie znalazłam takiego.
W trzecim roku emigracji stało mi się łatwiej, ale kiedyś wrócę do Estonii. Dopóki mam możliwość i zdrowie, będę kontynuować pracę w Australii. Często zwracają się do mnie ludzie z Rosji, Ukrainy, Białorusi i Kazachstanu, którzy również szukają możliwości zarobku. Inflacja rośnie, a pensje nigdzie się nie zmieniają. Tylko dzięki pracy fizycznej udało mi się zapewnić sobie dobry poziom życia.
Ogólnie rzecz biorąc, przeprowadzka do Australii bardzo mnie zmieniła: stałam się znacznie silniejsza i odważniejsza, lepiej rozumiem ludzi. Nie żałuję niczego i przeszłabym tę drogę ponownie.