-
Jan Habdas po okresie załamania sportowego odbudowuje swoją formę i wraca do międzynarodowych startów.
-
Jego powrót poprzedziły zmagania z problemami mentalnymi oraz indywidualne treningi pod opieką słoweńskiego trenera.
-
Habdas podkreśla, że cierpliwość i systematyczność są kluczowe w jego drodze do odzyskania wysokiej dyspozycji.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Do niedawna Jan Habdas był wielką nadzieją polskich skoków narciarskich. W wieku 19 lat zadebiutował w Turnieju Czterech Skoczni, a chwilę potem w styczniu 2023 roku w Zakopanem wywalczył swoje pierwsze punkty Pucharu Świata. Kilka tygodni później został brązowym medalistą mistrzostw świata juniorów.
W sezonie 2022/2023 z bardzo dobrej strony pokazał się jeszcze w PŚ w Rasnovie (17. miejsce) i Lahti (11. miejsce). W nagrodę pojechał na finał Pucharu Świata do Planicy, gdzie nie przebrnął kwalifikacji.
„Wydarzenia”: Nastolatkowie zbudowali skocznię narciarskąPolsat News
Jan Habdas: latem kompletnie nie nadawałem się na skoczka narciarskiego
Wydawało się, że mocno ruszy do przodu. Miał trafić do kadry A, w której ostatecznie zabrakło dla niego miejsca. Od tego momentu zaczął się jego sportowy upadek. Zniknął z Pucharu Świata, a z czasem nawet z zaplecza.
Habdas wraz z ojcem postanowili postawić na bardzo indywidualny trening. Jego szkoleniowcem został Słoweniec Jure Radelj. Kilka dniu temu 22-latek wygrał zawody Orlen Cup w Szczyrku, po których został powołany na zawody FIS Cup w Klingenthal. Pierwsze od prawie roku.
Tomasz Kalemba, Interia Sport: W końcu Jana Habdasa znowu widać w skokach narciarskich. Niedawno wygrałeś Orlen Cup, a teraz pojechałeś na zawody FIS Cup do Klingenthal. To chyba pierwsze takie kroki, które świadczą o tym, że wciąż starasz się odbudować po bolesnym upadku.
Jan Habdas: – Gdzieś trzeba postawić ten pierwszy krok. Co prawda zrobiłem go już dawno temu, ale nie był on jeszcze tak widoczny. Teraz idę trochę siłą rozpędu. Kiedyś występ w FIS Cup nie cieszyłby mnie tak, jak teraz. Wciąż jednak nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Widać bowiem postęp w porównaniu do lata. Do formy jest jeszcze długa i daleka droga, ale cieszę się z tego, że zaczyna co nieco wychodzić w skokach. To jest taki pozytywny akcent całej mojej pracy.
Masz jeszcze w sobie dużo wiary w to, że możesz wrócić do miejsca, w którym byłeś?
– Mam. Gdybym nie miał, to nie byłoby mnie już w skokach. Nie powiem jednak, że cały czas miałem tyle tej wiary, bo kwestionowałem to, czy w siebie wierzę. Z czasem pewność, że tak jest rosła we mnie. W ostatnim czasie czułem, że znowu mogę dobrze skakać, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie nastawiałem się jednak na to, że już tej zimy chcę być na bardzo wysokim poziomie, bo wiedziałem, gdzie znajdowałem się na początku lata. W tamtym momencie kompletnie nie nadawałem się na skoczka narciarskiego.
– Tak. Na ten sezon osiągnąłem cel, jaki został zaplanowany. W kolejnym znowu będę schodził z wagi. To wszystko ma się odbywać w naturalnym tempie i pod kontrolą. Obraliśmy taką ścieżkę, żeby nie robić wszystkiego naraz. Chcemy zachować balans, bo patrzymy długoterminowo. Na szczęście już jestem na takim poziomie, że mogę rywalizować z innymi.
Dla ciebie to będzie dopiero trzeci występ na arenie międzynarodowej w ciągu ostatnich 13 miesięcy. Trochę mało jak na zawodnika, który miał aspiracje, by wbić się do czołówki światowej? Na ten moment to jest dla ciebie duży sukces?
– Nie powiedziałbym tak. Nie traktuję tego startu w FIS Cup jako sukces. To był dla mnie cel. Chciałem zakwalifikować się do kadry na międzynarodowe zawody, żeby zacząć sezon startowy. Czekałem na to, czy forma będzie jeszcze wyższa, czy nie. W pewnym momencie podjęliśmy jednak decyzję, że nie ma na co czekać, tylko trzeba zacząć startować. Bez patrzenia na to, czy już jestem w wysokiej formie, czy nie. Rywalizacja to przecież sól sportu. W Orlen Cup kompletnie nie koncentrowałem się na wyniku. Nawet byłem mocno zaskoczony tym, że wygrałem zawody pierwszego dnia. Tym bardziej że koncentrowałem się na robocie, jaką mam wykonać, a nie na tym, że rywalizuję. Teraz też w ten sposób podejdę do startów w FIS Cup.
Do tej pory nie komentował tego, co stało się po najlepszym sezonie w karierze. Teraz przedstawił swoją perspektywę
Trzy lata temu debiutowałeś w Turnieju Czterech Skoczni, a my cieszyliśmy się z tego, że mamy nastolatka, który wiele potrafi. Za moment zdobyłeś pierwsze punkty Pucharu Świata w Zakopanem i wywalczyłeś medal mistrzostw świata juniorów. Koniec sezonu był znakomity. Zająłeś 11. miejsce w Lahti i pojechałeś na finał Pucharu Świata do Planicy. Od tego momentu coś się posypało, a miałeś być na fali wznoszącej. W pewnym momencie wydawało się nawet, że skoki narciarskie straciły cię. Tak łatwo zapomnieć, jak skakać?
– Powiedziałbym, że jednak się zapomina. Jestem tego dobrym przykładem. To, gdzie jestem teraz, trzeba było budować od podstaw. Właściwie od początku. Proszę sobie wyobrazić zatem, jak to wszystko wyglądało w moim przypadku. Żaden element moich skoków nie wyglądał dobrze. Trochę zajęło też przygotowani ciała do tego, bym mógł w ogóle skakać. I to mi właśnie chodzi, kiedy mówię o podstawach. Kiedy wkraczał w świat Pucharu Świata, to jeszcze nie byłem ustabilizowany na wysokim poziomie. Potem przyszły zmiany sprzętowe i wiele czynników poszło nie w tę stronę, w którą miały pójść. To wszystko jednak wiele mnie nauczyło. Szczególnie widzę to w tym, sezonie, kiedy pracuję sam i jakie decyzje muszę podejmować na co dzień. To jest trochę inne trenowanie. Najważniejsze, że z powrotem uwierzyłem w to, że się da, ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem na początku tej drogi.
W tamtym okresie, kiedy następował spadek twojej formy, przegrałeś trochę sam ze sobą?
– Do tej pory nie komentowałem tego, ale przedstawię swoją perspektywę. Nie ukrywam, że myślałem o tym, że po tak udanym sezonie 2022/2023 zacznę iść w górę. Powiedziano mi, że będę w kadrze A, co tylko utwierdziło mnie w tym, że wszystko idzie w dobrą stronę. Tymczasem zostałem przydzielony do kadry B. Byłem rozgoryczony, ale to nie było nic złego. Nie obraziłem się na nikogo. Wydaje mi się jednak, że miałem szanse na to, by jednak dołączyć do kadry A. Tyle że się w niej nie znalazłem. I to właściwie wszystko. To nie wpłynęło na moją dobrą pracę. Po dobrym sezonie, jaki miałem, został zmieniony trener. Było wiele zmian. Lato zacząłem jeszcze na dobrym poziomie, ale później moja forma nawet nie spadała, a pikowała w dół. Nie wiem, co było takim momentem kulminacyjnym, po którym nie mogłem się już podnieść. Od tamtego momentu moje problemu tylko narastały. Ubiegły sezon był katastrofą. Dlatego przed tą zimą koncentrowałem się na tym, by wyjść ze wszystkich problemów mentalnych, jakich się nabawiłem. Wydaje mi się, że jestem teraz na dobrej drodze. Najważniejsze, że skoki znowu sprawiają mi przyjemność.
Było jakieś specjalne przywitanie w kadrze po twoim powrocie?
– Nic specjalnego, ale zawsze dobrze się zobaczyć po tak długim czasie.
Zerkam w statystyki. Ty zimą w zawodach pod egidą FIS skakałeś na dużej skoczni prawie dwa lata temu. Teraz wracasz na ten obiekt w Klingenthal.
– Rzeczywiście to już dwa lata. Kiedyś jednak znowu trzeba wejść na tę ścieżkę. Dla mnie to wszystko zaczyna się od nowa. I na pewno będą i wzloty, i upadki. Mam nadzieję, że tych pierwszych będzie znacznie więcej. Nie poddaję się i mam zapał do ciężkiej pracy.
Jaki jest twój cel? Kiedy chciałbyś osiągnąć poziom, który już by cię zadowalał? Taki zawodnik, jak ty, na pewno myśli o tym, by jak najszybciej wrócić do Pucharu Świata?
– Nauczyłem się tego, że kiedy koncentrowałem się na wynikach w zawodach, to spinałem się mocniej na treningach. Frustrowałem się, kiedy mi coś nie wychodziło. Dlatego staram się nie myśleć tak bardzo o tym. Chciałbym jednak już w przyszłym sezonie pokazywać się z o wiele lepszej strony. Mam nadzieję, że efekt kumulacji przyjdzie jak najszybciej. Kiedy będę tylko wykonywał – jak do tej pory – systematyczną pracę, to wtedy tej dobrej dyspozycji starczy na długo. Tego się trzymam. Najważniejsza w tym wszystkim jest cierpliwość. Na ten moment trudno jest mi wskazać cele. Na pewno chciałbym jak najszybciej zacząć oddawać skoki na najwyższym poziomie.
„Nie za bardzo brałem udział w wyborze trenera”
Wciąż trenujesz ze Słoweńcem Jure Radeljem, czy coś się zmieniło?
– Nic się nie zmieniło. Dalej to jest mój trener. Wszystko wygląda tak samo. I raczej w najbliższym czasie tak też zostanie. Zanim wszystko zaczęło działać, to musieliśmy się dotrzeć. Wiem, że to oklepany zwrot, ale rzeczywiście to jest prawda. Trochę czasu zajęło nam znalezienie sposobu komunikacji dotyczącego tego, co mam zrobić na skoczni. Razem jednak pracujemy na wspólny sukces.
Treningi w Polsce i treningi w Słowenii to niebo a ziemia? Pytam o infrastrukturę?
– Nie powiedziałbym. Większość treningów w lecie odbyłem na skoczni w Planicy. W zimie zresztą też. Szybciej była po prostu tam skocznia przygotowana niż w Polsce. I to na wysokim poziomie. W ostatnich tygodniach przyjechałem do Polski i skocznia w Szczyrku była przygotowana naprawdę super. Nie ukrywam jednak, że treningi w Polsce nie służyły mi w okresie przygotowawczym. Kiedy tylko zaczynałem skakać w kraju, to od razu wszystko się rozjeżdżało w moich skokach, jeśli chodzi o technikę.
W Polsce nikt nie chciał ci pomóc, czy nie było takiej osoby, która mogłaby to zrobić i dlatego trzeba było szukać trenera aż w Słowenii?
– Szczerze mówiąc, to nie za bardzo brałem udział w wyborze trenera. Nad tym czuwał mój tata. Nie było jednak łatwo znaleźć kogoś w Polsce, bo doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że potrzebuję, by ktoś mógł mi poświęcić dużo czasu, bo byłem w takiej rozsypce. Większość trenerów jednak była zajęta. Trudno było wyciągnąć kogoś do takich indywidualnych treningów. Tata ma kontakty w Słowenii ze względu na brata Piotra, który jest alpejczykiem, więc w tamtym kierunku też szukał.
Zmiany sprzętowe przed tym sezonem posłużyły ci, czy raczej przeszkodziły?
– Te zmiany na pewno sprzyjają bardziej dynamicznym zawodnikom. Kombinezony są jednak ciaśniejsze. Lotny typ zawodnika ma zatem mniejszą przewagę niż miał wcześniej. Nie narzekam na te zmiany, ale też nigdy nie starałem się przywiązywać uwagi do zmian sprzętowych. Po prostu trzeba się zaadaptować do obowiązujących przepisów. Poza tym nie byłem jeszcze na takim poziomie, żeby szukać detali w sprzęcie.
Niby przepisy powinny uderzyć w Domena Prevca, a on stał się prawdziwym dominatorem.
– On po prostu bardzo dobrze zaadaptował się do zmian w przepisach. Skacze bardzo dobrze. Jest świetnym lotnikiem, ale wyraźnie poprawił też wyjście z progu.
Słoweńska szkoła wiele różni się od polskiej?
– Trudno jest mi porównywać. Praca w kadrach różni się od tego, co robimy z Jure. On stara się do mnie też dostosować. Do mojej budowy ciała i do dynamiki. Idziemy swoją własną ścieżką. To są treningi bardzo indywidualne. To jednak nie jest tajemnicą, bo widzą to wszyscy dookoła, że jednak słoweńscy zawodnicy są bardzo mocno rozciągnięci. Polscy skoczkowie są za to o wiele bardziej dynamiczni.
Rozmawiał – Tomasz Kalemba, Interia Sport

Jan HabdasŁukasz Szeląg/ReporterEast News

Jan HabdasAFP

Jan HabdasFoto Olimpik/Nur Photo AFP
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas
