Zaostrza się retoryka Donalda Trumpa w sprawie Grenlandii. W Europie rośnie obawa, że Amerykanie mogą dokonać interwencji, co — zdaniem wielu — oznaczałoby koniec Sojuszu Północnoatlantyckiego.

— Czy Ameryka może rzeczywiście przejąć kontrolę nad Grenlandią? Intencje Trumpa są ewidentne, natomiast nie musi to jeszcze oznaczać konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi — uważa Małgorzata Bonikowska, europeistka, prezes think tanku Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Rozmówczyni Onetu komentuje też słowa Trumpa, że Rosja nie obawia się Europy, która nie może liczyć na wsparcie Amerykanów.

„Podejście Trumpa do Grenlandii trzeba brać bardzo poważnie”

— Europa, w tym i Dania, zrobi wszystko, żeby nie doszło do bezpośredniego zaostrzenia relacji z Ameryką. Będzie dużo rozmów dyplomatycznych i biznesowych. Europejczycy będą przekonywać Amerykanów, że ich poszerzona, zintensyfikowana obecność na Grenlandii wystarczy do zabezpieczenia ich interesów dotyczących bezpieczeństwa — dopowiada.

Ekspertka nie ma wątpliwości, że „Europa będzie dążyć do tego, żeby dać Stanom Zjednoczonym poczucie, że panują nad tą częścią świata bez konieczności formalnego przejęcia Grenlandii”.

Rozmówczyni Onetu jest zdania, że Amerykanie, łącznie z Donaldem Trumpem, rozważają rozwiązanie militarne w sprawie Grenlandii jako ostateczność. — Ale fakt, że w ogóle biorą to pod uwagę, jest porażający — komentuje.

— Podejście Trumpa do Grenlandii trzeba brać bardzo poważnie. W tym roku przypada 250 lat historii Stanów Zjednoczonych [mija 250 lat od podpisania Deklaracji Niepodległości], ważny jubileusz dla Amerykanów. Wygląda na to, że Trump chce się zapisać w historii USA jako prezydent, który uzyskał kilka spektakularnych sukcesów. Jednym z nich byłoby rozstrzygnięcie kontroli amerykańskiej nad Grenlandią — zauważa dr Bonikowska.

— Nie musi to oznaczać jednej inwazji militarnej. Bardziej spodziewałabym się intensywnych rozmów o kupnie Grenlandii. Myślę, że najbliższa Trumpowi jest wizja, że on jako prezydent Stanów Zjednoczonych nabędzie prawa do terytorium Grenlandii — mówi.

Duńczycy, co podkreślają, nie chcą sprzedać tego terenu. Dr Bonikowska zwraca też uwagę, że Grenlandczycy, nawet jeśli opowiedzą się za niepodległością, nie są chętni stać się amerykańskimi obywatelami. — W tym momencie ewentualnym rozwiązaniem jest kupno praw na podobnych zasadach, które Ameryka ma z kilkoma wyspami na Pacyfiku. To są niepodległe terytoria, ale — w zamian za bardzo wysokie subsydia rządu Stanów Zjednoczonych — Amerykanie uzyskują tam prawa do permanentnej obecności i niejako również kontroli — komentuje.

NATO minus Amerykanie. Czy to koniec?

Co w sytuacji, jeśli nie będzie porozumienia i Amerykanie zdecydują się na przejęcie Grenlandii wbrew europejskim sojusznikom? Czy to oznacza koniec NATO?

— Niekoniecznie. Oznacza to, że jeden z członków Sojuszu, do tej pory uważany za lidera i za ostoję, niejako dobrowolnie się z niego wyłączy. To oczywiście wymaga zmiany podejścia pozostałych członków NATO, ale też zmiany sposobu funkcjonowania całego Sojuszu — zaczyna odpowiedź dr Bonikowska.

— Cała koncepcja NATO, jeszcze z początków jego istnienia, zaraz po II wojnie światowej, była taka, że alianci pod przywództwem Stanów Zjednoczonych zrobili sojusz militarny w obronie przed ewentualną agresją Związku Radzieckiego. Nie oznacza to, że koncepcja kolektywnej obrony już nie przed Związkiem Radzieckim, tylko przed Rosją, przestaje mieć sens — dodaje.

Analityczka nie ma jednak wątpliwości, że potencjał NATO bez Amerykanów jest znacznie ograniczony. — Obecnie potencjału sojuszu NATO (Amerykanie i pozostałych 31 państw) nie ma co porównywać z Rosją. NATO wygrywa z Rosją w każdej konfiguracji, czy to w broni nuklearnej, czołgach, samolotach, liczbie żołnierzy. W wersji NATO minus Amerykanie, to już wygląda inaczej. W większości kategorii nadal wygrywamy, ale już nie np. w kwestii potencjału nuklearnego — dodaje.

Rozmówczyni Onetu komentuje też słowa Trumpa, według którego Rosja nie obawia się Europy, która nie może liczyć na wsparcie Amerykanów. — To jest prawda, ale nie wynika to z potencjału czy z realnych liczb. Wynika to z percepcji. Rosja uważa, że Europa jest słaba, bo nie jest jednym państwem i nie ma jednej polityki. W związku z tym bardzo łatwo Europą manipulować i ją skłócać — zauważa.

Dr Bonikowska zwraca uwagę, że w potencjale gospodarczym połączona Europa góruje nad Rosją, ale w przypadku kwestii militarnych już takiej przewagi nie ma.