Putin i Trump rozbijają w pył stary porządek świata. Wraz z Chinami grożą ustanowieniem układu trzech globalnych mocarstw, który byłby niestabilny i skrajnie niebezpieczny. Europa musi zacząć pracować nad inną przyszłością — wspólnie z piątą potęgą. To ostatni moment.
Po rosyjskiej napaści na Ukrainę ówczesny kanclerz Niemiec Olaf Scholz mówił pod koniec lutego 2022 r. o „przełomie epok”. Wielu uznało to określenie za niepotrzebne podkręcanie nastrojów i liczyło, że światowy porządek szybko wróci na dawne tory.
Tyle że wojna trwa dłużej, niż zakładano, i coraz wyraźniej widać, że porządek oparty na wartościach i regułach — w który szczególnie Europa lubiła wierzyć — jest w międzynarodowej polityce wypierany przez brutalną logikę siły. Nagle „przełom epok” zaczął brzmieć aż nazbyt łagodnie, wręcz jak eufemizm. Trafniejsze byłoby słowo „pęknięcie epoki”. I nie chodzi tu wyłącznie o Rosję.
Od zaprzysiężenia Donalda Trumpa na drugą kadencję prezydenta USA na początku 2025 r. Władimir Putin zyskał partnera w demolowaniu starego ładu. Wszystko zaczęło się od arbitralnej polityki celnej Trumpa, a potem przyszły rozmowy z Rosją o możliwym zakończeniu wojny w Ukrainie — prowadzone początkowo bez udziału państwa, którego ta wojna dotyczy, czyli Ukrainy.
Później pojawiły się amerykańskie zakusy aneksyjne wobec Grenlandii, należącej do Danii, a na początku bieżącego roku doszło do uderzenia militarnego na Wenezuelę oraz porwania jej prezydenta Nicolasa Maduro. Co więcej, już od tygodni amerykańskie siły zbrojne zatapiały na wodach wokół Wenezueli łodzie — rzekomo dlatego, że miały przewozić narkotyki.

Nicolas Maduro i jego żona Cilia Flores eskortowani przez agentów federalnych, Nowy Jork, 5 stycznia 2026 r.XNY/Star Max/GC Images / Getty Images
Chiny — trzecie z nowych, imperialnie działających wielkich mocarstw — od dłuższego czasu przeprowadzają jedno ćwiczenie wojskowe za drugim, by wywierać presję na Tajwan i zastraszać zarówno władze, jak i społeczeństwo wyspy. Prowadzą również zakrojoną na szeroką skalę wojnę hybrydową przeciw Tajwanowi. Warto przypomnieć: według Karty Narodów Zjednoczonych nie tylko wojna napastnicza, ale nawet groźba użycia siły militarnej w celu osiągania celów politycznych jest zakazana.
Papierowy autorytet ONZ
Organizacja Narodów Zjednoczonych, którą zwolennicy i obrońcy porządku opartego na zasadach upatrywali jako jego strażnika, w tej sytuacji wyglądała na bezradną i ośmieszoną. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres ostrzegał i apelował, ale w praktyce nie odgrywał żadnej realnej roli. Zresztą USA nawet nie próbują już uzasadniać przed Radą Bezpieczeństwa ONZ stawianych Maduro zarzutów handlu narkotykami czy terroryzmu — ani choćby spreparowanymi „dowodami”, jak miało to miejsce przed wojną w Iraku.
Zamiast tego po prostu rzucają oskarżenia w przestrzeń publiczną, nie przedstawiając przekonujących dowodów. Dokładnie tak samo postąpił ostatnio Kreml w sprawie rzekomego ukraińskiego ataku dronowego na jeden z pałaców Putina — po to, by zaostrzyć swoją słabnącą pozycję negocjacyjną. Pod koła cynicznej polityki siły trafiło nie tylko prawo międzynarodowe, lecz także prawda — albo przynajmniej elementarna potrzeba mówienia w sposób, który udaje prawdę.
Trzej główni gracze robią, co chcą, i mówią to, co jest im akurat wygodne. Reszta się nie liczy.
Pytanie brzmi jednak: jeśli porządek świata oparty na zasadach i wartościach rozsypuje się, bo mnożą się ci, którzy zasady łamią, a ci, którzy ich przestrzegają, politycznie przegrywają — to co (i czy w ogóle coś) może zająć jego miejsce? Obecna skłonność do przemocy i chaosu nie może być ostateczną odpowiedzią, bo przemoc potrafi burzyć struktury, ale nie potrafi stworzyć stabilnych i przewidywalnych relacji.
„Niebezpieczna konfiguracja”
Aby z chaosu opartego na przemocy zrodził się porządek siły, potrzebne są pewne reguły — choć nie będą one obowiązywać wszystkich, a jedynie dotyczyć wzajemnych relacji wielkich mocarstw. Państwa małe i średnie będą wtedy musiały podporządkować się woli i dyktatowi największych — co już dziś widać na przykładzie resztkowego reżimu w Wenezueli.
Taki układ będzie porządkiem dwu— albo trójdzielnym: wielcy gracze będą się wzajemnie obserwować z nieufnością w mieszance współpracy, rywalizacji i konfliktu, pilnując, by żaden z nich nie urósł za bardzo i nie stał się zbyt dominujący.
W systemie trzech aktorów — jak ten, który zaczyna się rysować z USA, Chinami i Rosją jako globalnymi mocarstwami — jest to wyjątkowo trudne. W takim układzie niemal zawsze należy spodziewać się koalicji dwóch przeciw trzeciemu, a najsilniejszą pozycję zyskuje ten, o którego względy zabiega pozostała dwójka.
Aby utrzymać tę przewagę, „trzeci” musiałby utrzymywać równy dystans wobec dwóch pozostałych — co na dłuższą metę jest praktycznie niewykonalne. Dlatego w historii politycznej niemal nie znajdziemy trwałych systemów trójmocarstw: upadały jeszcze w fazie formowania.

Xi Jinping, Donald Trump, Władimir PutinXinhua/ABACA, SHAWN THEW / PAP
To właśnie czyni obecną konfigurację — z Chinami, USA i Rosją — tak niebezpieczną. Znacznie stabilniejszy byłby natomiast porządek pięciu wielkich mocarstw, w którym rola „języczka u wagi” nie jest aż tak decydująca jak w trójkącie sił. Taka „pięciowładza” (pentarchia), znana z historii Europy od XVII w., kiedy zaczął się kształtować europejski system państw, wykazuje dużo większą odporność na zmiany sojuszy i przesunięcia wpływów.
Indie domykają układ?
Zamiast tylko biadolić nad łamaniem prawa międzynarodowego, Europejczycy powinni pracować nad tym, by powstał taki pięciomocarstwowy układ, w którym mocarstwa „wyrwane z łańcucha” znów zostaną wciągnięte w bardziej regulowaną strukturę — taką, którą da się w ogóle nazwać „porządkiem”.
Gdyby Unia Europejska potrafiła przeobrazić się z kręcącego się wokół własnego podwórka zarządcy przepisów w podmiot zdolny do realnego działania politycznego, a do tego dołączyłyby Indie jako piąta potęga — i zarazem reprezentant globalnego Południa — wówczas nowa pentarchia stałaby się realnym scenariuszem.
Owszem, byłby to układ uboższy normatywnie niż idealny projekt porządku opartego na wartościach, ale prawdopodobnie byłby najstabilniejszym, na co świat może liczyć w przewidywalnej przyszłości.
Europejczycy będą więc musieli wybrać: czy nadal trzymać się pięknego snu o wymagającym moralnie porządku, w którym jednak łamiący zasady regularnie wygrywają rozgrywki o władzę — czy też wziąć się do budowy względnie stabilnej struktury, co będzie trudne, kosztowne i męczące, ale możliwe i obiecujące.
Ostatnia szansa, by nie zostać pionkiem
Pierwszym warunkiem jest polityczna konsolidacja Europy. A to będzie możliwe tylko wtedy, gdy w UE zasada jednomyślności zostanie zastąpiona decyzjami większościowymi.
Nie wszystkim się to spodoba, ale lepiej być mniejszym, lecz zdolnym do działania, niż wielkim i ociężałym kolosem, który nie potrafi ruszyć z miejsca.
To oznacza także jedno: prawicowo-populistyczne partie, które chcą rozmontować Unię, nie mogą zdobyć realnego wpływu politycznego.
To samo dotyczy NATO: europejska część sojuszu powinna otrzymać własnego europejskiego naczelnego dowódcę i europejski sztab generalny. Byłoby to także warunkiem wstępnym dla europejskiego — a nie narodowego — komponentu odstraszania nuklearnego. Politycznie sprawna UE i „zeuropeizowane” NATO są fundamentem tego, co od dawna nazywa się „autonomią strategiczną”.
Ale to jeszcze nie koniec: również gospodarczo i technologicznie Europa musi stać się bardziej samodzielna — zarówno wobec Chin, jak i wobec USA. Będzie to wymagało gigantycznego nadrabiania zaległości, lecz przy odpowiednim skupieniu sił i kompetencji taki wysiłek może zakończyć się sukcesem. Co więcej, Europa zyskałaby wreszcie jasny cel polityczny, którego od dawna jej brakowało. Być może to wszystko razem stanowi ostatnią szansę, by Europa nie została pionkiem w grze wielkich mocarstw.
Aby tę szansę wykorzystać, trzeba jednak porzucić wygodny tryb: ociężałość, przekonanie o własnej nieomylności, a potem narzekanie — oraz narodowy egoizm części państw członkowskich. To są potężne hamulce.
Ale i tu obowiązuje prosta zasada: kto zbyt późno dostrzeże znaki czasu i nie zareaguje, po pewnym czasie odkryje, że ostatni pociąg do samodzielnie kształtowanej przyszłości już odjechał.