Couture na stercie ciuchów
Daniel Olender z Białegostoku wraz z żoną Wiktorią zajmują się sprzedażą odzieży z drugiej ręki od ośmiu lat. W 2021 r. Wiktoria napisała maturę, Daniel porzucił studia. Zaczęli lumpowanie na pełny etat. Na ich koncie są m.in. płaszcz Max Mara za 50 zł, sprzedany za 2800, jedwabna sukienka Galliano kupiona za 25 zł, sprzedana za 2530, kurtka Barbour kupiona za 38 zł, a sprzedana za ponad 1200, koszulka Prady kupiona za 9 zł, sprzedana za 1300, spódnica Comme des Garçons kupiona za 40 zł, a sprzedana za 2500 oraz dziesiątki innych rzeczy kupionych za grosze, sprzedanych za kwoty wielokrotnie wyższe. Przekazują wiedzę tysiącom osób — przynajmniej kilkadziesiąt z nich również rzuciło dotychczasowe prace i studia, by pójść w sto procent na swoje.

Suknię kupioną za 30 zł udało się po kilku latach sprzedać z 12 tys.Daniel Übung Olender / Facebook
We wrześniu 2019 r., Daniel znalazł w podlaskim lumpeksie suknię ślubną. 37 zł na metce. Dla większości osób przedzierających się przez hałdy ubrań nawet taka kwota za „kieckę na jedną okazję” brzmiałaby rozsądnie. Zerknął do środka. Metka: Christian Dior.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Ile Daniel zapłacił za suknię Diora w lumpeksie?
Jak długo Daniel czekał na sprzedaż sukni?
Jak dużą kwotę Daniel zarobił na sukni?
Co myślą internauci o działalności Daniela?
Legit check i pierwsza wątpliwość
— Gdybyśmy znaleźli tę suknię dziś, nie byłoby kłopotu — mamy już na tyle doświadczenia z marką i jej metkami na przestrzeni lat, że poradzilibyśmy sobie sami — wyjaśnia kwestię sprawdzania autentyczności sukni Daniel. We wrześniu 2019 r. zajmował się lumpowaniem od niedawna, studiował, pracował dorywczo. Potrzebował potwierdzenia. Opublikował zdjęcia w nieistniejącej już grupie Real Thrifted — internetowej społeczności specjalizującej się w weryfikacji vintage’owych ciuchów. — Bez znajomości pozostają płatne certyfikaty — nadal warto wydać kilkadziesiąt lub kilkaset zł, by móc ze spokojną głową sprzedać rzecz za kilka czy więcej tysięcy — to podstawa, by nie wprowadzić klienta w błąd! — tłumaczy. Werdykt: autentyk. Część ekspertów oceniła jednak, że rzecz się raczej nie sprzeda. Daniel zostawił suknię w lumpeksie.

Suknia vintage domu mody Christian Dior pochodzi z lat 90.Daniel Übung Olender / Facebook
Wieczorem, po dokładniejszym sprawdzeniu, okazało się, że projekt pochodzi ze ślubnej kolekcji Diora z lat 90. Panika. Nazajutrz rano cudem udało się znaleźć numer telefonu do sklepu, zarezerwować towar. I przy okazji stargować cenę: 30 zł zamiast 37. I ta różnica siedmiu złotych później urośnie do rangi głównego dowodu w internetowym procesie o moralność.
Siedem złotych, które stały się symbolem
„Stargować o siedem zł z 37 na 30 wiedząc, że się ma w rękach suknię CD? Co za żenujący poziom”, „Gratulacje, ale znając wartość zbijać jeszcze cenę, jest po prostu nie na miejscu. Jak jakaś sknera z najgorszego gatunku” — takie komentarze zalały Facebooka po opublikowaniu historii.
Dla wielu internautów właśnie te siedem złotych stało się symbolem wszystkiego, co złe w komercjalizacji second handów. Targowanie się, wydało im się nieetyczne, wręcz obscenicznie cyniczne.
Daniel widzi sprawę inaczej. — Jeśli mogę się targować, to to robię. Nie ma znaczenia, czy chodzi o zarobek paru groszy, jak w 2019 r., czy kilkudziesięciu tys. miesięcznie, jakie udaje nam się zarobić dziś wspólnie z żoną — mówi wprost. — Co innego, gdyby to była sieciówka, tam nie ma o targowaniu mowy, ale u prywaciarza głupio nie zapytać! Najbardziej rozśmieszyło mnie, gdy ktoś mi wytknął targowanie się na targu. Przecież to jak zamówić kawę w kawiarni — od tego jest nawet nazwa! — dodaje.

Suknia Diora znaleziona w podlaskim lumpeksieDaniel Übung Olender / Facebook
Różnica perspektyw okazuje się ogromna. Dla jednych targowanie w second handzie stanowi integralną część kultury kupna-sprzedaży, niemal rytuał niemal. Dla innych — cyniczne wykorzystanie niewiedzy sprzedawcy.
Kilka lat niepewności i ta jedna oferta
Suknia trafiła na Vestiaire Collective — platformę dla koneserów luksusowych marek z drugiej ręki. — Vestiaire jest bardzo łatwe w obsłudze, nie różni się technicznie od Vinted, poza tym, że nie ma tam języka polskiego. W dobie translatorów we wtyczce do przeglądarki to żaden problem — mówi Daniel. — Przez pierwsze miesiące suknia leżała w domu, dopóki nie dorobiliśmy się manekina — wspomina z rozbawieniem.
Potem nastąpiło czekanie. Długie. Prawie cztery lata. We wrześniu 2023 r. przyszła oferta: ponad 12 tys. zł. — Od razu się na nią zgadzamy. Nigdy nie zapomnę, jak za kilka dni przyszła decyzja z siedziby Vestiaire, suknia przeszła weryfikację. Transakcja zakończona. Tańczymy za ręce na parkingu — relacjonuje Daniel.
Rentowność: 40 tys. proc.
Kupiec negocjował — zapłacił kwotę niższą niż pierwotna cena wywoławcza. — Ja stargowałem siedem zł, a kolejny nabywca już kwotę czterocyfrową. I jakoś nikt się już do niego nie przyczepił — zauważa Daniel z ironią. Nie wiadomo, czy osoba kupująca suknię wzięła w niej ślub, zostawiła w kolekcji, czy odsprzedała jeszcze drożej. Ta niewiadoma uświadamia, jak selektywny potrafi być internetowy gniew.
Reakcje podzieliły użytkowników sieci. Jedni gratulowali szczęścia, wytrwałości i dobrego oka. Drudzy oskarżali Daniela o wypaczanie idei second handów, psucie rynku, zachłanność. „Kiedyś chodziło się do lumpeksu, żeby znaleźć coś wyjątkowego dla siebie. Dziś wyścig po metki”, „Przez takich ludzi ciucholandy przestają mieć sens”, „Nie ma żadnej cnoty w kupowaniu w lumpach na handel” — pisali krytycy.
Daniel nie ukrywa, że hejt go nie zaskoczył. — Wiem o tym, że ludzi boli zarabianie pięciocyfrowych sum miesięcznie na tym, co ktoś wyrzucił, ale również to, że edukujemy ludzi, w tym często młodzież, jak robić to, co my. Ludzie się gotują ze złości, bo chcieliby to wszystko dla siebie. Takie są niestety nasze narodowe przywary i, mimo że młode pokolenie już się zmienia, to nie pomaga tutaj internet, gdzie hejt może wylać każdy na każdego w dowolnej ilości. A najczęściej leje się, ile wlezie — podsumowuje Daniel Olender.
Gdzie kończy się spryt, a zaczyna etyka?
Jak Daniel definiuje granicę między sprytem, biznesem a etyką? — Etyka to nic więcej, jak nie robienie krzywdy drugiemu. Jeśli i kupującemu i sprzedającemu cena pasuje, to nikt nie ma prawa się w to wtrącać. No, może skarbówka, ale oni dostają od nas ładne sumki co miesiąc, więc są też zadowoleni! — odpowiada ze śmiechem. — A lumpeksy i zarabianie na nich to dobro wspólne, nikt nie może sobie rościć do tego wyłączności — dodaje.
Co boli ludzi bardziej: to, że Dior może kosztować 30 zł, czy to, że ktoś potrafił to wykorzystać? — Raczej to drugie. Z zawiścią spotykam się codziennie i nauczyłem się z nią radzić. Po prostu motywuje mnie ona do działania. Jeśli nikt cię nie krytykuje za to, w czym jesteś dobry, to znaczy, że nie idziesz w odpowiednim kierunku.
Gdyby Daniel oddał tę suknię „za grosze” albo zostawił ją sobie, pewnie przeszedłby bez echa. — Ludzie kochają kontrowersję, a taki jest nasz zawód. Uprzedzając — kontrowersyjny nie znaczy wcale zły! — podkreśla. — Granica jest bardzo cienka, bo ludziom trudno się cieszyć z cudzego sukcesu, taką umiejętność posiedli tylko nieliczni, co widać zresztą w komentarzach. Gdyby potrafił to każdy, to w internecie nie byłoby hejtu i szamba w komentarzach — przewiduje.
Top 5 sukienek na studniówkę według Izabeli Janachowskiej. Internauci podzieleni
Sufit jednych, podłoga innych
Historia sukni Diora odsłania coś więcej niż mechanizmy rynku vintage. Pokazuje strukturę wartości w polskim społeczeństwie — i to, jak bardzo różnie ludzie rozumieją luksus, wartość, własność. — Moja historia pokazuje po prostu to, że to, co dla jednych jest sufitem, dla innych będzie podłogą — mówi Daniel. — Jeśli zarabiamy kilka tys. miesięcznie, to nie jest problemem wyrzucić do kontenera niepotrzebną sukienkę za 100 zł. Podobnie, jeśli byśmy zarabiali kilkaset tysięcy miesięcznie (a takich ludzi trochę wbrew pozorom jest), to nie byłoby problemem wywalić taką suknię za kilkadziesiąt tys. Po prostu ktoś taki szybciej zarobi na nową, niż zrobi zdjęcia do sprzedaży tej niepotrzebnej. No i tu najlepsze — w posiadanie takiej perełki może wejść potem każdy, byle mieć trochę wytrwałości i farta.
Ewangelia według second handu
W reakcjach na sukces Daniela uderza niesamowity paradoks. Ci sami internauci, którzy oburzają się na zarobek na rzeczach z lumpeksu, często kupują w Zarze, H&M czy Shein — gigantach odpowiedzialnych za eksploatację pracowników i dewastację środowiska. Suknia Diora sprzedana za 12 tys. nie wygenerowała ani grama nowego CO2, nie wykorzystała ani jednego pracownika w fabryce w Bangladeszu. Po prostu znalazła nowego właściciela. Gdyby historia sukni Diora miała być przypowieścią o współczesnej modzie, Daniel wybrałby sparafrazowaną Ewangelię. — Bardzo często ludzie pracujący w fast fashion, w sklepach czy fabrykach będą krytykowali drugi obieg jako niemoralny, kiedy sami pracują w branżach wyzyskujących ludzką pracę i zasoby środowiska. Drugi obieg jest od tego wolny. Nawet tak dyskusyjna rzecz jak naturalne futro, o ile kupimy je używane, jest już wtedy wolne od większości moralnego obciążenia. Dlatego tak ważne jest popularyzowanie rzeczy z drugiej ręki! — przekonuje Daniel
Człowiek renesansu z ciucholandu
Daniel nie waha się nazywać siebie przedsiębiorcą. — W tych czasach, by osiągnąć jakikolwiek sukces, trzeba być człowiekiem renesansu. A podstawą do tego, by dobrze sprzedać swoje towary, usługi, czy nawet samego siebie pracodawcy, jest opanowanie najstarszego zawodu świata. Uprzedzę śmieszków — mam na myśli rzecz jasna handel — mówi. — Możesz być najlepszy w swoim fachu, ale jeśli nie umiesz tego sprzedać, możesz co najwyżej liczyć na pracę na czyjś sukces. Tu obowiązują prawa dżungli, tak było od początku i tak będzie do końca — podsumowuje. — Prawdziwą cnotą lumpiarza, czy lumpuje dla zajawki i na personal, czy dla kasy, czy też jedno i drugie (jak my), jest cierpliwość i wytrwałość i to zawsze powtarzam ludziom, którzy pytają mnie o rady — dodaje Daniel.
Suknia ślubna Diora z lat 90. gdzieś jest. Może wisi w czyjejś garderobie, może została założona na ślub, a może znów czeka na sprzedaż za jeszcze wyższą cenę. Daniel Olender zarobił na niej 12 tys. zł. Pierwotna właścicielka wyrzuciła ją do kontenera z odzieżą używaną. Lumpeks sprzedał za 30 zł. Wszyscy dostali to, czego chcieli. A internet? Internet dostał to, co kocha najbardziej: powód do oburzenia.