opinie

Przedstawiamy różne punkty widzenia

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

W ostatnich latach reżim ajatollahów w Iranie był już wielokrotnie „na skraju upadku”. Niestety, za każdym razem zaczynało się i kończyło tak samo. Na początku jedna iskra powodowała wybuch szybko rozprzestrzeniających się antyrządowych protestów, po czym władze owe protesty bezwzględnie topiły we krwi. Jak podczas „Zielonej Rewolucji” w 2009 roku, gdy prezydentem został ponownie twardogłowy Mahmud Ahmadineżad, czy w 2022 roku, po śmierci Mahsy Amini, która zmarła, prawdopodobnie torturowana, po zatrzymaniu przez policję obyczajową (zarzucono jej, że wbrew prawu nie miała w pełni zasłoniętych włosów w miejscu publicznym).

Czy i tym razem będziemy świadkami podobnego scenariusza? Wielu iranistów i ekspertów od Bliskiego Wschodu podkreśla, że skala trwających od blisko trzech tygodni manifestacji i zamieszek jest nieporównywalna z podobnymi wydarzeniami z przeszłości. Przeciwnicy reżimu wyszli na ulice nie tylko w Teheranie i innych dużych miastach, protesty rozlały się dosłownie na cały kraj, a tłumy rozwścieczonych Irańczyków rosną z dnia na dzień. Najbardziej wstrzemięźliwe statystyki mówią już o ponad 600 ofiarach śmiertelnych, choć prominentni przedstawiciele władz przekonują, że państwo działa, wszystko jest pod kontrolą, a za „niepokojami społecznymi” stoją, jak zwykle, „Amerykanie i syjoniści”. Wielki Szatan i Mały Szatan.

Przerażające sceny z Teheranu. Na ulicach leżą dziesiątki ciał

Jak to często bywa w przypadku tego typu oddolnych – a nie pałacowych – rewolucji, Irańczycy powiedzieli „dość” nie z powodu represji na tle religijnym czy braku wolności słowa (choć trudno bagatelizować także i te przyczyny). Powiedzieli „dość” postępującej biedzie i upokorzeniu. Budżetowe bankructwo, rekordowa inflacja, bezwstydna korupcja elit, ale zapewne także pogłębiające się przekonanie, że Iran stał się nieodwracalnie globalnym pariasem z powodu izolacji politycznej i sankcji ekonomicznych. I że został pozostawiony na pastwę losu nawet przez najbliższych sojuszników, Rosję i Chiny, które wydają się już tylko obserwować sytuację wewnątrz Iranu, zastanawiając się, z kim przyjdzie im się układać – i handlować – być może za trzy miesiące, za miesiąc, albo za tydzień.

W powieści „Słońce też wschodzi” Ernest Hemingway przytacza dialog dwóch bohaterów:

„Na dwa sposoby. Najpierw stopniowo, a potem gwałtownie”.

Taki los może też spotkać irańskich mułłów. Aczkolwiek, powtórzmy, przewidywanie tego, co wydarzy się w najbliższym czasie w tym akurat regionie świata, jest niczym wróżenie z fusów.

Jeśli jednak rzeczywiście dyktatura dokończy żywota, początków tego procesu należałoby poszukać w roku… 2018. Wtedy to agenci Mosadu wykradli z magazynu na przedmieściach Teheranu słynne „nuklearne archiwum”, dzięki któremu Izraelczycy udowodnili światu, że Iran łamie swoje zobowiązania i nie może być wiarygodnym partnerem dla społeczności międzynarodowej. Dwa lata później amerykański dron „wyeliminował” Ghasema Solejmaniego, dowódcę elitarnego oddziału w Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej. A de facto szarą eminencję, generała, który wydawał rozkazy i koordynował działania organizacji terrorystycznych i szyickich bojówek na całym Bliskim Wschodzie. Donald Trump w ostatnim roku swojej pierwszej kadencji udowodnił światu, że nikt, kto prowadzi działania wrogie wobec USA – a także Izraela – nie może liczyć na bezkarność. Nawet ktoś taki jak Solejmani, jedna z najważniejszych figur w hierarchii irańskich władz.

Niemniej najważniejszą datą był bodaj 7 października 2023 roku. Po ataku palestyńskich terrorystów na żydowskie kibuce i masakrze na festiwalu Nova, Izraelczycy zemścili się srogo, systematycznie likwidując liderów i szeregowych członków Hamasu i Hezbollahu. Dwóch organizacji, stanowiących zbrojne ramiona Iranu w konfrontacji z Izraelem. Wpływy polityczne i militarne Teheranu w całym regionie zostały, mówiąc najoględniej, mocno ograniczone.

Owszem, poprzez swoje późniejsze działania Izrael nie tylko zdemolował Strefę Gazy, lecz również własny wizerunek na arenie międzynarodowej, narażając się na oskarżenia o zbrodnie wojenne, a nawet ludobójstwo. Jednak Benjamin Netanjahu jest dziś zdecydowanie bliższy osiągnięcia swojego najważniejszego celu w polityce zagranicznej: obalenia rządu ajatollahów, którzy mieli zgotować jego rodakom „drugi Holokaust”, niż Ali Chamenei, duchowy przywódca Iranu, dla którego najważniejszym celem w polityce zagranicznej była anihilacja Państwa Żydowskiego i jego obywateli.

Dla Wirtualnej Polski Marek Magierowski

Marek Magierowski, dyrektor programu „Strategia dla Polski” w Instytucie Wolności, ambasador RP w Izraelu (2018-21) i Stanach Zjednoczonych (2021-24), były wiceminister spraw zagranicznych. Autor książki „Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej” oraz powieści „Dwanaście zdjęć prezydenta”.