W zestawieniu przygotowanym przez Stowarzyszenie Efektów Wizualnych (Visual Effects Society – VES) „Tron” z 1982 roku znalazł się pośród siedmiu filmów, których efekty specjalne najbardziej wpłynęły na rozwój kinematografii. Tymczasem dzieło Stevena Lisbergera nie otrzymało nawet nominacji do Oscara w tej kategorii. Jak to możliwe? Można powiedzieć, że zastosowana technologia okazała się dla członków Amerykańskiej Akademii Filmowej zbyt pionierska.

Filmowe podsumowanie 2025 roku. Które tytuły trzeba obejrzeć?

Akademia zdyskwalifikowała „Tron” w rywalizacji o nagrodę w kategorii najlepsze efekty wizualne, uznając część zdjęć opracowanych dla filmu za rodzaj oszustwa wobec tradycyjnych metod tworzenia obrazu. Chodziło oczywiście o stosowaną dziś powszechnie grafikę komputerową (CGI). Warto dodać, że efekty, które w ten sposób powstały, filmowcy nagrywali kamerą z ekranu monitora i później już na taśmie celuloidowej poddawali je dalszej obróbce.

Druga część filmu zatytułowana „Tron: Dziedzictwo” powstała w 2010 roku, a więc aż 28 lat po premierze pierwowzoru. Wytwórnie bardzo rzadko decydują się na realizację sequela po tak długim czasie. Niemniej udało się w twórczy sposób rozwinąć temat i stworzyć silną więź pomiędzy produkcjami, które dzielą trzy dekady. Kluczowym elementem, który połączył oba filmy, była postać genialnego programisty, twórcy gier komputerowych Kevina Flynna (Jeff Bridges), który został „wciągnięty” i uwięziony w wirtualnej rzeczywistości.

W trzeciej części Flynn też się pojawia, ale film ma już innych głównych bohaterów, na czele z ultranowoczesnym programem, który pragnie przenieść się z cyfrowego świata do naszej rzeczywistości. W zmaterializowaną postać Aresa wcielił się zdobywca Oscara („Witaj w klubie”) Jared Leto, którego w ubiegłym roku można było oglądać na żywo w Polsce, gdy wystąpił z zespołem Thirty Seconds to Mars. A propos muzyki. „Tron: Ares” zachwyca przede wszystkim od strony wizualnej i dźwiękowej. Utwory zespołu Nine Inch Nails rządzą w jeszcze większym stopniu niż muzyka Daft Punk w poprzednim filmie. Hipnotyzują, oszałamiają i wywołują emocje, których trochę brakuje w dość banalnej historii.

„Tron: Ares” kosztował 180 mln dolarów. W kinach na całym świecie osiągnął wpływy sięgające jedynie 142 milionów, co oznacza duże finansowe straty. Dwie poprzednie części też nie odniosły sukcesu w kinach, a mimo to cała seria dobrze zapisała się w historii kina. Teraz można ją oglądać na platformie Disney+. Przynajmniej tam „Tron: Ares” cieszy się bardzo dużą popularnością. Od trzech dni jest numerem jeden we wszystkich krajach na świecie.