Luty 1980 r. Podczas rutynowego patrolu dwóch pracowników warszawskich zakładów komunalnych dokonuje szokującego odkrycia. W dryfującym po Jeziorku Czerniakowskim pakunku znajdują garnek z odciętą ludzką głową. Wkrótce makabryczne znalezisko zostaje powiązane ze zgłoszeniem zaginięcia Zofii Czajkowskiej, atrakcyjnej czterdziestojednoletniej pracownicy Telewizji Polskiej, która poprzedniego dnia rano wyszła z domu i zniknęła bez śladu. Kilkadziesiąt godzin później w przechowalni na Dworcu Centralnym zostaje odkryty bagaż z rozczłonkowanym ciałem Zofii. Na zamkniętej walizce morderca położył trzy kwiaty, teraz już zwiędłe: tulipan, żonkil i frezję.

  • Co odkryli pracownicy warszawskich zakładów komunalnych?
  • Jakie urodziny obchodziła Basia?
  • Kto prowadził śledztwo w sprawie Zofii Czajkowskiej?
  • Jakie makabryczne znalezisko powiązano z zaginięciem Zofii?

Kto mógł pragnąć śmierci eleganckiej, ustosunkowanej, choć przy tym dość przeciętnej kobiety? Czy była przypadkową ofiarą seryjnego mordercy, czy świadomym celem kogoś, kto dobrze ją znał? Dlaczego zbrodnia miała tak makabryczny przebieg? Porucznik Mirosław Wolski i starsza sierżant Jolanta Derka z Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej prowadzą szeroko zakrojone śledztwo, w którym potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom staje w sprzeczności z politycznym embargo na niewygodne dla władzy informacje. Wreszcie dochodzą do prawdy tak szokującej, że do dziś nie mieści się w głowie tych, którzy dopiero ją poznają.

Fragment książki „Martwe kwiaty”

1

Wtorek, 4 grudnia 1979

— NO! TO ZDROWIE SOLENIZANTKI! — Mieczysław Rostowicz, jowialny wąsacz o sympatycznym spojrzeniu, uniósł kryształowy kieliszek wódki. Imieniny żony były jednym z najważniejszych corocznych rytuałów w ich domu. Wszystko musiało być idealne.

— Basieńko, wszystkiego, co najlepsze! — zawtórowali goście.

Stół uginał się pod ciężarem frykasów: karp w galarecie, rolada z cielęciny, sałatka jarzynowa, jajka faszerowane. Pod wódkę śledzik i tatar, a na honorowym miejscu półmisek wyśmienitych wędlin. Wspaniały bigos i schab po warszawsku czekały na swoją kolej w kuchni.

Dla przyjaciół i rodziny Basi dzień jej imienin był jedną z większych przyjemności w roku. Miecio, na co dzień kardiochirurg w szpitalu MSW w Warszawie, zawsze mógł liczyć na wdzięczność pacjentów wyrażaną w koniakach i szynce. A że po całym dniu nerwowej pracy relaksował się, gotując — imieniny w domu Rostowiczów zawsze były ucztą.

— No, to powiedzcie, co tam słychać w wielkim świecie — rzuciła Jadzia Kotowska, kuzynka Basi.

Pytanie powtarzało się co roku i stanowiło taki sam imieninowy zwyczaj, jak galaretka z nóżek i galantyna. Skierowane było do gospodyni i osób, które wraz z nią pracowały w Telewizji. Większości gości gmach na Woronicza jawił się niemal jak inny świat, pełen pięknych ludzi, do bólu światowych i szykownych, niepodlegających ograniczeniom, z jakimi mierzyły się szare masy.

Redaktorki Bożena Kowalczyk i Joanna Szmidt zawsze skłonne były do opowieści naszpikowanych rzucanymi od niechcenia poufnymi sensacjami z branży. „Maryla Rodowicz ubrała się tak cudacznie, że jej nie wpuścili do studia”. „Daniel Olbrychski z bliska wcale nie jest aż taki przystojny”, „Łomnicki zachorował na grypę i trzeba było przesuwać nagrania…”

Zofia Czajkowska słuchała tej paplaniny, odczuwając ulgę, że sama nie musi się do niej włączać. Nie lubiła zwracać na siebie uwagi — wolała obserwować pozostałych. Poza tym i tak miała ostatnio dużo na głowie. Jako montażystka i inspektorka programów musiała borykać się z reżyserami i kierownikami produkcji, którzy najpierw guzdrali się z dostarczeniem materiałów, po czym oczekiwali, że w cudowny sposób obrobi im je „na wczoraj”. A potem to oni zbierali laury, podczas gdy jej wkładu nikt nie doceniał, mimo że bez niego żaden projekt nie ujrzałby światła dziennego. Odgoniła od siebie poczucie frustracji, które tak często na nią spływało. Dziś powinna cieszyć się świętem przyjaciółki.

Nie było to jednak łatwe, bo humor zatruwały jej także inne problemy. Niełatwo było przyznać, że coś ją przerasta.

Miała prawo do spokoju. Do szczęścia. Od rozwodu z Adamem minęło już tyle czasu, a jej prywatne sprawy, zamiast się unormować, jeszcze bardziej się skomplikowały.

— A Zosia jedzie w marcu na wycieczkę Orbisu do Włoch! — wypaliła nagle Bożena.

Zamarła. Po tylu latach koleżanka mogłaby się wreszcie nauczyć, by nie omawiać jej planów publicznie. Zaraz zaczną się irytujące pytania. Gdzie? Jak? No i najgorsze — z kim? Nie miała ochoty odpowiadać, szczególnie na to ostatnie. Z trudem ukryła rozdrażnienie, przywołując na usta czarujący uśmiech. Z Bożeną rozmówi się później.

— Ach, to, wiecie… taka mała odskocznia. Dobrze czasem gdzieś pojechać, przewietrzyć głowę.

— Też bym tak chętnie odskoczyła — prychnęła Lusia Solińska, szturchając siedzącego obok małżonka. — No ale wiecie, ten tu nigdy na to nie pozwoli. Dwie marne pensje nauczycielskie, no i nie zostawilibyśmy dzieciaków samych, bo na pewno wejdą w szkodę.

— Jak ostatnio latem wyjechaliśmy na tydzień na działkę, to mieszkanie po naszym powrocie wyglądało, jakby tajfun przeszedł — dodał jej mąż.

— Ja na szczęście nie mam tego problemu. — Zofia uśmiechnęła się z delikatną wyższością. — Ewę spokojnie można zostawić samą, bardzo dobrze opiekuje się mieszkaniem, sprząta, gotuje…

— Nawet sama sobie szyje! — wtrąciła Bożena z entuzjazmem. — Zosia kupiła jej teraz na studniówkę chłopaka piękny jedwab z Milanówka, bo Ewa chce sama zaprojektować sobie kreację…

— To prawda. — Uśmiech Zofii nie gasł. — Chociaż ostatecznie uparłam się, żeby uszyli jej suknię w Modzie Polskiej. Proszę bardzo, projekt może zrobić sama, ale nie będzie ślęczała nad maszyną. To taki ważny dzień… chcę, by moje dziecko miało z tej okazji wszystko, co najlepsze.

— Trzeba przyznać, że Ewa jest bardzo utalentowana — dodała Basia. — I do tego to taka piękna dziewczyna…

— No cóż… — głos Lusi, choć słodki jak lukier, krył w sobie morderczą nutę. — Można zatem powiedzieć, Zosiu, że jesteś prawdziwą szczęściarą.

Zofia uśmiechnęła się zimno. Przyzwyczaiła się do zawistnych komentarzy małych ludzi i nie miała zamiaru dać się sprowokować. Niech sobie zazdroszczą.

2

Czwartek, 13 grudnia 1979

ZOFIA NIE NALEŻAŁA DO KOBIET WYLEWNYCH. Nie znaczy to jednak, że za fasadą stoickiego spokoju nie skrywała gwałtownych emocji. Wczoraj wieczorem na przykład do szału doprowadziła ją informacja, że Adam zaproponował Ewie, by po raz kolejny została na noc u niego i tej jego całej Elżuni. Wiedziała, że były mąż robi to tylko po to, by zagrać jej na nosie.

Zofia nie lubiła, gdy córka nocowała poza domem lub późno wracała. Adam doskonale o tym wiedział. Jednak prośby i tłumaczenia nie pomagały, a w niej buzowało poczucie niesprawiedliwości. Nie dość, że zostawił ją samą z dorastającą córką i odszedł do innej, to jeszcze teraz specjalnie robił jej na złość, a sam udawał wzorowego tatusia.

Ale ona, Zofia, też miała swoje sprawy i swoje tajemnice. I gdy Adam dowie się jakie, to zzielenieje z zazdrości. A ona wreszcie odczuje satysfakcję płynącą ze słodkiej zemsty.

3

Piątek, 14 grudnia 1979

PACH!

Wielka śnieżna kula trafiła go prosto w plecy, a po chwili jego uszu dobiegł głośny, zaraźliwy śmiech.

— Ewka? — Obrócił się. — To ty?

— No przecież, że ja, ty gapo! — Dziewczyna podbiegła i cmoknęła go czule.

Miała na sobie modny długi kożuch, a na głowie czapkę z lisa, spod której na ramiona spływały gęste brązowe włosy. Wielkie oczy błyszczały, usta rozciągnęły się w łobuzerskim uśmiechu. Zaróżowione od mrozu policzki tylko podkreślały jej mleczną cerę. Codziennie uderzało go, jaka była piękna, a do tego inteligentna i żywiołowa. Ależ miał szczęście, że trafiła mu się taka dziewczyna. I że spośród tylu innych wybrała właśnie jego.

— Myślałem, że kończysz dopiero za godzinę — zdziwił się. — Chciałem wstąpić do domu, żeby zostawić książki, i wyjść po ciebie.

— Odwołali nam ostatnią lekcję. — Mrugnęła wesoło.

Uczyli się w Liceum im. Czackiego, jednym z najlepszych w Warszawie, choć to nie w szkole się poznali. Stało się to w lipcu, gdy Wojtek spotkał Ewę na letnim obozie sportowym w Szczawnicy. Zapalony siatkarz i jeden z najlepszych graczy w drużynie męskiej, cieszył się na wyjeździe tak wielkim powodzeniem, że nareszcie ośmielił się spróbować szczęścia z piękną filigranową brunetką, którą dotąd podziwiał z daleka.

Na obozie spędzali razem każdą wolną chwilę, ale powrót do Warszawy jeszcze scementował ich uczucia. A gdy Ewa wyjechała z matką na dwa tygodnie do Sopotu, on z rodzicami zaś do Zakopanego, dzwonili do siebie co drugi dzień.

Początek szkoły pozwolił wypracować nową rutynę. Po lekcjach szli do Ewy, jeśli tylko jej matka miała dyżur w Telewizji. Co prawda mieszkał tam także ten dziwny gość, sublokator, który zajmował u pani Czajkowskiej pokój, ale na szczęście zazwyczaj wpadał tylko na chwilę, zamykał się u siebie, po czym znowu gdzieś znikał.

— Idziemy do mnie? — zapytała Ewa, uśmiechając się zalotnie.

Zawahał się.

— A to nie jest aby dzień, kiedy twoja mama ma wolne?

Uniosła brwi.

— A co? Boisz się, że cię przepędzi kijem? Nie martw się. Ona jest uprzedzająco miła dla ludzi, których dobrze nie zna.

Wojtek się zarumienił. Prawda była taka, że trochę denerwował się perspektywą poznania pani Czajkowskiej. Choć Ewa prawie o niej nie wspominała, wiedział od jej przyjaciółek, Karoliny i Justyny, że matka trzyma ją krótko i jest bardzo wymagająca. Co sobie pomyśli o nim?

Co prawda, mimo kilkumiesięcznej zażyłości, między Ewą a nim do niczego poważniejszego jeszcze nie doszło — dziewczyna nie była gotowa, a on nie chciał naciskać. Ale co, jeśli pani Zofia wysnuje własne wnioski? Przecież nie będą się przed nią tłumaczyć.

— Nie martw się, kochanie. — Dziewczyna poklepała go uspokajająco po ramieniu. — Owszem, ma wolne, ale gdy wychodziłam rano do szkoły, gdzieś się szykowała i uprzedziła, żebym zrobiła sobie obiad, bo wróci późno. W ogóle ostatnio dużo czasu spędza poza domem.

— Gdzie? — zainteresował się Wojtek.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

— Nie wiem — powiedziała spokojnie. — Nie tłumaczy mi się przecież.

4

Poniedziałek, 17 grudnia 1979

— NO, TO KARPIE NA WIGILIĘ nam przytrzymają w rybnym, umówiłam się z ekspedientką — wyliczała Elżbieta. — Jarzyny na sałatkę też już mam, barszcz zakisiła moja siostra na początku grudnia, a jutro przyjdzie po pracy, będziemy kleić pierogi i uszka. Mięso ojciec załatwił u nich na wsi, więc na pierwszy dzień świąt też wszystko w zasadzie mam. Jeszcze tylko śledzie mi przywieź, na Mirowskiej na pewno będą. — Zrobiła pełną oczekiwania pauzę, ale Adam się nie odezwał. Myślami był bardzo daleko. — Kochanie, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Coś cię gryzie? Chodzi o pracę? Wiesz, co o tym sądzę. Zanadto się przejmujesz cudzym partactwem. Nie na wszystko możesz mieć wpływ.

Pokręcił głową.

— Nie, to nie to. Chodzi o tego nowego sublokatora u Zofii. Przedwczoraj, gdy odwoziłem Ewę do domu, natknąłem się na niego. Facet jest dziwny. Mrukliwy, skryty. Ledwo się odezwał. Gdy tylko wchodzi do mieszkania, zamyka się w swoim pokoju i bardzo pilnuje, by nikt tam do niego nie zajrzał.

— I? Martwisz się?

— Wiesz, że od początku nie podobał mi się pomysł, by ktoś obcy tam mieszkał. Ale Zofia się uparła, że mieszkanie duże, po rozwodzie jeden pokój stoi pusty, a jej dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą. Nie odzywałem się, bo to jej dom, a ja od czasu wyprowadzki nie mam żadnego tytułu, by mówić jej, jak ma żyć. No i oficjalnie najemcą jest przedsiębiorstwo, a nie przypadkowa osoba prywatna. To Energomontaż kieruje do Zośki swoich pracowników, więc w zasadzie sprawa jest bezpieczna. Z tego, co wiem od Ewy, wszyscy poprzedni lokatorzy byli w porządku, głównie młodzi technicy lub początkujący inżynierowie na dorobku. Nie wchodzili w szkodę, robili wszystko, by jak najszybciej się jakoś tu w Warszawie urządzić.

— To co cię zaniepokoiło tym razem?

— Ten cały Szczęsny… nie ufam mu po prostu. Mam wrażenie, że coś ukrywa. Wiesz, taki podejrzany facecik z rozbieganymi oczami. I widziałem, jak patrzył na Ewę…

— A, więc to o to chodzi… Boisz się o nią?

— Zofia jest dorosła i może robić, co chce. Ale nie życzę sobie, by narażała moje dziecko.

— Porozmawiasz z nią?

— Spróbuję.

— A sama Ewa? Boi się go?

— Wiesz, jaka ona jest. Nawet jeśli coś ją niepokoi, to nie powie tego głośno. Mnie powiedziała tylko, że facet jest bezproblemowy, bo do domu wraca późno i bardzo często wyjeżdża albo gdzieś znika.

Elżbieta niepewnie poruszyła się na krześle.

— Wiesz, że mogłaby u nas zamieszkać. Przecież i tak często tu bywa. Chciałabym, żeby wiedziała, że nasz dom jest także jej domem.

— I jestem ci za to niesamowicie wdzięczny, skarbie. — Adam nachylił się i delikatnie ją pocałował. — Ale Zośka już i tak ma pretensje, gdy Ewa zostaje u nas na noc. Więc sam nie chcę niczego sugerować.

— To pogadasz z nią przynajmniej o tym sublokatorze? Żeby na niego uważała?

Adam nie odzywał się przez chwilę.

— Zastanowię się, jak to ugryźć — obiecał. — Ale może niepotrzebnie się tak martwię? W końcu facet mieszka oficjalnie, może trochę jest dziwakiem, ale to jeszcze nie zbrodnia. Zresztą… — pomyślał chwilę — co najgorszego mogłoby się stać?

Fragment pochodzi z książki "Martwe kwiaty" Marty Reich, Prószyński i S-ka, 2026 r. Partner Prószyński i S-ka

Fragment pochodzi z książki „Martwe kwiaty” Marty Reich, Prószyński i S-ka, 2026 r.

O autorce książki „Martwe kwiaty”

Marta Reich studiowała stosunki międzynarodowe, ekonomię i romanistykę. Od wielu lat łączy pasję pisarską z pracą w międzynarodowych korporacjach. Kocha kryminalne zagadki i klimatyczne historie, których nastrój wciąga bez reszty. Nie mogłaby obejść się bez książek, sztuki, kawy, rozmów do rana i kulinarnych eksperymentów. Autorka książek kryminalnych i obyczajowych. „Martwe kwiaty” to jej pierwsza powieść true crime, łącząca w sobie oba te gatunki.

[REKLAMA]

„Martwe kwiaty”, Marta Reich, Prószyński i S-ka, 2026 r.