Mateusz Gliński ma za sobą debiut w ekstraklasie. Później występował w niższych ligach i trafił do reprezentacji Polski w piłce sześcioosobowej. Zaledwie dwa tygodnie po wyleczeniu nowotworu doznał groźnej kontuzji, która uniemożliwia mu pracę i utrzymanie rodziny. Zawodnik jest taksówkarzem, ale z powodu zerwania ścięgna Achillesa nie może prowadzić samochodu aż do wiosny.
– Jestem zatrudniony na zasadach: nie wyjadę, nie zarobię – mówi nam Gliński, który z kadrą socca zdobył dwa srebrne medale w mistrzostwach świata w 2018 i 2019 roku. – Do auta wejdę pewnie za kilka miesięcy. Na razie będę przemieszczał się o kulach, w bucie ortopedycznym – opowiada.
Wyrok: nowotwór
Dla Glińskiego to kolejny cios. Cały zeszły rok wracał do zdrowia po walce z nowotworem. Zawodnika ominął między innymi turniej w Meksyku, który reprezentacja Polski wygrała i została mistrzem świata w piłce sześcioosobowej.
Piłkarz miał jednak ważniejszy mecz do rozegrania. – Tak naprawdę dwa ostatnie lata miałem wyjęte z życia – relacjonuje. – Przez dłuższy czas bolało mnie jądro. Zgłosiłem się na badania i okazało się, że mam nowotwór. Lekarze usunęli mi jedno jądro i po dwóch miesiącach mogłem wrócić do gry – wówczas do Ząbkowi Ząbki – tłumaczy. – Minął niecały rok i pojawiły się przerzuty na węzły chłonne. Rozpocząłem bolesną chemioterapię – opowiada.
Gliński debiutował w ekstraklasie w 2013 roku w barwach Polonii Warszawa, miał przed sobą obiecującą perspektywę, ale niedługo później zerwał więzadła krzyżowe. Po groźnej kontuzji nie wrócił na najwyższy poziom. W następnych latach występował w niższych ligach: w Polonii, Pogoni Grodzisk, Świcie Nowy Dwór czy Victorii Sulejówek. Grał też w piłce halowej (futsal) w Legii Warszawa, z którą awansował do ekstraklasy.
Teraz, oprócz pracy na taksówce, trenuje dzieci w Domanicach (powiat siedlecki), jest też zatrudniony w zespole z A-klasy: Armaty Stoczek Łukowski, gdzie gra i pomaga w klubie w kwestiach organizacyjnych i sportowych.
Bolesna chemioterapia
Gliński opowiada, jak walczył z nowotworem. – Było „hardcorowo”. Gdybym nie poddał się chemii, to pewnie skończyłoby się źle. Przez trzy miesiące wymiotowałem po kilka razy dziennie właśnie z powodu tego leczenia. Schudłem jedenaście kilogramów, dostałem neuropatii, stale bolały mnie plecy, wypadały mi włosy, nie byłem w stanie wejść po schodach. Najgorsze było jednak uczucie, gdy dzieci chciały się ze mną pobawić, a ja nie miałem na to siły – wspomina nasz rozmówca.
– W takich momentach najbardziej cierpi głowa. Czas spędzony w szpitalu, gdy wlewano we mnie chemię po sześć godzin przez kilka dni, był trudnym doświadczeniem. W tych chwilach bardzo pomagała mi rodzina: sama obecność dzieci dawała energię. Żona również była dla mnie bardzo dużym wsparciem, chciałbym to podkreślić – mówi.
Nasz rozmówca wracał do zdrowia blisko siedem miesięcy, w tym czasie nie pracował. – Już stanąłem na nogi, zaczęło mi się układać, pod koniec grudnia 2025 roku otrzymałem ze szpitala informację, że mój organizm został wyczyszczony z nowotworu. Niestety, zdrowiem nacieszyłem się dwa tygodnie – załamuje ręce.
Gliński jest w grupie ryzyka nawrotu nowotworu, dlatego musi się regularnie badać. Dostał jednak zielone światło na uprawianie sportu, co robiło wrażenie także na lekarzach.
Zawodnik wybrał się z reprezentacją Polski na towarzyski turnieju w Katowicach, już w nowym roku. – Pięć miesięcy wcześniej nie wierzyłem, że jeszcze wystąpię gdzieś z reprezentacją. Pojechałem do Katowic, to był mój pierwszy turniej z kadrą po powrocie. I stało się – relacjonuje.
Zawodnik został zniesiony na noszach, zakrywając twarz rękoma, na oczach żony i dzieci. – Robiłem zwrot i przy starcie do piłki usłyszałem trzask. Nie miałem nawet kontaktu z rywalem. Musi minąć do siedmiu miesięcy, żebym ponownie mógł uprawiać sport. Gorzej, że z kulami i butem ortopedycznym będę musiał chodzić przez 3-4 miesiące – opowiada.
– My z piłki sześcioosobowej jesteśmy amatorami, gramy z pasji, za darmo, dlatego utrzymuje się z taksówki i piłki w niższych ligach – uzupełnia.
Kosztowne leczenie
Przyjaciele zawodnika uruchomili w internecie zrzutkę, by wspomóc Glińskiego w trudnej sytuacji. – Doceniam ich gest, chcą postawić mnie szybciej na nogi. Bardzo im dziękuję, sam bym tego nie zrobił – mówi skromnie zawodnik.
– To niestety kosztowne leczenie. Sama operacja Achillesa pochłonie około 10 tysięcy złotych, do tego dochodzą leki, kilkaset złotych na badania, rehabilitacja, na którą muszę dojechać z okolic Stoczka Łukowskiego do Warszawy. Miałem w życiu wiele urazów i wiem, że zawsze pojawiają się dodatkowe koszty – uzupełnia.
– Wierzę jednak w to, że jeszcze wrócę do piłki i do reprezentacji. Pokonałem nowotwór, muszę podnieść się też i po tym ciosie – kończy Mateusz Gliński.