Spór o tę ogromną arktyczną wyspę jest jednak tylko objawem znacznie głębszego problemu — systemowego kryzysu w relacjach Europy ze Stanami Zjednoczonymi.

Od czasu powrotu Trumpa do Białego Domu w styczniu ubiegłego roku on i jego otoczenie nawet nie próbują ukrywać lekceważenia wobec tradycyjnych transatlantyckich partnerów Waszyngtonu. Takie podejście zostało zresztą oficjalnie zapisane w nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA.

Zbliżając się do pierwszej rocznicy powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu, europejskie rządy i społeczeństwa wreszcie zaczynają mierzyć się z faktem, że wydarzenia minionego roku doprowadziły do strukturalnego pęknięcia w relacjach transatlantyckich. Nikt już nie łudzi się, że da się „uratować małżeństwo” — co najwyżej pozostaje nadzieja, że po rozwodzie Europa i Ameryka kiedyś zdołają znów być przynajmniej dobrymi znajomymi.

Towarzyszy temu bolesne otrzeźwienie.

Nawet w najlepszym scenariuszu Europejczycy zostaną sami wobec zagrożenia ze strony Rosji (które zaczyna się, ale na Ukrainie się nie kończy). A w scenariuszu najgorszym mogą stanąć przed podwójnym zagrożeniem — ze strony Moskwy i Waszyngtonu, działających wspólnie, by przestawić globalny porządek bezpieczeństwa według własnych reguł.

Gdy Trump wygrał wybory w 2024 r., wielu liczyło na to, że wstrząs wywołany jego drugą kadencją będzie podobny do tego z pierwszej. Wtedy Trump podważał wiarygodność artykułu 5 NATO, USA wycofały się z porozumienia nuklearnego z Iranem, a także odeszły od paryskiego porozumienia klimatycznego.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump na pokładzie samolotu Air Force One podczas powrotu do Białego Domu z Palm Beach na Florydzie, 11 stycznia 2026 r.Samuel Corum / Getty Images

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump na pokładzie samolotu Air Force One podczas powrotu do Białego Domu z Palm Beach na Florydzie, 11 stycznia 2026 r.

Dla Europejczyków był to czas trudny — być może wręcz traumatyczny — ale ostatecznie szkody w relacji transatlantyckiej udało się ograniczyć. Po zaprzysiężeniu Joego Bidena na prezydenta 20 stycznia 2021 r. więź transatlantycka znów wydawała się mocna jak dawniej. To właśnie za Bidena Zachód zorganizował bezprecedensową odpowiedź na rosyjską agresję przeciw Ukrainie, a Szwecja i Finlandia dołączyły do NATO. Wszelkie pomysły europejskiej „autonomii strategicznej” praktycznie poszły w zapomnienie.

Trump 2.0: alarm był oczywisty

Ci, którzy uważnie obserwowali rozwój ruchu Make America Great Again (MAGA) przed wyborami w 2024 r., mieli powody do niepokoju. Perspektywa administracji Trumpa 2.0 — obsesyjnie mściwej i dużo lepiej zorientowanej w słabościach instytucji stojących na straży amerykańskich norm demokratycznych — była realnym zagrożeniem. Od planu Project 2025 prawicowo-konserwatywnej Heritage Foundation po coraz ostrzejszą retorykę Trumpa — dowodów na to, że druga kadencja byłaby groźniejsza dla systemu niż pierwsza, nie brakowało.

A jednak większość Europejczyków postawiła na to, co zawsze: na słynną nieprzewidywalność Trumpa. Trzymali się pocieszającej nadziei, że być może nie będzie aż tak źle, jak ostrzegali pesymiści.

Po drugiej inauguracji Trumpa Europa spróbowała ratować transatlantyckie „małżeństwo” dwoma taktycznymi zagraniami: schlebianiem i graniem na czas. Rady, by „podlizywać się” Trumpowi, często pochodziły od życzliwych kolegów z USA — zazwyczaj tradycyjnych republikanów albo osób z otoczenia MAGA, które jedną nogą wciąż stały w obozie transatlantyckim.

Rzadko padały one natomiast ze strony prawdziwego wewnętrznego kręgu Trumpa — nie dlatego, że Europa się nie starała, tylko dlatego, że rdzeń Team Trump z reguły unika Europejczyków (a szczególnie tych, którzy myślą kategoriami transatlantyckiej wspólnoty).

Europejczycy, słuchając tych, do których mieli dostęp, przekonali samych siebie, że komplementy i gesty zrobią swoje. W efekcie brytyjski premier Keir Starmer złamał wszelkie protokoły, zapraszając Trumpa na drugą wizytę u króla. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz przywiózł do Waszyngtonu oprawiony w złoconą ramę niemiecki akt urodzenia dziadka Trumpa. A sekretarz generalny NATO Mark Rutte nazwał Trumpa „tatusiem NATO”, chwaląc go za „ZWYCIĘSTWO” polegające na przekonaniu wszystkich sojuszników NATO (poza Hiszpanią), by przeznaczali 5 proc. na obronność i bezpieczeństwo.

Kanclerz Niemiec Friedrich Merz i prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump podczas podczas szczytu pokojowego w Gazie w Sharm El-Sheikh w Egipcie, 13 października 2025 r.YOAN VALAT / POOL / PAP

Kanclerz Niemiec Friedrich Merz i prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump podczas podczas szczytu pokojowego w Gazie w Sharm El-Sheikh w Egipcie, 13 października 2025 r.

Założenie było proste: schlebianie miało kupić czas, aż druga „burza Trumpa” minie, a spokojne transatlantyckie wody wrócą wraz z kimś na kształt nowego Bidena w Białym Domu. Czasem wymagało to nerwowej europejskiej dyplomacji, próbującej ograniczyć szkody po wydarzeniach takich jak szczyt Trump–Putin na Alasce czy ogłoszenie 28-punktowego „porozumienia pokojowego” napisanym w Moskwie i podchwyconym przez Waszyngton.

Ogólnie jednak sztuczka działała — nie tyle dzięki europejskiej zręczności, co raczej dlatego, że Putin zawsze przesadzał, posuwając się o krok za daleko, nawet jak na standardy Trumpa.

Uzbrojona zależność

Trzeba uczciwie przyznać: nawet najbardziej optymistyczni Europejczycy wiedzieli, że zdrowsza relacja transatlantycka wymaga od Europy większego wysiłku, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa i obrony. Europejczycy nie tylko przyjęli logikę „dzielenia się ciężarem”, o której Amerykanie mówią od niemal dwóch dekad — zaczęli też akceptować logikę „przenoszenia ciężaru” na Europę.

W XXI wieku trudno uzasadnić, dlaczego Unia, w której skład wchodzą jedne z najbogatszych państw świata, miałaby wciąż polegać na ochronie zza oceanu. Premier Polski Donald Tusk wyraził to w sposób, który rezonował z wieloma Europejczykami: nie ma powodu, by 500 mln Europejczyków musiało liczyć na 300 mln Amerykanów, by bronić się przed 140 mln Rosjan — zwłaszcza że mimo przewagi liczebnej Rosja po jedenastu latach niezwykle kosztownej wojny zdołała zająć zaledwie 20 proc. Ukrainy.

Jednak mimo zgody co do tego, że Europa musi inwestować we własną obronność, brakowało równie silnej determinacji, by jednocześnie ograniczać zależność od USA.

W praktyce w ostatnich miesiącach obserwujemy kontynuację trendu: udział amerykańskich systemów uzbrojenia w europejskich zakupach rośnie, nawet gdy budżety obronne puchną. Wzrost wydatków na poziomie narodowym doprowadził wręcz do dalszej fragmentacji w produkcji i zamówieniach, zamiast do integracji.

Europejczycy próbowali też „udobruchać” administrację Trumpa, licząc, że złagodzą skutki ceł handlowych obietnicą zakupu kolejnych setek miliardów dolarów amerykańskiej broni (oraz skroplonego gazu ziemnego). Nawet w 2025 r. kryzys transatlantycki traktowano jak zjawisko przejściowe. Europa potrzebowała gazu, by uniezależnić się od rosyjskich dostaw, i potrzebowała broni, by odstraszyć potencjalną agresję Rosji — a kupowanie obu rzeczy w USA nie wydawało się problemem, o ile zakładano, że wpływ trumpizmu osłabnie po wyborach w 2028 r.

Tyle że od pierwszego dnia drugiej administracji Trumpa pojawiały się sygnały, że zwiększanie — a nie zmniejszanie — zależności od USA nie jest najmądrzejszym ruchem. Trump wielokrotnie mówił o przejęciu Grenlandii, bezpośrednio naruszając suwerenność i integralność terytorialną Danii — członka NATO i UE. Po obaleniu siłą reżimu Maduro w Wenezueli Trump znów zaczął grozić Kopenhadze w sprawie arktycznej wyspy.

Nicolas Maduro i jego żona Cilia Flores eskortowani przez agentów federalnych, Nowy Jork, 5 stycznia 2026 r. XNY/Star Max/GC Images / Getty Images

Nicolas Maduro i jego żona Cilia Flores eskortowani przez agentów federalnych, Nowy Jork, 5 stycznia 2026 r.

Co więcej, jeśli chodzi o Ukrainę i Rosję, administracja Trumpa przez ostatni rok była zaskakująco spójna i konsekwentna. Imperialne Stany Zjednoczone, skoncentrowane na budowaniu własnej strefy wpływów na półkuli zachodniej, widzą Europę jako teren do podziału i podporządkowania — a następnie do „wspólnego zarządzania” razem z rosyjskim imperium (mniejszym, ale wciąż imperium).

Groźby okupacji Grenlandii, ekonomiczny nacisk wobec sojuszników, jawne wspieranie nacjonalistycznej skrajnej prawicy eurosceptycznej, publiczne upokarzanie Wołodymyra Zełenskiego oraz ciche porozumienia z Putinem — wszystko to układa się w jeden przerażająco spójny scenariusz.

Nowy początek

Fascynacja Trumpa Rosją Putina wciąż jest silna, mimo że Kreml wielokrotnie nie odwzajemniał gestów i celowo eskalował wojnę zawsze wtedy, gdy Trump ogłaszał światu, że pokój w Ukrainie jest wreszcie na wyciągnięcie ręki — dzięki jego mediacji. Administracja Trumpa na wszelkie możliwe sposoby dawała Europejczykom do zrozumienia (a w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego z 2025 r. wprost to zapisała), że jej celem jest zakończenie tradycyjnej relacji transatlantyckiej.

Dopiero teraz Europejczycy z ociąganiem zaczynają szerzej przyjmować tę rzeczywistość. Coraz rzadziej spotyka się europejskich liderów wysokiego szczebla, którzy zaprzeczają, że pęknięcie transatlantyckie ma charakter strukturalny.

Nie dlatego, że trumpizm ma trwać wiecznie, lecz dlatego, że nawet po ustąpieniu amerykańskiej »autorytarnej gorączki« europejskie zależności — zwłaszcza w obronności i technologii — mogą zostać wykorzystane przeciwko Europie.

W tym sensie zagrożenie płynące z niechętnej współpracy Ameryki jest dla Brukseli nawet bardziej egzystencjalne niż zagrożenie ze strony Rosji, która ostatecznie pozostaje graczem militarnym co najwyżej przeciętnym.

To prywatne zrozumienie wciąż rzadko przebija się do publicznych deklaracji — a tym bardziej do wspólnego stanowiska kluczowych europejskich przywódców. Mimo to, nawet jeśli minie trochę czasu, zanim zmiana przełoży się na konkretne polityki i inercję instytucji, prędzej czy później stanie się jasne, że Europa zmierza w stronę większej samowystarczalności.

Nie oznacza to, że działania będą szybkie, adekwatne czy wystarczające — wręcz przeciwnie, trudno to przewidzieć. Ale jeszcze trudniej uwierzyć, że Europejczycy po prostu zgodzą się na powolne, zbiorowe samobójstwo. Nawet jeśli Europa jest dziś słaba i podzielona, a przez osiem dekad przyzwyczajała się do bezradności, którą teraz musi „oduczyć”, pęknięcie transatlantyckie nie musi oznaczać końca Europy. Wręcz przeciwnie — może stać się początkiem czegoś nowego.