Podczas rutynowego patrolu terenów rekreacyjnych nad Wisłą strażnicy miejscy z Warszawy natknęli się na 76-letniego mężczyznę żyjącego w prowizorycznej ziemiance. Interwencja miała miejsce 5 stycznia, po zgłoszeniu od spacerowicza, którego zaniepokoił odgłos rąbania drewna na obszarze objętym ochroną Natura 2000. Na miejscu funkcjonariusze zastali przemarzniętego starszego mężczyznę zbierającego chrust na opał.
Okazało się, że pan Mieczysław mieszka w tym miejscu od około 15 lat. Jego „dom” to wykopany w ziemi dół, częściowo przykryty deskami i starym materacem. Ziemianka ma około dwóch metrów długości i metr głębokości — wystarczająco, by mógł się w niej położyć dorosły człowiek. W nogach znajduje się palenisko, które pełni funkcję ogrzewania.
Sprawą szybko zainteresowały się lokalne media a dziennikarzowi „Gazety Wyborczej” udało się osobiście porozmawiać z mężczyzną mieszkającym w ziemiance zlokalizowanej w samym centrum Warszawy.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Gdzie mieszka pan Mieczysław?
Jak długo pan Mieczysław żyje na ulicy?
Dlaczego pan Mieczysław odrzucił propozycję lokum?
Co pan Mieczysław przechowuje w swojej ziemiance?
76-latek mieszka nad Wisłą. Jego „dom” to wykopany w ziemi dół
Jak relacjonuje dziennikarz, w środku pan Mieczysław przechowuje kilka śpiworów, gruby koc wyściełający dno, plecak i torby. Część ubrań spalił podczas silnych mrozów, by się ogrzać. Odzież oraz buty zdobywa głównie z kontenerów na używane rzeczy.
Choć ziemianka jest centrum jego codziennego życia, zimą nie spędza w niej nocy. Wieczorami, wraz z kolegą Krzysztofem, również doświadczającym bezdomności, wsiada do tramwaju i jedzie na Ochotę. Tam nocują na korytarzu jednego z wysokich bloków, na ostatnim piętrze. Wystarcza im karton rozłożony na podłodze. „Tam się nikt nas nie czepia, a jeszcze czasem sąsiadka spyta, czy herbaty, jedzenia nie przynieść. Idzie wytrzymać” — przekonuje pan Mieczysław w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.
Zgodnie z ustaleniami dziennikarza 76-latek pochodzi z okolic Opoczna. Przez lata pracował w zakładach kolejowych w Radomiu przy wymianie podkładów torowych. Jak twierdzi, stracił pracę z powodu poważnej wady wzroku, którą przez pewien czas próbował ukrywać.
Po zwolnieniu przeniósł się w okolice Warki, gdzie znalazł zatrudnienie w szklarni. Zajmował się podlewaniem roślin i paleniem w piecu zimą, jednocześnie mieszkając w miejscu pracy. Żył tak przez pięć lat. Mężczyzna ma za sobą wyrok więzienia za drobne kradzieże. Od lat utrzymuje się głównie ze zbierania złomu. Jak przekonuje, nie ma dowodu osobistego, a kontakt z dziećmi stracił lata temu.
Miasto ruszyło z pomocą mężczyźnie znad Wisły
Według relacji strażników miejskich podczas interwencji mężczyzna konsekwentnie odmawiał przeniesienia do noclegowni. W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” wyjaśnił, że ma złe doświadczenia związane z pobytem w tego typu placówkach.
5 stycznia w rozmowie ze strażnikami miał jednak przyznać, że chętnie skorzysta z gorącej zupy dowożonej dwa razy w tygodniu oraz poprosił o pomoc w nawiązaniu kontaktu z ośrodkiem pomocy społecznej.
Pan Mieczysław odrzucił propozycję zapewnienia mu lokum. Według niego nie rozwiązuje to problemu bezdomności. „W takich warunkach, tam, gdzie on mnie zaprowadził, to by dobrze miała osoba, która by pracowała. A bezdomny to nie, bo się nie utrzyma. Bezdomny musi żyć na ulicy” — stwierdził w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.