— Straciliśmy osiem szans na posiadanie dziecka — mówi Marcin, mąż Kasi. — Przez to, co się stało, już zawsze będziemy się zastanawiać, czy przy dwóch transferach, które mieliśmy w Salve Medica, wykorzystano zarodki z naszego materiału genetycznego — przyznają.

Jakie błędy popełniła klinika Salve Medica?

Ile komórek jajowych miała Kasia zamrożonych w klinice?

Jakie koszty poniosła para w związku z leczeniem niepłodności?

Co powiedziała dyrektor nowej kliniki o sytuacji z Salve Medica?

„Rozciągnięta w czasie procedura nie działała na naszą korzyść”

— Niczego na świecie nie pragniemy tak bardzo, jak posiadania dziecka — mówią oboje. Kasia i Marcin są razem 17 lat. — Jak się do dzisiaj nie pozabijaliśmy, to znaczy, że to miłość — śmieje się ona.

Ślub wzięli w 2019 r. tuż przed wybuchem pandemii — COVID19. Nie myśleli wtedy jakoś szczególnie o potomstwie, ale nie stosowali środków antykoncepcyjnych. Trochę na zasadzie: „co ma być, to będzie”.

Gotowość na zostanie mamą i taką głęboką chęć zajścia w ciążę poczułam po śmierci mojego taty. Miałam wtedy 30 lat i ta strata uświadomiła mi, jak kruche i krótkie jest życie

— wspomina Kasia.

Kiedy dwie kreski na testach ciążowych się nie pojawiały, zdecydowali się na badania. — Od 2013 r. mieszkamy w Wielkiej Brytanii. Wyjechaliśmy, bo w Polsce nie byliśmy w stanie znaleźć dobrze płatnej pracy — tłumaczy Marcin.

Dziś mają trzypokojowy dom, dobre zatrudnienie. Początkowo na badania w kierunku niepłodności zdecydowali się w Anglii. — Okazało się jednak, że cała procedura trwa nawet trzy lata, a ja miałam wtedy już 31. Zdawałam sobie sprawę, że im dłużej będę czekać, tym moja możliwość zajścia w ciążę będzie mniejsza. Wiadomo, że wiek w przypadku kobiet i rozrodczości nie działa na naszą korzyść.

Testów ciążowych Kasia wykonała wiele

Testów ciążowych Kasia wykonała wielearch.bohaterów tekstu

Kasia i Marcin w rodzinie mają położną, która podpowiedziała im, żeby pomyśleli o badaniach i ewentualnym leczeniu w Polsce. Znaleźli więc klinikę w Warszawie. Na stronie internetowej prywatnej Kliniki Płodności Salve Medica można przeczytać m.in., że to miejsce, w którym „doświadczenie, profesjonalizm i pasja pozwalają spełnić marzenia o rodzicielstwie”. Klinika oferuje kompleksową diagnostykę oraz leczenie niepłodności, w którym specjalizuje się od 2000 r. Zaznaczone jest także, że klinika stawia na „indywidualne podejście do każdej pary z problemem płodności”.

Dlaczego akurat na Salve Medica zdecydowali się Kasia i Marcin? — Pochodzę z Warszawy, a klinika jest niedaleko mojego rodzinnego domu. To dla nas była bardzo wygodna opcja. Poza tym finansowo byli tańsi od konkurencji. Myślałam sobie, że badanie drożności jajowodów, a także inne potrzebne badania jest takie samo bez względu na klinikę, więc czemu płacić więcej — mówi Kasia.

W protokole zapisano: 14 komórek jajowych

Ponad rok temu media informowały o tragicznym w skutkach błędzie, do jakiego doszło w 2022 r. w Salve Medica w Łodzi. Okazało się, że kobiecie wprowadzono do macicy zarodek innej pacjentki tej kliniki. Ta zorientowała się w momencie, kiedy po zabiegu dano jej do podpisania dokumenty, na których widniało inne niż jej nazwisko. Wówczas klinika tłumaczyła się tym, że embriolog, która przeprowadzała zabieg, miała migrenę. Sprawa trafiła do sądu, warunków ugody nie podano do publicznej informacji.

Kasia i Marcin tłumaczą, że na początku nie mieli podstaw, by nie mieć zaufania do ekspertów Salve Medica. — Zrobiliśmy wszystkie badania, po których od lekarza prowadzącego usłyszeliśmy, że jeśli chcemy mieć dziecko, powinniśmy zdecydować się na in vitro — wspomina Kasia. — Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, powiedzieliśmy „ok” i spytaliśmy, co mamy dalej robić — dodaje Marcin.

Para miała swoją koordynatorkę, która w klinice ich prowadziła. Był lekarz prowadzący, embriolog. Pod ich okiem Kasia i Marcin przygotowywali się do pobrania materiału — nasienie pobrano 9 listopada 2022 r., a komórki jajowe 28 listopada. W protokole embriologicznym wykonanym po punkcji jajników u Kasi zapisano, że pobrano łącznie 14 komórek jajowych (fachowo oocytów, tj. prekursorów komórki jajowej, które są zapładniane). Według polskiego prawa maksymalnie przy pierwszej procedurze w przypadku Kasi (chodzi o wiek kobiety) można było zapłodnić sześć. Osiem zostało przekazanych do bankowania i do zapłodnienia przy ewentualnych kolejnych próbach.

Kasia podczas badań

Kasia podczas badańarch.bohaterów tekstu

— Z moich sześciu komórek udało się uzyskać dwa zarodki. Na początku grudnia 2022 r. miałam wykonany pierwszy transfer, niestety nieudany, a miesiąc później — kolejny, także bez ciąży. Pamiętam, jak źle się czułam po pierwszym in vitro.

Potwornie bolał mnie brzuch, jak przy wyrostku robaczkowym. Marcin dzwonił do kliniki, co robić, bo zwijałam się na podłodze. Dlatego przy drugim transferze dali mi od razu leki przeciwbólowe, żebym tak nie cierpiała, a i tak łykałam nospę jak cukierki.

Kasia przyznaje, że będąc po kolejnych trzech transferach w innej klinice, ma poczucie, że ten ból nie był czymś naturalnym. — Później już nigdy tak mnie nie bolało. Najgorsze jest to gdybanie, bo co, jeśli ten stan wywołał zarodek nie pochodzący z naszego materiału genetycznego?

— To było trochę tak, jakby organizm się bronił przed ciałem obcym — tłumaczy Marcin. — Ale nigdy nie dowiemy się, czy tak było. Ten brak odpowiedzi na wiele pytań i wątpliwości jest trudny do zaakceptowania.

Halo, to ile w końcu jest tych komórek?

— Wkładam tyle wysiłku, poświęcamy tak dużo czasu, całe nasze życie podporządkowaliśmy posiadaniu dziecka… — mówi — płacząc — Kasia i przerywa, bo emocje do niej wracają.

— Ale jestem też zodiakalnym Baranem — upartość to moja cecha, nie poddaję się łatwo — dodaje po chwili.

Po dwóch nieudanych transferach faktycznie Kasia i Marcin zgodnie z zaleceniami dbają jeszcze bardziej o to, co jedzą, o aktywność fizyczną, o odpowiednią ilość snu, witamin, suplementów. Robią kolejne badanie, za które płacą 5 tys. zł. — Bez lotów do Polski, w Salve Medica wydaliśmy ok. 30 tys. zł — mówi Marcin.

Jeszcze w czerwcu i sierpniu 2023 r. odbywają telekonsultację z lekarzem prowadzącym. I jakież jest ich zdziwienie, gdy w październiku, kiedy mają ustalić termin kolejnego transferu, dowiadują się, że ich lekarz prowadzący i embriolog zakończyli współpracę z Salve Medica. Co więcej, nie ma też koordynatorki, która się nimi zajmowała. — Przekazano nam, że mamy sobie wybrać lekarza, samych koordynatorek mieliśmy chyba od 2021 r. pięć.

Podczas telekonsultacji już z nową lekarz prowadzącą usłyszeliśmy, że mamy zamrożone dwie komórki

— wspomina Marcin.

— Wtedy w ogóle nie połączyłam kropek. Liczyło się to, że jesteśmy gotowi na kolejną próbę, ale też zdezorientowani sytuacją w klinice. Do tego kazali nam zrobić kolejne badanie genetyczne, które, jak się okazało, robi się tylko raz w życiu, a my mieliśmy je wykonane już wcześniej — mówi Kasia.

Marcin opowiada o absurdalnej sytuacji, kiedy dzwonił do kliniki próbując się skontaktować z koordynatorką, która ich prowadziła. — Najpierw usłyszałem, że jej nie ma, później, że wyszła, a w ten sam dzień przy trzecim telefonie, że nie pracuje w klinice od trzech miesięcy.

Pomimo narastających wątpliwości, Kasia i Marcin zdecydowali się na kolejny transfer z Salve Medica w maju 2024 r. z wykorzystaniem zamrożonych komórek jajowych. Można wierzyć w przypadki bądź nie, ale na dwa tygodnie przed planowanym zabiegiem kot Kasi i Marcina zrzucił z półki dokumenty. Na samym wierzchu był protokół z pobrania komórek jajowych.

Zobaczyłam, że w banku mamy osiem i wtedy do mnie dotarło, że usłyszałam od lekarki prowadzącej o dwóch. Poprosiliśmy mailowo o wyjaśnienie tej sytuacji i dostaliśmy odpowiedź, że faktycznie zamrożonych komórek jest osiem. Pomyślałam: „kurczę, przecież to jeszcze osiem szans”.

Ale to wtedy Kasia z Marcinem zaczęli tracić zaufanie do kliniki. — Za dużo chaosu się tam wdarło, mieliśmy poczucie, że nikt nie zna, a co gorsze nie czyta naszej medycznej historii i postanowiliśmy zmienić klinikę.

Leki przyjmowane w trakcie leczenia

Leki przyjmowane w trakcie leczeniaarch.bohaterów tekstu

„Pani Kasiu, mamy problem. To jest kryminał”

Znalezienie kliniki nie było trudne, choć Kasia przyznaje, że przed podjęciem decyzji przeczytała wszystkie opinie na temat Gameta Centrum Zdrowia, bo tam zdecydowali się prowadzić leczenie — posłuchała rozmów w mediach społecznościowych i lekarzami z tego ośrodka. — Ujęła mnie pani doktor, która podczas jednej z rozmów powiedziała, że lekarz musi mieć w sobie coś z psychologa i wykazać się empatią. Poczułam, że to dobre miejsce.

Po wyborze nowej kliniki najwięcej czasu zajęło Kasi i Marcinowi zorganizowanie przeniesienia komórek jajowych i nasienia, bo kliniki się takim transportem nie zajmują. Trzeba było znaleźć firmę, która się tego podejmie.

Kiedy to się udało, 15 października 2024 r. zgłosili się do Gameta Centrum Zdrowia, dopełnili formalności związanych z rozpoczęciem procedury i mieli czekać na informację, ile zarodków udało się uzyskać z zamrożonego materiału.

— Jakieś dwie godziny po wyjściu z kliniki zadzwonił mój telefon — wspomina Kasia. — Okazało się, że to pani dyrektor kliniki: „Pani Kasiu, mamy problem” — powiedziała. Od razu pomyślałam, że coś się stało podczas transportu, ale nie, usłyszałam: „Mamy 10 komórek jajowych”. Szczerze — przez pierwsze kilkadziesiąt sekund nie wiedziałam, w czym jest ten problem. Dopiero jak trzeci raz usłyszałam „Pani Kasiu, to jest kryminał” — dotarło do mnie, co się stało. Każdy z nas miał biologię i wiemy, że komórki jajowe się nie rozmnażają.

Obraz oocytów chwilę po rozmrożeniu

Obraz oocytów chwilę po rozmrożeniuarch.bohaterów tekstu

— Jak się czułam? Jakby mnie ktoś okradł, zabrał mi coś ze środka. Przecież punkcja jest robiona przy całkowitym znieczuleniu, nie miałam na nic wpływu. Myślałam, że jestem pod opieką specjalistów, do których miałam całkowite zaufanie, a oni… Nawet nie wiem, co powiedzieć.

— Byłem wściekły. Pojechaliśmy od razu do Gamety, wytłumaczyli nam wszystko po kolei. Że nie zgadza się liczba komórek jajowych z tym, co było zapisane w protokole po ich pobraniu od Kasi.

Oznaczało to, że nie wiadomo od kogo pochodzą komórki, które zostały przekazane z Salve Medica jako materiał, który miał należeć do Kasi. W konsekwencji, przeprowadzenie procedury in vitro było niemożliwe, ponieważ przekazane z Salve Medica komórki rozrodcze były niewiadomego pochodzenia.

Będąc jeszcze w szoku, Kasia i Marcin udali się do Salve Medica. — Wykrzyczałam im: „Przez was muszę to wszystko przechodzić jeszcze raz” — mówi Kasia. — Pani koordynator i nowa embriolog zbladły, o tej „pomyłce” dowiedziały się od nas.

Ja nawet nie wiem, jak to nazwać, ani błąd, ani pomyłką nie oddają tego, co zaszło. Nikt nas nie przeprosił, nie wyjaśnił, jak do tego mogło dojść.

Jeszcze w ten sam dzień małżeństwo zaczęło szukać prawnika. — Uznaliśmy, że ktoś musi za to ponieść konsekwencje. I nie chodzi o pieniądze, bo one nie zmienią naszego życia, pójdą na dalszą procedurę, ale wystąpiliśmy z wezwaniem do zapłaty do Salve Medica, żeby nie myśleli, że odpuścimy, jak by nic się nie stało. Stało się, straciliśmy osiem szans na ciążę, na nowe życie w naszym wspólnym życiu! Straciliśmy czas, który w przypadku leczenia niepłodności jest bezcenny.

Kontrola Ministerstwa Zdrowia: odręczne zmiany, brak podpisów

Wiele pytań dla Kasi i Marcina pozostaje bez odpowiedzi: czy problemy immunologiczne Kasi po dwóch transferach, które odbyły się jeszcze w Salve Medica mogą wynikać z tego, że nie pochodziły z ich materiału genetycznego? Że ból, który wtedy odczuwała też mógł być tym spowodowany?

— Przypominam sobie, że tego dnia, prawie równolegle z nami, był też ktoś inny w tej klinice, w gabinecie obok — mówi Kasia. — Czasami łapie mnie taka myśl: a co jak nasze dziecko urodziło się w innej rodzinie, bo przez tę pomyłkę podano nasz zarodek innej kobiecie — Marcinowi łamie się głos. — Tego nigdy się nie dowiemy, nikomu niczego nie udowodnimy, bo musiano by przebadać genetycznie wszystkie dzieci urodzone w tamtym czasie, a to jest niewykonalne.

Kasia podkreśla, że wparcie męża jest dla niej nieocenione. "Czekał przy punkcji i transferze"

Kasia podkreśla, że wparcie męża jest dla niej nieocenione. „Czekał przy punkcji i transferze”arch.bohaterów tekstu

Zgodnie z ustawą o leczeniu niepłodności do Ministerstwa Zdrowia wpłynęło powiadomienie o sytuacji z błędną liczbą oocytów. Resort objął Salve Medica kontrolą, a we wnioskach po jej przeprowadzeniu zapisano m.in., że w protokole dystrybucji i przechowywania komórek rozrodczych i zarodków z dn. 28.11 2022 r. dotyczącego żeńskich komórek rozrodczych widnieją naniesione odręcznie zmiany liczby oocytów bez potwierdzenia osoby dokonującej zmiany i z nieczytelnym podpisem embriologa. Jednocześnie stwierdzono, że na części dokumentów medycznych brakuje wymaganych przepisami ustawy podpisów lekarza i dat utworzenia dokumentacji.

Salve Medica poproszone przez naszą redakcję o odpowiedź na pytania dotyczące tej sprawy, przesłała oświadczenie, w którym czytamy: „Potwierdzamy, że Klinika Płodności Salve Medica Warszawa sp. z o.o. sp. k. (zwane dalej: Salve Medica Warszawa) otrzymała zgłoszenie o zdarzeniu dotyczącym różnicy w ilości oocytów przekazanych przez Salve Medica Warszawa do innego podmiotu leczniczego”.

Rzecznik kliniki przyznaje, że „po przyjęciu zgłoszenia Salve Medica Warszawa dokonała szczegółowej i wnikliwej analizy przedstawionej sprawy oraz zgłosiła zdarzenie odpowiednim organom nadzorującym celem poddania się kontroli. W wyniku przeprowadzonej analizy Spółka nie stwierdziła nieprawidłowości po jej stronie. Przeprowadzone procedury były zgodne z obowiązującymi standardami oraz wytycznymi medycznymi”.

W oświadczeniu pada, że prawidłowość w procedurach stosowanych w Salve Medica Warszawa potwierdziła także kontrola Ministerstwa Zdrowia. I zgadza się, zgodnie z dokumentami, do których dotarliśmy, procedury w Salve Medica są prawidłowe. Ale, podkreślmy to jeszcze raz, w opisywanym przypadku Kasi i Marcina resort zdrowia stwierdził naniesienie zmian w liczbie oocytów bez podpisu osoby jej dokonującej, więc nie wiadomo, od kogo uzyskać wyjaśnienie tych zmian.

Salve Medica podaje także, że podjęła próbę „zweryfikowania twierdzeń pacjentów, co do rzekomych różnic w materiale biologicznym ujawnionych w innym podmiocie leczniczym. Okazało się, że weryfikacja twierdzeń pacjentów przez Spółkę nie jest możliwa z uwagi na zniszczenie materiału biologicznego przez inny podmiot”. Dopytaliśmy klinikę, czy wykazała od razu chęć weryfikacji liczby oocytów, kiedy było to jeszcze możliwe. Do momentu publikacji nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

Jolanta Budzowska, radczyni prawna i pełnomocniczka Kasi i Marcina tłumaczy, że procedury zapłodnienia in vitro są kwalifikowane jako procedury o podwyższonym standardzie staranności, ponieważ są procedurami wysokospecjalistycznymi i wysokiego ryzyka pomyłki.

— Placówka prowadząca leczenie niepłodności ma obowiązek wdrożyć system gwarantujący pełną identyfikowalność gamet i zarodków. W opisywanej przez moich klientów sytuacji tak nie było. Salve Medica zapewnia, że nie stwierdziła żadnych nieprawidłowości po swojej stronie, podczas gdy wyniki kontroli Ministerstwo Zdrowia: m.in. brak jednoznacznych potwierdzeń zmian oraz nieczytelne podpisy pracowników, wskazują na problemy z nadzorem wewnętrznym i kontrolą jakości w krytycznych punktach procedur embriologicznych — mówi Budzowska, podkreślając, że kontrola dokumentacji pacjentów i procedur została przeprowadzona ponad dwa lata od zdarzenia i prawie pół roku od momentu, kiedy pacjenci powiadomili Salve Medica o zdarzeniu, więc klinika miała dużo czasu, aby poprawić jakość świadczonych usług.

Kasia i Marcin niczego bardziej nie pragną niż posiadanie dziecka

Kasia i Marcin niczego bardziej nie pragną niż posiadanie dzieckaarch.bohaterów tekstu

— Z medycznego punktu widzenia utrata gamet — zwłaszcza oocytów — stanowi poważne naruszenie bezpieczeństwa biologicznego, a także prowadzi do nieodwracalnej szkody dla pacjenta, który traci część materiału genetycznego po tym, jak powierzył go bankowi komórek. Każdy oocyt jest potencjalnym zarodkiem, a każdy zarodek potencjalnym dzieckiem. Waga tego błędu medycznego jest ogromna — zaznacza radczyni i dodaje, że klinika mimo zapewnień o przeprowadzonej analizie nie wyjaśnia, jak doszło do sytuacji, w której liczba oocytów deklarowanych przez Salve Medica nie odpowiadała liczbie oocytów odebranych w Centrum Zdrowia Warszawa.

— Na to pytanie będzie zapewne musiał znaleźć odpowiedź sąd, bowiem klinika, podobnie jak początkowo w przypadku innego zdarzenia niepożądanego, do którego, jak donoszą media, doszło w 2022 r., nie poczuwa się do odpowiedzialności względem pacjentów.

Co dalej?

Kasia z Marcinem podkreślają, że spotkali się z dużym zrozumieniem w Gamecie. — Zwrócili nam część kosztów za procedurę in vitro, a przecież w ogóle nie musieli. Czujemy się tam zaopiekowani, ale pewien niepokój zostanie chyba już z nami do końca — zaznacza Kasia. — Szczerze to nadajemy się na terapię — dodaje Marcin. — Ale to kolejny wydatek, na który nas zwyczajnie nie stać. Od dawna nie mieliśmy bezstresowych wakacji, bo nie potrafimy odciąć myśli od tego tematu. Super by było wyjechać gdzieś daleko, żeby choć na chwilę się zrelaksować, ale nie ma na to szans, także finansowych. Chęć posiadania rodziny jest zbyt silna.

Zastrzyki w trakcie przygotowywania się do zajścia w ciążę

Zastrzyki w trakcie przygotowywania się do zajścia w ciążęarch.bohaterów tekstu

W nowej klinice są po trzech transferach, które nie dały upragnionej ciąży. Z pobranego po raz drugi materiału została im jedna szansa.

— Najgorsze jest to, że wielu ludziom się wydaje, że to nic takiego. „O rety, no nie udało się, uda się kolejny raz, o co wami chodzi” — to się słyszy wokół.

Chociaż niektórzy bliscy wiedzą, przez co przeszliśmy, nie znajdujemy zrozumienia u wszystkich. Do nas ma się pretensje, że nie cieszymy się narodzinami dzieci w rodzinie, że nie chcę brać niemowlaków na ręce. A ja nie mogę, bo boję się poczuć to, czego może nigdy jako matka nie poczuję. Nie chcę dawać sobie fałszywej nadziei, choć i tak trzymam się jej kurczowo cały czas.

— My niczego nie pragniemy tak bardzo, jak posiadania dziecka, a lekarze, którym zaufaliśmy, zmniejszyli nam szansę na bycie rodzicami. Odebrali nam coś najcenniejszego i nikt z nich nie poczuwa się do winy. Co więcej, jakiś czas temu widziałam, że mój lekarz prowadzący z Salve Medica dalej pracuje w zawodzie, podobnie jak embriolog. A co, jeśli tak ogromną krzywdę, jak nam, wyrządzili też innym parom? Strata, której doświadczyliśmy, jest porównywalna do śmierci bliskiej osoby — wiem, co mówię, bo wiem, co czułam, gdy odszedł mój tata — tłumaczy Kasia.

W filmie „Życie prywatne”, który niektórzy psychoterapeuci zalecają parom zmagającym się z niepłodnością, na samym początku pada: „Myślałam, że już skończyli” w odniesieniu do kolejnych prób in vitro starającej się pary. My może nie bezpośrednio, ale też to słyszymy — mówi Marcin. Niezrozumienie i poczucie osamotnienia w walce jest dla pary bardzo trudne.

Dlaczego opowiadają swoją historię? — Po pierwsze, bo jestem zła na lekarzy, na klinikę, bo ludzie muszą o tym usłyszeć i dwa razy się zastanowić nim trafią do Salve Medica — tłumaczy Kasia. — Że ci lekarze nadal wykonują in vitro — dodaje Marcin.

Po drugie, nie chcą, żeby ich historia została zamieciona pod dywan. — Jeśli jest więcej takich par jak my, to niech wiedzą, że mogą walczyć o swoje prawa — zaznacza Marcin.

— Marzy mi się, żeby nie mówiono do nas: „wiesz, jak to jest z dziećmi”. Nie wiem, ale bardzo chcę się dowiedzieć i tego doświadczyć. Cholernie mocno tego chcę — mówi Kasia.

— Ostatnio podawano, ile dzieci urodziło się w Polsce dzięki in vitro. Obrzygali się tęczą w zachwytach, ale nikt nie powiedział o takich parach jak my, które walczą, które siedzą w poczekalniach klinik, robią badania, czekają, odkładają pieniądze, a czasami zdarza się, że ktoś przez chęć posiadania dziecka zostanie oszukany, okradziony z nadziei — jak my — zaznacza Marcin. — Musimy też pokazywać tę patologię, która zadziała się w naszym przypadku, żeby inni byli ostrożniejsi, żeby lekarze wiedzieli, że patrzymy im na ręce.

— Bardzo bym chciała, żeby in vitro nie było czymś, czego się wstydzimy. A wiem, że są pary, które nawet najbliższym nie przyznają się, że zdecydowali się na tę procedurę — mówi Kasia, która z Marcinem nie ma zamiaru się poddać i mimo tego, co ich spotkało, planują kolejne próby in vitro. — Mam prawie 36 lat i nadal chcę wierzyć, że pomimo, a może właśnie na przekór tego, co nas spotkało, będziemy mogli cieszyć się narodzinami naszego dziecka.