Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Słynie pan z bardzo ostrych metod treningowych, a na sali treningowej potrafi doprowadzić do łez największe gwiazdy reprezentacji Polski, jak choćby Julię Szeremetę. Czy krzyk to w ogóle metoda treningowa?

Tomasz Dylak, selekcjoner kadry narodowej kobiet w boksie, który właśnie został wybrany najlepszym polskim trenerem minionego roku w Plebiscycie Przeglądu Sportowego: No niestety, ale niekontrolowane wybuchy na treningach wciąż się zdarzają i pewnie będą się zdarzać. Jest ich jednak coraz mniej, bo zawodniczki są coraz bardziej świadome i chcą mocno trenować. Choć z wiekiem łagodnieję, to pewnie nie uda się tego wyeliminować. Niedawno na naszych zajęciach znów było bardzo, bardzo ostro, a zawodniczka usłyszała wiele przykrych słów.

Co się stało?

Musiałem wstrząsnąć Emilią Koterską. Dawała bardzo słaby sparing, a że był to już trzeci taki przypadek z kolei, to nie wytrzymałem. Przerwałem sparing, a zawodniczce dostało się naprawdę bardzo mocno. To była bardzo potężna „zjebka”. Nie mogłem dłużej tolerować, że Emilka nie wykonuje poleceń taktycznych, a w ringu robi, co chce. Ona zapamięta tamten dzień na długo, bo poza krzykami dostała także 30-minutowe zadanie, które wykańcza już po 2-3 minutach.

ZOBACZ WIDEO: Stoch w szczerych słowach o ostatnim skoku w Zakopanem

Takie metody naprawdę się jeszcze sprawdzają?

Mogę odpowiedzieć tylko tak: kilka tygodni później Emilka została mistrzynią Europy U23. Dodatkowym zadaniem chciałem jej udowodnić, że jest w stanie wykonywać mocną pracę przez 30 minut, więc dziewięć minut walki nie powinno być dla niej żadnym problemem. Było trochę bólu, ale opłaciło się, a moja metoda chyba przemówiła do podopiecznej.

Nie obawia się pan, że z czasem te metody przestaną działać, a zawodniczki będą odchodzić obrażone?

Pomagam osiągać sukces, a one najlepiej widzą, że moje słowa sprawdzają się w praktyce. Zresztą, z każdym rokiem jestem dla nich coraz milszy, a wybuchy złości zdarzają się coraz rzadziej. Już nie wyzywam ich tak jak kiedyś i częściej wskazuję na pozytywy. Zdarza się jednak, że atmosfera rozluźni się za bardzo i wtedy muszę interweniować. Tak rozumiem rolę trenera.

Czy zdarzyło się panu przesadzić i przekroczyć granicę podczas zajęć?

Oczywiście wielokrotnie dochodziłem do wniosku, że potraktowałem zawodniczki zbyt surowo i powinienem bardziej panować nad emocjami. One znają mnie już na tyle dobrze, że wiedzą, że nawet po trudnych momentach już na drugi dzień potrafię z nimi żartować i sam rozluźniam atmosferę. Czuję, że podopieczne mi ufają i nigdy nie zdarzyło się, by mnie omijały. Dużo rozmawiamy, one mi się zwierzają, a na obozach przez większość czasu panuje przyjacielska atmosfera. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy muszą wiedzieć, że ze mną się nie zadziera. Na sali treningowej liczy się tylko ciężka praca.

Jak pan to robi, że choć od kilku lat z każdej kluczowej imprezy wracacie z medalami, to zawodniczki wciąż chcą tak samo mocno trenować?

W mojej kadrze nikomu nie przewróci się w głowie od sukcesów. Mogę to obiecać. Ratuje nas ciężka praca i oparcie na wartościach. Chcę, by moje podopieczne były świetnymi pięściarkami, ale także dobrymi ludźmi. Mamy świadomość, że jesteśmy dopiero na początku drogi, a celem jest złoty medal olimpijski.

Z roku na rok presja będzie coraz większa.

I tego się trochę obawiam. Faktycznie trochę rozpuściliśmy środowisko, a mam świadomość, że kiedyś w końcu przyjdzie gorszy start. Bardzo mocno się na to przygotowuję.

W jaki sposób?

Dziewczyny trenują fizycznie, a ja uczę się, by coraz mniej emocjonalnie podchodzić do kolejnych turniejów, czy walk. Nie mogę wszystkiego aż tak mocno analizować. Pracuję nad tym, by porażki mnie nie paraliżowały, bo dzięki temu atmosfera podczas przygotowań będzie luźniejsza. Zawodniczki przejmują ode mnie nastawienie.

Czy do tej pory mieliście z tym problem?

Podczas igrzysk w Paryżu wybroniliśmy się srebrnym medalem Julii Szeremety, ale już wtedy zauważyłem, że emocji przed walkami było u mnie zbyt dużo. Podchodziłem do wszystkiego zbyt emocjonalnie. To błąd, który chce wyeliminować.

Czy teraz podchodzi pan do walk podopiecznych z większym dystansem?

Podczas mistrzostw świata znów złapałem się na tym, że do walk Anety Rygielskiej, czy Agaty Kaczmarskiej podchodziłem bardziej komfortowo i byłem w stanie dać im więcej. W przypadku Szeremety byłem bardziej spięty i czułem strach przed porażką, bo wiedziałem, że presja z zewnątrz jest w tym przypadku dużo większa. Ludzie nie wybaczyliby nam porażki. Julka bierze energię ze mnie, więc to bardzo niebezpieczne.

Czego jeszcze chce się pan nauczyć jako trener?

Czytam mnóstwo książek psychologicznych, ale gdy rozmawiam z bardziej doświadczonymi trenerami, to pytam o coś zupełnie innego.

O co?

O to, jak pogodzić rolę trenera z rolą męża i ojca. Mój klub w Gostyniu i kadra narodowa to życiowe projekty, ale nie chcę przy tym zaniedbać najbliższych.

Udaje się to łączyć?

W roku olimpijskim nie było mnie zbyt dużo w domu, ale już ostatni sezon był spokojniejszy. Rodzina rozumie, że kiedy zbliżają się ważne zawody, skupiam się na boksie, ale potem to oni są najważniejsi. W 2024 roku spędziłem poza domem około 260 dni, ale miniony rok i ten obecny będą spokojniejsze. Prawdziwe przygotowania do igrzysk w Los Angeles ruszą dopiero w 2027 roku.

Jaki jest cel?

Oczywiście złoto olimpijskie, ale przestrzegam – nic nie przyjdzie za darmo, a dotychczasowe sukcesy o niczym nie świadczą.

Czy to prawda, że z kobietami pracuje się trudniej niż z mężczyznami?

Na pewno kobiety stroją więcej fochów i trudniej jest zbudować drużynę. Kobiety są większymi indywidualistkami, a czasami nawet egoistkami i na treningach skupiają się przede wszystkim na sobie. Jako trener muszę być także bardziej uważny na to, co i kiedy mówię, a przede wszystkim wyczuwać nastrój każdej podopiecznej. W kobiecym gronie częściej muszę też wchodzić w rolę mediatora.

Pasuje panu coś takiego, czy jednak tęskni pan za pracą z mężczyznami?

Wychowałem się w wielodzietnej rodzinie. Była nas siedmioro – miałem cztery siostry i dwóch braci, a ja od początku byłem tym, który starał się łączyć rodzeństwo po kłótniach. To samo robię w kadrze.

To dlatego woli pan pracować z kobietami?

To wyszło zupełnie przypadkowo, bo początkowo w klubie miałem więcej mężczyzn. W kategorii kadetek i juniorek pojawiły się u mnie zdolne zawodniczki, a wraz z nimi trafiłem jako asystent do kadry juniorek. Potem wszystko potoczyło się już automatycznie, a mój klub w 20-tysięcznym Gostyniu stał się miejscem treningów kadry, do którego przyjeżdżają nawet takie postacie, jak Mateusz Gamrot, czy Borys Mańkowski.

W Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” został pan wyróżniony nagrodą dla trenera roku. Co pan na to?

Czuję wzruszenie, gdy o tym myślę. Tuż po odebraniu statuetki miałem moment refleksji nad tymi wszystkimi latami. Udało mi się osiągnąć nawet więcej, niż zakładałem. Wiem jednak, że dzisiaj presja środowiska jest tak duża, że nie możemy się zatrzymać. Marzy mi się, byśmy co roku byli coraz lepszą drużyną.

Wszystkim podopiecznym zakazuje pan startów w galach freak-fightowych. A co by było, gdyby na przykład Julia Szeremeta chciała wykorzystać swoją popularność i ponownie wystartować w wyborach?

Nie rozmawialiśmy o tym, ale ona na pewno by tego nie zrobiła, bo za bardzo liczy się z moim zdaniem. Według mnie, dopóki ktoś jest sportowcem, to nie powinien bawić się w żadną politykę. Tego nie da się połączyć ze skupieniem na sporcie i treningach.

Podczas Gali Mistrzów Sportu przywołał pan postać Janusza Pindery, który zmaga się z problemami zdrowotnymi. Skąd pomysł na przypomnienie o tym dziennikarzu?

Wychowałem się na jego komentarzu, a także dzięki niemu zakochałem się w boksie. Gdy przeczytałem, że jego marzeniem pozostaje skomentowanie walki reprezentanta Polski o złoty medal olimpijski, to popłakałem się. Takie rzeczy mocno motywują mnie do pracy. Wierzę, że jako kadra narodowa możemy spełnić jego marzenie. Zrobię wszystko, by nasze zawodniczki walczyły w finale igrzysk, a pan Janusz Pindera mógł to skomentować.

Rozmawiał Mateusz Puka, WP SportoweFakty