24 grudnia 2025 r. Wielka Brytania, Niemcy, Kanada i 11 innych krajów potępiło decyzję Izraela o zalegalizowaniu 19 osad w Judei i Samarii — tak nazywa on Zachodni Brzeg Jordanu, kontrolowaną przez siebie część Palestyny. We wspólnym oświadczeniu podkreśliły, że „działania takie naruszają prawo międzynarodowe i mogą zaostrzyć napięcia”. Jednocześnie już pod koniec października izraelski Kneset przegłosował rozszerzenie suwerenności państwa żydowskiego na Judeę i Samarię.
Na razie dwa projekty ustaw dotyczące tej kwestii pozostają w fazie dyskusji, a ich dalsze procedowanie w parlamencie może utknąć w martwym punkcie. Jest to szczególnie prawdopodobne w obliczu presji ze strony Waszyngtonu — Donald Trump wielokrotnie powtarzał, że nie pozwoli Izraelowi na aneksję Zachodniego Brzegu. Nie zaakceptują jej również arabscy sojusznicy Stanów Zjednoczonych — nalegają na utworzenie państwa palestyńskiego, którego znaczna część, zgodnie z rezolucjami Rady Bezpieczeństwa ONZ, powinna znajdować się właśnie w Judei i Samarii.
Podczas gdy politycy i dyplomaci się spierają, na miejscu trwa aktywna walka o ziemię — niemal codziennie dochodzi do starć między Izraelczykami a Palestyńczykami. Marianna Belenkaja z Nowej Gaziety opisuje, co zobaczyła na miejscu.
Na wstępie należy zaznaczyć, że bez względu na to, jak bardzo będę się starała napisać ten tekst obiektywnie, będzie on stronniczy. Minął już ponad rok, odkąd zamieszkałam w izraelskiej osadzie Beit Horon położonej między dwoma punktami kontrolnymi, które oddzielają terytorium za „zieloną linią” oddzielającą terytorium Izraela uznane przez społeczność międzynarodową od części uznanych za okupowane na mocy rezolucji ONZ. Do jednego punktu kontrolnego jest 10 km autostradą, do drugiego około 5 km.
Moja znajoma wynajmuje mieszkanie w Jaffie, niedaleko Tel Awiwu, po drugiej stronie „zielonej linii” i twierdzi, że jest po „stronie dobra”. Oznacza to, że ja mieszkam po „stronie zła”. Tak myślą nie tylko Palestyńczycy, ale także część społeczeństwa izraelskiego, przynajmniej w moim otoczeniu.
Zaznaczenie, gdzie mieszkam, jest również ważne z innego powodu. Przed wyrażeniem zgody na rozmowę niektórzy potencjalni bohaterowie tej historii pytali, gdzie mieszkam, a po uzyskaniu tej informacji kategorycznie odmawiali udzielenia wywiadu. „Nie rozmawiamy z okupantami” — słyszałam. Jednocześnie wielu mieszkańców „zielonej linii” również nie było gotowych do rozmowy. :Nie udzielamy wywiadów… nie rozmawiamy z dziennikarzami” — tak brzmiała ich standardowa odpowiedź. Niektórzy twierdzili, że czego by nie powiedzieli, i tak nie zostaną zrozumiani. Zostaną przedstawieni jako złoczyńcy.
Mieszkam więc poza „zieloną linią”, na „terytoriach” — czyli w Judei i Samarii, jak mówią Izraelczycy, lub na Zachodnim Brzegu Jordanu, jak to się zwykle określa w terminologii arabskiej i międzynarodowej. Dla niektórych jestem z założenia prawicową osadniczką, dla innych lewicowcem, arabistką oraz „nowicjuszką”, która nie rozumie nic z izraelskiej polityki.
Znalazłam się nie tylko w centrum konfliktu między Palestyńczykami a Izraelczykami, który po latach pracy na Bliskim Wschodzie jest mi dobrze znany, ale także w wirze nienawiści i pogardy, jaką część obywateli Izraela żywi do innej części społeczeństwa.
Palestyńscy rolnicy wyruszają na zbiór oliwek poza granice swoich społeczności. Ziemia, którą posiadają, często sąsiaduje z izraelskimi osadami, a wioski często odcięte są od pól. W rezultacie zbiory prawie zawsze wymagają pozwolenia izraelskiej armii i eskorty sił bezpieczeństwa. Nie zawsze jednak pomaga to uniknąć incydentów podsycanych przez nacjonalizm.
Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych i palestyńskich organizacji rolniczych sektor oliwkowy zapewnia dochody ponad 100 tys. rodzin i stanowi około jednej czwartej dochodu brutto z rolnictwa, czyli około 5 proc. PKB całej palestyńskiej gospodarki. Co więcej, w ostatnich dziesięcioleciach zbiór oliwek stał się dla Palestyńczyków sposobem na potwierdzenie ich własności do ziemi.
Powodem tego jest fakt, że zgodnie z przepisami kodeksu ziemskiego, który nadal obowiązuje w Judei i Samarii, uprawa ziemi jest uznawana za środek służący zachowaniu praw własności. Jeśli działka nie jest uprawiana przez trzy lata, ziemia przechodzi na własność państwa. W częściach Judei i Samarii, nad którymi Izrael sprawuje kontrolę wojskową i cywilną, oznacza to automatycznie przeniesienie własności na państwo Izrael. Wobec tego sezon zbiorów oliwek (październik–listopad) zamienia się w walkę o ziemię.
Jesienią 2025 r. udało mi się tylko raz wybrać na zbiory oliwek. Okazało się, że był to jeden z najspokojniejszych dni zbiorów w ciągu dwóch miesięcy. Mała grupa aktywistów wyruszyła z Jerozolimy, a kolejna z Tel Awiwu. Wydarzenie zostało zorganizowane przez izraelską organizację pozarządową Rabini na rzecz Praw Człowieka (RHR) i dołączyły do niego inne grupy zajmujące się prawami człowieka. Był to dzień powszedni. Około 30 osób przybyło, aby pomóc w zbiorach oliwek w palestyńskiej wiosce Deir Istiya w Samarii. Byli to Izraelczycy, w większości już na emeryturze. Ale byli też młodzi ludzie a także grupa rabinów z amerykańskiej organizacji Truah, która również zajmuje się działalnością na rzecz praw człowieka. Jeszcze w drodze eskorta grupy wyjaśniła, że może dojść do różnych prowokacji i poprosiła nas, byśmy nie wdawali się w dyskusje z żołnierzami lub osadnikami, jeśli dojdzie do takich sytuacji.
Dotarliśmy do gaju oliwnego i zabraliśmy się do pracy: rozkładaliśmy plandeki pod drzewami i zbieraliśmy oliwki razem z palestyńskimi właścicielami. Jedynym problemem był dron, który przez kilka godzin krążył nad głowami wolontariuszy. Nie było jasne, do kogo należał — do wojska czy osadników. W pewnym momencie przyjechał również pojazd wojskowy. Wysiedli z niego żołnierze — przez około gozdinę stali w pobliżu miejsca zbiorów.
— Dzisiaj jest jakoś bardzo spokojnie — powiedziała mi Ruth, nie przejmując się latającym nad naszymi głowami dronem. Razem z mężem mieszka w Jerozolimie. Obecnie są na emeryturze i często biorą udział w takich zbiorach, wierząc, że ważne jest, aby pomagać Palestyńczykom w walce z niesprawiedliwością. Bez pomocy wolontariuszy znacznie więcej Palestyńczyków mogłoby paść ofiarą prześladowań lub w ogóle stracić dostęp do swoich drzew oliwnych.
Nie minęło nawet pięć minut, gdy usłyszeliśmy krzyki, a zaraz potem strzały.
Oddały je dwie osoby w mundurach przypominających mundury izraelskich sił zbrojnych — tak mi się wydawało z odległości, z której je dojrzałam. Chwilę potym powoli się wycofały.
Kiedy wróciliśmy do grupy, okazało się, że dron uderzył w jedną z pracownic RHR, zranił ją w ramię. Dron spadł uszkodzony. Dwóch uzbrojonych mężczyzn przyszło, aby go zabrać, ale kiedy próbowali to zrobić, wybuchła awantura. Wolontariusze zażądali informacji o tym, kto jest właścicielem drona, i poprosili, aby pozostawiono go na miejscu do czasu przybycia funkcjonariuszy. Potem rozpoczęła się strzelanina. Ci, którzy przybyli, zabrali drona i odeszli. Wszystko zostało zarejestrowane na wideo.

Niezidentyfikowany dron nad palestyńskim gajem oliwnymMarianna Bielenkaja / The Insider
Ranna kobieta została zabrana do szpitala, a właściciel gaju oliwnego podziękował wszystkim, którzy przyszli jej z pomocą. Ledwie jednak zaczęliśmy przygotowywać się do wyjazdu, gdy na miejsce przyjechały pojazdy wojskowe. Tym razem wysiadł oficer i powiedział, że otrzymał skargę na zbieraczy oliwek, że zestrzelili drona. Okazało się, że należał on do jednostki szybkiego reagowania z sąsiedniej osady Rewawa. Po obejrzeniu nagrania wideo zarejestrowanego przez wolontariuszy dowódca jednostki przeprosił za działania swoich podwładnych.
Incydent trafił na pierwsze strony izraelskich mediów jako kolejny akt przemocy ze strony osadników. W wyniku dochodzenia wojskowego jeden z uczestników incydentu został zwolniony ze służby wojskowej za nieprofesjonalne zachowanie, które obejmowało otwarcie ognia „w sytuacji, która nie stanowiła realnego zagrożenia”. Drugi otrzymał surową naganę.
„Barbarzyńcy ze wzgórz”
To, co się wówczas wydarzyło, było wyjątkowym przypadkiem. Najczęściej akty przemocy są dokonywane nie przez osoby w mundurach, ale przez gangi młodzieżowe, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności. Napastnicy zazwyczaj noszą maski i nie zawsze można stwierdzić, kim są i skąd pochodzą. Często niektórzy z nich rzeczywiście dorastali w osadach, podczas gdy inni są osobami z zewnątrz.
Przedstawiciele społeczności osadników twierdzą, że gangi te są niewielkie — w całej Judei i Samarii liczą kilkaset osób. Uważają, że większość z nich to nastolatkowie z rodzin dotkniętych problemami. Opisują ich jako anarchistów, którzy nie uznają praktycznie żadnej władzy — ani rabinów, ani armii. Dla nich tak wojsko, jak i policja graniczna są wrogami, podobnie jak Palestyńczycy.
Badacze zajmujący się tym ruchem znanym pod nazwą Młodzież ze Wzgórz (Hilltop Youth) zauważają, że sytuacja pogorszyła się po jednostronnym wycofaniu się Izraela ze Strefy Gazy w 2005 r
— Czuli się zdradzeni przez swoich przywódców, mam na myśli Radę Osadników oraz rabinów z Judei i Samarii. Takie uczucie wywołał u nich sam fakt, że przywódcy osadników się „wycofali” — powiedział Yair Sheleg, pracownik naukowy Instytutu Shalom Hartman, w wywiadzie dla serwisu Newsru.co.il. Inni twierdzą, że działania Młodzieży ze Wzgórz są odpowiedzią na przemoc ze strony Palestyńczyków — a nawet na prowokacje ze strony lewicowych aktywistów.

Przykłady wandalizmu Młodzieży ze Wzgórz. Napis po prawej: „Żydzi, przebudźcie się!”. Napis po lewej, od góry: „Śmierć Arabom”, „Zemsta!”, 2014 r.Oren Rozen; CC BY-SA 3.0 / wikimedia
Według Szin Bet (izraelskiej agencji bezpieczeństwa wewnętrznego) w 2024 r. doszło do około 1900 ataków terrorystycznych. Obejmowały one ataki z użyciem pojazdów, noży, strzelaniny oraz rzucanie kamieniami lub koktajlami Mołotowa. Najczęstszą taktyką było rzucanie kamieniami — służby odnotowały aż 1248 takich incydentów. Do zdecydowanej większość ataków (około 90 proc.) doszło w Judei i Samarii lub we wschodniej Jerozolimie.
Nie ma jeszcze pełnych danych za rok 2025. W marcu Szin Bet poinformował, że w wyniku operacji antyterrorystycznej w Samarii liczba ataków spadła. Nie oznacza to jednak, że powrócił spokój. 18 listopada w wyniku ataku terrorystycznego w Gusz Ecjon, w połowie drogi między Hebronem a Jerozolimą, zginęła jedna osoba, trzy zostały ranne.
Według Anyi Antopolskiej, założycielki projektu Meeting Place, przeważająca większość osadników sprzeciwia się przemocy. — Pogromów dokonują ekstremiści, bandyci. W ruchu osadniczym nie ma żadnego poparcia dla tych ekstremistycznych czynów. Nasi rabini nieustannie rozmawiają z młodymi ludźmi na te tematy. Wiem to od mojego syna. Obecnie prowadzona jest jednak kampania przeciwko wszystkim osadnikom. Jednocześnie prawie nigdzie nie mówi się o przemocy ze strony Arabów. Mój mąż jest lekarzem pogotowia ratunkowego w szpitalu w Jerozolimie. Mówi, że regularnie przywożą rannych izraelskich chłopców, którzy zostali pobici kamieniami i kijami — pasterzy, którzy samotnie wypasają owce. Kilkunastu Arabów atakuje jednego chłopca — mówi Antopolska.
Nadal organizuje wycieczki dla Izraelczyków do osad, aby zmienić ich postrzeganie tego, co się tam dzieje, zbierając grupy na wycieczki na wzgórza, gdzie znajdują się nowe osady rolnicze. W języku hebrajskim osady są często nazywane wzgórzami (gva’ot).Spośród 10 takich osad położonych w pobliżu Nokdim, gdzie mieszka, dziewięć funkcjonuje całkowicie pokojowo. Tylko jedna stwarza problemy, odmawiając współpracy zarówno z armią, jak i administracją osady.
Jednocześnie państwo wciąż próbuje ustalić, co zrobić z tymi, którzy stwarzają niepokoje — czy zaostrzyć kontrolę, czy podjąć próbę ich reedukacji. Przewodniczący rad lokalnych mówią o potrzebie pracy z „młodzieżą z problemami”.
Jak dotąd jednak nic nie działa. W osadach podejmowane są wysiłki mające odseparować bandytów (lub, jak się ich obecnie nazywa, „barbarzyńców ze wzgórz”) od zwykłych rolników, którzy zajmują ziemię i budują nowe placówki.
Jednocześnie argumenty podobne do tych przedstawionych przez Antopolską nie są przekonujące dla organizacji praw człowieka i dla zwolenników lewicowego obozu, którzy opowiadają się za kontynuacją negocjacji pokojowych. Twierdzą oni, że ataki terrorystyczne i traumatyczne przeżycia z przeszłości nie mogą usprawiedliwiać przemocy ze strony izraelskich ekstremistów. Ich zdaniem ruch osadniczy stara się bagatelizować to, co się dzieje, a gdy nie jest to już możliwe, szuka sposobów, by usprawiedliwić działania gangów młodzieżowych, nie robiąc nic, by je powstrzymać. W rezultacie wszyscy osadnicy są postrzegani jako „okupanci i współsprawcy apartheidu”, a w niektórych przypadkach także jako fanatycy religijni.
— Dwa narody podlegają jednej władzy, ale mają radykalnie różne prawa. Nie znajduję lepszego określenia dla opisania sytuacji na Zachodnim Brzegu niż apartheid — mówi lewicowy aktywista Jewgienij Borensztein.
Powstrzymajcie terror
Wśród haseł skandowanych podczas spontanicznej manifestacji przy jednym z punktów kontrolnych słychać okrzyki: „nie, nie — nigdy nie zgodzimy się na terror osadników!” oraz „powstrzymajcie izraelski terror!”.
Moja druga próba obserwacji zbiorów oliwek zakończyła się niepowodzeniem. Policja na punkcie kontrolnym nie pozwoliła kilku autobusom przewożącym wolontariuszy i aktywistów przekroczyć „zielonej linii”. Tym razem wydarzenie zaplanowano na piątek, dzień wolny od pracy w Izraelu. Ponad 200 osób zgłosiło się do udziału w akcji „Żniwa solidarności” zorganizowanej przez czołowe izraelskie organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka.
Było to następstwem kilku szczególnie poważnych incydentów, do których doszło podczas zbiorów oliwek. Policja poinformowała, że armia ogłosiła ten obszar zamkniętą strefą wojskową. Organizatorzy przewidzieli taki scenariusz i przygotowali się z wyprzedzeniem do zorganizowania protestu jak najbliżej punktu kontrolnego. Po około 15 minutach negocjacji policja zezwoliła na przeprowadzenie wiecu, aby zachować kontrolę nas sytuacją.

Kłótnie z policją na punkcie kontrolnymMarianna Bielenkaja / The Insider
Negocjacje przebiegały w możliwie spokojny sposób — bo całość była filmowana zarówno przez media, które przybyły wraz z aktywistami, jak i przez samą policję. Ta ostatnia nie miała nawet nic przeciwko, gdy protestujący na krótko wyszli na autostradę, częściowo blokując ruch. Na szczęście po 15 minutach wszyscy zostali poproszeni o przejście na „neutralny pas”, aby nie utrudniać ruchu w żadnym kierunku. Akcja trwała około godziny i towarzyszyło jej irytujące trąbienie przejeżdżających samochodów. Nastolatki wychylające się z okien autobusów pokazywały protestującym obsceniczne gesty.
Jossi Dagan, przewodniczący Rady Regionalnej Samarii, wezwał do aresztowania aktywistów i stwierdził, że blokowanie autostrady jest nielegalne. Ostatecznie jednak wszyscy pokojowo się rozeszli. Być może nikt nie chciał skandalu, biorąc pod uwagę liczbę obecnych dziennikarzy. Dwa tygodnie wcześniej aktywiści, którzy brali udział w innej akcji protestacyjnej, zostali zatrzymani i otrzymali zakaz przebywania w tym rejonie przez określony czas. Zagraniczni wolontariusze, którzy byli z nimi, zostali deportowani z kraju.
Problemem przemoc, a nie obecność osadników
Rabin Avi Dabusz, przewodniczący organizacji Rabini na rzecz Praw Człowieka, urodził się w rodzinie religijnych syjonistów z prawicowego obozu. Innymi słowy, dorastał wśród ludzi, którzy stanowią trzon ruchu osadniczego. Brał nawet udział w protestach przeciwko porozumieniom z Oslo [skutkującym wzajemnym uznaniem Izraela i Organizacji Wyzwolenia Palestyny w 1993 r.]. Z czasem jednak jego światopogląd zaczął się zmieniać, między innymi w wyniku zamachu na Icchaka Rabina [byłego premiera Izraela].
— Zacząłem zadawać sobie pytania: jeśli [porozumienie z] Oslo jest złe, to jaka jest alternatywa i dlaczego Palestyńczykom odmawia się prawa do samostanowienia? — mówi Avi.
W końcu znalazł się w zupełnie innym obozie politycznym niż ten, w którym się urodził. — Jest to inicjatywa oparta na walce o ziemię, która jest głęboko problematyczna z moralnego punktu widzenia i nie uwzględnia świętości życia. Innymi słowy, jest to przedkładanie ziemi nad ludzi — wyjaśnia swoje stanowisko Avi. — Większość osadników to dobrzy ludzie, ale są współwinni istnienia niemoralnego i bardzo niebezpiecznego ruchu — dodaje.
Jednocześnie zgadza się z tym, że eksmisja ludzi z większości osiedli jest niemożliwa, co sprawia, że nieuniknione jest poszukiwanie kompromisu. — Jestem członkiem organizacji Ziemia dla Wszystkich, która proponuje model konfederacyjny. Zgodnie z nim osadnicy nie musieliby opuszczać swoich domów. Mogliby mieszkać w Palestynie jako obywatele Izraela. Oczywiście oznacza to również, że nasz kraj byłby otwarty dla Palestyńczyków będących obywatelami Palestyny. Przypominałoby to sposób życia ludzi w Unii Europejskiej — mówi Avi.
Stanowisko Aviego nie uległo zmianie nawet 7 października — mimo że kibuc Nirim, w którym mieszka, znajduje się w pobliżu Strefy Gazy i został bezpośrednio dotknięty atakiem terrorystycznym Hamasu.
— Oczywiście było to bardzo trudne doświadczenie. Rozumiem, skąd bierą się emocje, poczucie żalu, rozpaczy, strachu i chęć zemsty. We mnie też to wszystko jest, ale moimi wartościami są pokój, sprawiedliwość, równość i prawa człowieka. W Księdze Powtórzonego Prawa jest napisane: „kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie”. Dlatego musimy wybrać życie w pokoju i sprawiedliwości. Nie chcę wiecznej wojny — mówi.

Sporne wzgórza SamariiMarianna Bielenkaja / The Insider
Odwołując się do żydowskiego prawa religijnego (Halacha), Szaul Judelman, mieszkaniec osady Tekoa, zajmuje podobne stanowisko. Stał się jednym z inicjatorów listu mieszkańców Gusz Ecjon, ktrórzy sprzeciwiają się przemocy wobec Palestyńczyków. — Nie ośmielamy się twierdzić, że cała społeczność Gusz Ecjon podziela nasze stanowisko, ale uważamy, że z powodu wojny nasze granice stały się nieostre. Napisaliśmy petycję, aby rozpocząć dialog i jasno stwierdzić, że samosądy są problemem, że muszą powstać regulacje na szczeblu państwowym i że niewinni ludzie nie mogą być krzywdzeni tylko dlatego, że są Arabami — mówi Judelman.
Uważa on, że problem leży w przemocy, a nie w obecności osadników w Judei i Samarii. — Nie unikam ważnych kwestii politycznych, które mogą pojawić się w przyszłości, ale obecnie jednym z głównych zadań Żydów, którzy osiedlili się w samym sercu Ziemi Izraela (inaczej Ziemi Obiecanej, Erec Israel), jest ustanowienie jasnych granic przeciwko nadużyciom i przemocy, dla których nie ma żadnego uzasadnienia. Atakowanie osób starszych lub podpalanie domów we wsi dlatego, że zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia placówki, jest przestępstwem i hańbą. Dwa tygodnie temu [radykałowie] spalili meczet — jest to sprzeczne z halachą i narusza nasze podstawowe wartości — dodaje.
„Nie odejdziemy”
Są jednak również tacy, którzy ideę pokojowego współistnienia uważają za naiwną, zwłaszcza po 7 października. „Walczyliśmy, walczymy i walczyć będziemy, aby bronić naszego prawa do przebywania na tej ziemi”. „Nie odejdziemy” — to dość powszechne stanowisko członków obozu prawicowego, przede wszystkim osadników i przedstawicieli religijnego ruchu syjonistycznego. Uważają oni, że wojna będzie trwała bardzo długo, jeśli nie wiecznie, ponieważ ani Żydzi, ani Palestyńczycy nie są gotowi zrezygnować ze swoich roszczeń do tej ziemi.
— Ziemia Izraela (Erec Israel, o której mowa w Torze) jest dziedzictwem narodu izraelskiego i nikt nie może zrzec się dziedzictwa. Nie mamy takiego prawa. Dlatego nie poddamy się i będziemy walczyć, bez względu na wszystko — mówi Nadaw Tzadok Jair.
Nadaw ma ciekawą biografię. Urodził się na Hawajach i nie miał żadnego związku z judaizmem, ale po przybyciu do Izraela zdał sobie sprawę z tego, że to jego miejsce. Przeszedł konwersję na judaizm i zbudował dom — w rzeczywistości placówkę w pobliżu osady Kfar Tapuach w Samarii. Dziś kontynuuje to, co zaczął wiele lat temu podczas służby w izraelskiej armii — szkolenie żołnierzy w hawajskiej sztuce walki Kapu Kuialua.
Od prawie 15 lat Nadaw mieszka sam ze swoim synem na wzgórzu zbudowanym własnymi rękami. Przed wejściem znajduje się miejsce treningowe dla wojowników. Wzgórze nadal nie ma nazwy. — Czekam, aż przyjdzie mi odpowiednia do głowy — mówi.

Nadaw Tzadok YairMarianna Bielenkaja / The Insider
W pobliżu znajduje się kilka innych wzgórz. Niektóre są domem dla kilku rodzin, inne dla nieco większej liczby osób. Budowa trwa od wielu lat. Prawie wszystkie te osady, podobnie jak dom Nadawa, były wielokrotnie niszczone przez armię, ale osadnicy za każdym razem powracali. Teraz już nikt ich nie powstrzymuje. Według Nadawa administracja Kfar Tapuach wyraziła milczącą zgodę na budowę na wzgórzach.
Nieco dalej znajdują się nowe osady zbudowane dosłownie pół roku temu przez Młodzież ze Wzgórz z Kfar Tapuach. Nadaw twierdzi, że gdyby nie przybyła ona na te wzgórza, palestyńskie wioski zaczęłyby się tam rozrastać. Na poparcie tych słów wskazuje na kamieniołom i koparki po drugiej stronie Kfar Tapuach, gdzie Palestyńczycy wycinają jedno ze wzgórz, aby zbudować drogę.
Nadaw oprowadził mnie po starszych placówkach. — Wszystko tutaj wygląda na nieco chaotyczne, niezbyt dobrze zorganizowane. Ale w porównaniu z innymi wzgórzami tutaj nadal panuje pewien porządek. Są wzgórza, na których mieszka tylko dwoje ludzi z owcami. Wychodzą oni ze stadem na pastwiska, a Arabowie ich atakują — mówi.
Nadaw ma swoje wyjaśnienie tego, dlaczego podczas zbiorów oliwek dochodzi do starć: — Jeśli przychodzą Arabowie, to po to, żeby robić kłopoty. Często towarzyszą im lewicowi aktywiści. Lewicowcy przyjeżdżają i popychają Arabów, żeby szli dalej, bliżej, żeby doszło do walk, żeby mieli materiał do reportaży — mówi..
Pomimo wszystkich nietypowych aspektów pochodzenia Nadawa jego światopogląd jest typowy dla mieszkańców placówek i gospodarstw na wzgórzach, a także dla tych osadników, którzy zdecydowali się zamieszkać poza „zieloną linią” z powodów ideologicznych — a nie tylko dlatego, że mieszkania tam są tańsze.
Tych ostatnich jest również całkiem sporo. Ruch osadniczy staje się coraz bardziej burżuazyjny — ci, którzy wyjeżdżają na wzgórza, aby budować gospodarstwa, wyróżniają się na tle pozostałych. — Zasługują na szacunek. Nie żądają prawie nic od państwa. Chcą po prostu żyć i trzymać się tej ziemi — wyjaśnia Nadaw.
„Pozostanie tutaj jest formą oporu”
Palestyńczycy również mówią o „trzymaniu się ziemi”. — Jesteśmy nieustannie stąd wypychani, życie tutaj jest trudne, mamy mniej praw niż wy. Kiedy przyjeżdżacie do Hebronu, nie możemy bez pozwolenia chodzić po większości ulic, zabierać ludzi do szpitala, kupować papierosów ani odwiedzać przyjaciół — mówi Muhanned. Jest lokalnym działaczem, z którym spotykają się zagraniczni dziennikarze i obrońcy praw człowieka, gdy organizacja pozarządowa Przełamać milczenie (Breaking the Silence) zabiera ich tutaj, aby zrozumieli, „jak działa okupacja” w Hebronie.
— Dlaczego pomimo wszystkich trudności decydujecie się tu zostać? — pytam Muhanneda.
— Pozostanie tutaj jest formą oporu. Podobnie jak Żydzi, tworzymy fakty na miejscu, więc nie wyjedziemy — odpowiada. Muhanned spotyka się z „grupami wycieczkowymi” w dwupiętrowym budynku, który stał się swego rodzaju siedzibą palestyńskiego ruchu Młodzież przeciwko osadom (Youth Against Settlements). Przez całą rozmowę nad nami krąży wojskowy dron. Według Muhanneda armia kilkakrotnie próbowała ich eksmitować z tego budynku, ale oni zawsze wracają.
Po ataku terrorystycznym przeprowadzonym przez Barucha Goldsteina dostęp do Groty Patriarchów został podzielony dla Żydów i muzułmanów. Obszar w pobliżu starego rynku opustoszał podczas drugiej intifady i obecnie przypomina miasto duchów. Wielu palestyńskich sklepikarzy i rodzin otrzymało oficjalne nakazy zamknięcia swoich sklepów lub opuściło je z własnej woli, ponieważ niemożliwe było prowadzenie działalności w warunkach ciągłych ograniczeń. Izrael podkreśla, że ograniczenia te zostały wprowadzone w odpowiedzi na częste ataki terrorystyczne w latach 90. i podczas intifady.
Kwestia wiary
— Wojsko i osadnicy potrafią wszystko wytłumaczyć bezpieczeństwem. Jakież tu jest bezpieczeństwo! Wszystkie arabskie domy stoją na wzgórzach, a izraelska dzielnica jest poniżej. Wszystko tutaj znajduje się w zasięgu ognia — mówi przedstawiciel organizacji Przełamać milczenie. I ma rację: w Hebronie, podobnie jak w wielu innych obszarach, nie chodzi o bezpieczeństwo, ale o chęć zachowania izraelskiej obecności w Erec Israel.
Pięć minut spacerem od miejsca spotkania z Muhannedem, po drugiej stronie drogi u podnóża wzgórza, leży izraelska dzielnica Hebronu. W 1929 r., podczas jednej z fal pogromów w mandatowej Palestynie [terytorium pod administracją Wielkiej Brytanii w latach 1920-1948], w Hebronie zabito ponad 60 Żydów, a reszta uciekła z miasta. Dwie trzecie ocalałych znalazło schronienie u arabskich rodzin lub na brytyjskich posterunkach policji. Żydzi mogli powrócić do miasta dopiero po wojnie sześciodniowej.
Nawet wtedy nie doszło tam od razu do osiedlenia, ponieważ władze izraelskie długo odmawiały wydania pozwolenia. Aby zmienić tę sytuację, wiosną 1968 r. rabin Mosze Lewinger wynajął hotel Hebron Park i zamieścił ogłoszenie w izraelskiej gazecie o świętowaniu tam Paschy. Armia wyraziła zgodę, ale po zakończeniu święta uczestnicy odmówili hotelu i rozpoczęli negocjacje z armią i rządem w sprawie powrotu izraelskiej społeczności do miasta.
Ostatecznie udzielono pozwolenia na budowę na wzgórzu sąsiadującym z Hebronem. W ten sposób powstała izraelska osada Kiryat Arba. Jednak marzenie o powrocie do samego Hebronu — gdzie znajdują się groby patriarchów Abrahama, Izaaka i Jakuba — pozostało wciąż żywe. Pewnej nocy w 1979 r. „grupa desantowa” składająca się z kilkudziesięciu dzieci i ich matek została wprowadzona do budynku Beit Hadassah, dawnego szpitala, a później kliniki w Hebronie, który został zbudowany ze środków izraelskich filantropów na początku XX w.
Grupą kierowała Miriam Levinger, żona rabina Levingera. Zakładano, że ówczesny premier Menachem Begin nie użyje siły wobec dzieci i kobiet. Chociaż założenie to okazało się słuszne, minęło kilka miesięcy, zanim mężczyznom pozwolono połączyć się z rodzinami, które zamieszkały w tym miejscu. Do tego czasu mogli przychodzić do murów Beit Hadassah tylko raz w tygodniu, aby modlić się i czekać na nadejście szabatu.

Grób Abrahama w HebronieMarianna Bielenkaja / The Insider
Obecnie jednym z najbardziej znanych mieszkańców miasta jest artysta zhmuel Musznik, były mieszkaniec Moskwy. Przybył do Izraela w 1970 r. w wieku 15 lat, najpierw mieszkając w Jerozolimie, a później w Kiryat Arba. Był jednym z mężczyzn, którzy brali udział w „przeniesieniu” kobiet do Beit Hadassah. — Gdzieś jest zdjęcie, na którym przekazuję dziecko przez mur — wspomina.
Później do murów Beit Hadassah przyprowadził swoją narzeczoną. Chciał przedstawić ją kobietom, które stały tam na straży. Gdy tylko stało się to możliwe, młoda rodzina również przeniosła się do Hebronu, osiedlając się w Beit Hadassah. Od ponad 40 lat Szmuel Musznik mieszka tam, w mieszkaniu izraelskiego farmaceuty, który wraz z rodziną został zabity podczas pogromu w 1929 r.
Musznika czuje misję sprowadzenia Żydów z powrotem do domu — do Erec Israel, o którym marzyła jego rodzina, starając się przez lata uzyskać pozwolenie na opuszczenie Związku Radzieckiego. — Co nas motywowało, kiedy planowaliśmy operację z udziałem kobiet i dzieci? Wiara i zrozumienie tego, co trzeba było zrobić, co należało zrobić — mówi. To właśnie wiara sprawia, że nadal tu jest.
Rozmowy z mieszkańcami prowadzą do jednego wniosku: ani Żydzi, ani Palestyńczycy nie opuszczą tej ziemi. A nawet gdyby tak się stało, obie strony zawsze będą dążyć do powrotu. Dlatego Izraelczycy muszą „budować mosty” nie tylko z Palestyńczykami, ale także między sobą.