DOMINIK LUTOSTAŃSKi: Trzy lata temu po medalu igrzysk europejskich w wywiadzie z nami mówiła pani, że wyląduje pod mostem, a teraz spotykamy się w Teatrze Wielkim. Niezła zmiana.

KLAUDIA ZWOLIŃSKA: (śmiech) Doprecyzujmy. Nie mówiłam, że wyląduję pod mostem. W całej tej wypowiedzi chodziło o sponsorów, których wtedy nie miałam wielu. Mocno dokładałam do swojego rozwoju. Zresztą fundusze są trudnym tematem. Bo prawda jest taka, że sportu często nie traktuje się poważnie. Nawet kiedy w grę wchodzą medale olimpijskie. A zwykle po igrzyskach zainteresowanie się kończy. Tymczasem, żeby zdobyć medal olimpijski, środki są kluczowe.

Na świecie poziom jest niesamowity — technologia, sprzęt, wyjazdy. To wszystko się zmienia i kosztuje. Na szczęście mam fajnych partnerów. Mamy podobne wartości, cele i podejście do życia, więc naprawdę bardzo się z tego cieszę, że jestem w Teatrze Wielkim.

Jest pani dumna, że ma w rękach statuetkę Czempiona?

Jak najbardziej. Trzymałam ją długo w rękach. Jest bardzo ciężka, ale wyjątkowa. To piękna statuetka. Na pewno postawię ją w domu w szczególnym miejscu. Muszę jednak przyznać, że sprawiła mi trochę kłopotów — w długiej sukni trudno było ją unieść, bo naprawdę waży swoje. Mimo to dała mi ogrom radości. To uczucie jest nie do opisania.

Towarzyszył pani dreszcz emocji, gdy zbliżał się finał ogłoszenia wyników?

Gdy ogłoszono, że Iga Świątek jest druga, przez chwilę pomyślałam, że może jednak to ja będę pierwsza. Zaraz jednak przyszła refleksja: „spokojnie, jest jeszcze Julka Szeremeta i wielu innych świetnych sportowców”. Bardzo walczyłam o głosy. Co dwa dni wrzucałam filmiki w mediach społecznościowych, prosząc o wsparcie. Byłam już tym zmęczona, ale wiedziałam, że bez tego trudno się przebić.

Co pomyślała pani dokładnie w momencie, gdy ogłoszono, że Iga Świątek zajęła drugie miejsce?

Byłam zaskoczona. Znów pojawiła się ta myśl, że może jednak uda się wygrać. Ale szczerze — trudno uwierzyć w zwycięstwo, gdy reprezentuje się dyscyplinę, którą wciąż określa się jako niszową. Zresztą nie oszukujmy się — nadal tak jest.

Klaudia Zwolińska na Balu Mistrzów SportuKlaudia Zwolińska na Balu Mistrzów Sportu (Foto: Piotr Kucza / FOTOPYK)

Trudno było uwierzyć, że może się udać?

Bardzo trudno. Ale ten sukces nie wziął się z przypadku. To efekt ciężkiej pracy nas wszystkich. Cieszę się, bo na tym zyskuje cały związek. Reprezentuję nie tylko slalom, ale też sprint — wszystko razem.

A czy sukcesy przełożyły się na większe zainteresowanie kajakarstwem?

Zdecydowanie. Teraz już nie muszę tłumaczyć, czym jest slalom. Kiedyś ludzie patrzyli z niedowierzaniem, dziś wiedzą, o co chodzi. Jest coraz więcej dzieci, które chcą trenować. Teraz potrzebni są trenerzy, infrastruktura i dobry system. Pracujemy nad tym i wszystko zmierza w dobrą stronę.

Na scenie mówiła pani o sponsorach. Pani historia pokazuje, że czasem warto zainwestować w młodą zawodniczkę z ogromnym potencjałem.

Na pewno! Mam nadzieję, że ta nagroda jest symbolem dla małej, niszowej dyscypliny — że wszystko jest możliwe. Jeżeli ja, dziewczyna z małej miejscowości reprezentująca slalom, mogłam zdobyć nagrodę Czempiona 2025 r., to naprawdę wszystko jest możliwe.

Często słyszy się porównania pani do Justyny Kowalczyk. Miała pani okazję z nią porozmawiać?

Bardzo często o niej mówię. Nawet się boję, że uzna mnie za jakąś stalkerkę, bo w każdym wywiadzie ją przywołuję — i na scenie też. Ale to dlatego, że była moją idolką, kiedy byłam dzieckiem. Ponoć jesteśmy też podobne z profilu, wiele osób mi to mówi. Traktuję to jako ogromny komplement. Niestety nie porozmawiałyśmy za długo.

Po igrzyskach i medalach mistrzostw świata wokół pani pojawiło się dużo szumu medialnego. Jak sobie pani z tym radzi?

Tak, że za trzy dni lecę do Australii. Wyłączam telefon i trenuję. Codziennie o tej samej porze posiłki, trening, sen. Po prostu mnie nie ma. Teraz jest kilka dni medialnych, a potem wracam do sportu. Trzeba znaleźć balans — dlatego wyjeżdżam i znikam.

To już trzeci rok z rzędu, gdy wybiera pani Australię?

Tak, bo uwielbiam Australię. To świetne miejsce do treningu — dobry klimat, odpowiednie warunki, najlepsi zawodnicy z całego świata. Do tego tam jest noc, kiedy u nas jest dzień, co bardzo mi pomaga. Jestem mało asertywna i trudno mi odmawiać, a to często odbija się na treningu. Tam mogę się skupić tylko na sporcie. No i jest tam niesamowita Polonia, którą serdecznie pozdrawiam. Nasi rodacy za granicą są cudowni — na mistrzostwach świata miałam lepszy doping niż miejscowi zawodnicy.

Klaudia ZwolińskaKlaudia Zwolińska (Foto: Aleksander Majdański / newspix.pl)

Wspominała pani, że kiedyś była impulsywna i buntownicza. Co się zmieniło?

Trochę tej impulsywności nadal we mnie jest, ale nauczyłam się wykorzystywać ją pozytywnie. Kiedyś miałam problem ze współpracą — zarówno z ludźmi, jak i z Polskim Związkiem Kajakowym. Wydawało mi się, że wszyscy są przeciwko mnie. Z czasem zrozumiałam, że to nie ma sensu. Teraz biorę od innych to, co dobre, nie skupiam się na negatywach i mam więcej energii na wyniki.

Kiedy nastąpił ten przełom?

Po igrzyskach w Tokio. To był dla mnie bardzo trudny moment. Musiałam wszystko przeanalizować — sport i życie prywatne. Doszłam do wniosku, że bunt kosztuje mnie zbyt dużo energii, a ja potrzebuję jej, by startować w trzech konkurencjach olimpijskich.

Jeśli chodzi o przyszłe zawody — co jest pani celem?

Kwalifikacja olimpijska. Mam trzy medale z mistrzostw świata, a właśnie na nadchodzących będzie kwalifikacja. Chcę ją zdobyć jak najszybciej i zamknąć ten proces, żeby przygotowania do igrzysk były spokojniejsze. Mistrzostwa świata odbędą się na torze olimpijskim w Oklahomie, gdzie będą igrzyska w 2028 r. Mamy tam bardzo mało czasu do spędzenia, więc zawody będą ekstremalnie wymagające. Kwalifikacja olimpijska rządzi się swoimi prawami. To jedne z najcięższych zawodów, bo jest dużo do stracenia i ogromna presja. Do tego mam tam tytuły do obrony.

Wiele pojawia się pytań do pani, ale mam wrażenie, że mało się mówi o pani partnerze Grzegorzu Hedwigu. To człowiek do zadań specjalnych?

Grzesiek jest bohaterem. Może nie nosi peleryny. (śmiech; w tym momencie wtrąca się Grzegorz Hedwig, który przysłuchuje się naszej rozmowie, i dodaje: „Noszę pelerynę, ale tylko na wodzie”) Dostaję od niego gigantyczne wsparcie. Idealnie się dobraliśmy — ja jestem chaosem i totalnie niezorganizowana, a on jest punktualny, perfekcyjnie poukładany. Planuje mi dzień, bo inaczej pewnie nie zdążyłabym nawet na ten Bal. Przyjechał tutaj ze mną. Cieszę się, bo byli też mój brat ze szwagierką i bliscy. Rodzice nie przepadają za medialnymi wydarzeniami. Gdy telewizja kiedyś wpadła im do domu, mama dzwoniła spanikowana, co ma robić. Na pewno siedzieli przed telewizorem i świętowali po swojemu.