„Zdesperowani pseudoartyści”, „Po co się w ogóle błaźnić, przecież i tak tego nie wygramy”, „Nie mam na kogo głosować, tragiczny wybór”, „Ale poziom”, „Totalna kompromitacja” – to nie cytaty z anonimowego forum sprzed piętnastu lat. To komentarze z dziś. Świeże, gorące, pełne jadu – opublikowane tuż po ogłoszeniu listy uczestników polskich preselekcji do Eurowizji. I nie, nie zrobiło mi się przykro z powodu „słabej stawki”. Zrobiło mi się po prostu wstyd.
Eurowizja decyduje, TVP gra dalej. Polski reprezentant za to zapłaci? [OPINIA]
Bo zanim ktokolwiek zdążył zaprezentować piosenkę, zanim padła pierwsza nuta, zanim kamery się włączyły – wylano na tych ludzi hektolitry pogardy. Na artystów, którzy mają wystarczająco dużo odwagi, żeby zgłosić się do konkursu oglądanego przez blisko 200 mln widzów. Na ludzi, którzy – niezależnie od naszych gustów – chcą reprezentować biało-czerwoną flagę. Jeśli hejt ma dziś uchodzić za przejaw „ambicji” i „patriotyzmu”, to ja wysiadam na tym przystanku.
Nie idealizujmy jednak rzeczywistości. Sam pamiętam złość, frustrację i poczucie straconej szansy, gdy preselekcji nie wygrał Jann. „Gladiator” wydawał się gotowym eurowizyjnym strzałem. Miał pazur, emocje, potencjał na wysokie miejsce. Przegrał. Trudno. Świat się nie zawalił.
Perfect powraca z nową piosenką. Zobacz ekskluzywne kulisy klipu
Pojechała Blanka i nagle okazało się, że dystans bywa skuteczniejszy niż obrażona mina. Zamiast wdawać się w internetowe wojny, wzięła się do pracy. Poprawiła wokal, dopracowała występ, wyjechała, wróciła spełniona. I co najważniejsze, nie udawała, że świat jej coś winien. Dla wielu to było nie do zniesienia. Bo my lubimy artystów tylko wtedy, gdy cierpią zgodnie z naszym scenariuszem.
I teraz zadajmy sobie jedno, bardzo niewygodne pytanie: naprawdę dziwimy się, że artyści z najwyższej półki nie pchają się dziś do polskich preselekcji? Że nie ustawiają się w kolejce, żeby przez tygodnie czytać o sobie, że są „żałośni”, „przereklamowani” albo „sprzedani”? To nie brak talentów jest problemem. To atmosfera odstrasza.
Polska zostaje w Eurowizji. Balans między sztuką a dyplomacją [OPINIA]
Tegoroczna Eurowizja jest wyjątkowo trudna. Kontrowersyjna. Polityczna jak nigdy wcześniej. Decyzja EBU o dopuszczeniu Izraela do konkursu – państwa, którego działania militarne doprowadziły do bezprecedensowej liczby ofiar cywilnych – budzi sprzeciw i złość. I słusznie. Eurowizja od dekad mówi o miłości, pokoju i pojednaniu, a dziś sama zaplątała się we własne hasła. Jedni wybierają bojkot, inni protest na miejscu – piosenką, gestem, wywiadem. I to też jest w porządku. Na tym polega wolność artystyczna.
Problem zaczyna się wtedy, gdy całą frustrację związaną z polityką, EBU i światem zrzucamy na artystów, którzy akurat mieli odwagę się zgłosić. Bo przecież łatwiej napisać „po co się błaźnić”, niż przyznać, że sytuacja jest zwyczajnie trudna dla wszystkich.
Czy te preselekcje mogły wyglądać lepiej? Oczywiście.
Czy od miesięcy mówi się o problemach finansowych TVP? Tak.
Czy znowu nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik? Jak zwykle.
Ale to nie jest wina tych ośmiu osób, które mimo wszystko powiedziały: „Dobra, spróbuję”. To nie oni stworzyli chaos. To oni próbują się w nim odnaleźć.
Często słyszę też argument: „Kiedyś to były preselekcje – Górniak, Szpak, Margaret”. Tylko że zapominamy o jednym: ich popularność kończy się na granicy państwa. W Eurowizji wszyscy zaczynają od zera. Tam nie wygrywa nazwisko. Tam wygrywa piosenka, osobowość i moment.
(A)Polityczna hańba Eurowizji. Koniec udawania walki o wolność? [OPINIA]
Conchita Wurst nie była ikoną przed wygraną. Netta nie była globalną gwiazdą. Måneskin – dziś światowy fenomen – startował jako świeży zespół z Włoch. Eurowizja kocha debiutantów. Nie nagradza CV. Nagradza tych, którym ktoś pozwolił spróbować.
Dziś poznaliśmy nazwiska ośmiu śmiałków – Alicja Szemplińska, Anastazja Maciąg, Basia Giewont, Jeremi Sikorski, Karolina Szczurkowska, Ola Antoniak, Piotr Pręgowski, Stasiek Kukulski. Większości utworów jeszcze nie znamy. Może więc, zamiast kolejnej rundy narodowego samobiczowania, warto poczekać, posłuchać, ocenić na scenie. Wybrać reprezentanta i pozwolić mu rozwinąć skrzydła.
Bo w momencie, gdy sama idea Eurowizji jest wystawiona na próbę, największym problemem nie są słabe preselekcje. Największym problemem jest to, że tak łatwo przyszło nam pluć na własnych.
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtualna Polska