Ostatniej nocy w telewizji Fox News pojawił się Stephen Miller, zastępca szefa kancelarii prezydenta USA. Realnie — jeśli chodzi o wpływ na decyzje podejmowane przez Trumpa — to człowiek numer dwa lub trzy w USA. Miller mówi to, co myśli Trump, a Trump mówi to, co wcześniej podsunął mu Miller.
Wikimedia Commons
Stephen Miller
Miller od kilku tygodni bardzo lubi wypowiadać się na temat Grenlandii, jego żona nawet zapowiedziała już w serwisie X, że wyspa stanie się częścią USA wywołując w ten sposób niezły dyplomatyczny skandal.
Ostatniej nocy w telewizji Miller wytłumaczył swoją teorię relacji międzynarodowych, którą opisałem na początku tego tekstu. Według niego prawo do jakiegokolwiek terytorium przysługuje więc jedynie tym państwom, które są w stanie to terytorium obronić:
Grenlandia jest o 25 proc. większa od Alaski. Grenlandia zajmuje powierzchnię równą jednej czwartej kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych. Jeśli chodzi o Danię, to jest to mały kraj o niewielkiej gospodarce i niewielkich siłach zbrojnych. Nie jest w stanie bronić Grenlandii. Nie jest w stanie kontrolować terytorium Grenlandii. Zgodnie z każdym rozumieniem prawa, które istnieje od 500 lat w zakresie kontroli terytorialnej, aby kontrolować terytorium, musisz być w stanie je bronić, ulepszać i zamieszkiwać. Dania nie spełniła żadnego z tych warunków.
Ta wypowiedź zatyka dech w piersiach. Gdyby te same zdania wygłosił przedstawiciel Kremla, oskarżylibyśmy go o brutalny imperializm w najgorszym sowieckim stylu. Pisałem niedawno o śmierci prawa międzynarodowego — wypowiedź Millera potwierdza, że nowy porządek świata według Donalda Trumpa oznacza, że między państwami liczy się tylko naga siła, a jeśli ktoś tego nie rozumie, przyjaciel czy wróg, zostanie przez silniejszych zmieciony z powierzchni ziemi.
Miller tą jedną wypowiedzią przekreśla cały porządek świata wypracowany po II wojnie światowej. Opierał się on bowiem na bardzo prostej zasadzie — konfliktów i sporów między państwami nie należy rozstrzygać przy użyciu siły. Po to było prawo międzynarodowe, po to były międzynarodowe trybunały i sądy, po to były międzynarodowe organizacje w rodzaju Narodów Zjednoczonych czy Światowej Organizacji Handlu.
Jasne, te organizacje i w ogóle całe prawo międzynarodowe działało czasem lepiej, czasem gorzej, a czasem nie działało w ogóle, ale demokratyczna część świata zgadzała się, że to dobry kierunek i trzeba w tę stronę podążać. Donald Trump to wszystko przekreśla — jego zdaniem świat należy do najsilniejszych. Warto pamiętać, że zdaniem Trumpa najsilniejsza jest oczywiście Ameryka, ale tuż za nią są Rosja i Chiny. Nie, w gronie najsilniejszych nie ma ani Polski, ani w ogóle Europy. To dlatego Trump i jego ludzie tak usilnie próbując zniszczyć Unię Europejską — bo tylko zjednoczona Europa ma szansę usiąść przy stole decyzyjnym w Znowu Wielkim Świecie.
Popatrzmy na warunki, jakie zdaniem Miller musi spełnić każde państwo świata, by mieć prawo zajmować jakiekolwiek terytorium.
Po pierwsze, musi je zamieszkiwać.
Na miejscu Millera nie stawiałbym takiego warunku. Olbrzymia część USA nie jest zamieszkana przez nikogo — wie o tym każdy, kto przejechał się np. przez pustkowia Nevady (w tym stanie 95 proc. mieszkańców żyje w i wokół Las Vegas). Do USA należy też w sumie 18 tys. wysp i na zdecydowanej większości z nich — ok. 65-70 proc. — nie ma żywej duszy.
Przykładem takiego niezamieszkanego kawałka USA jest Baker, wyspa położona w połowie drogi między Hawajami i Australią. Czy zdaniem Millera Stany Zjednoczone nie zasługują na to, by być właścicielem tej wyspy?
Wikimedia Commons
Baker — wyspa na Pacyfiku
Po drugie, musi je ulepszać.
To ciekawy warunek, bo niemożliwy do obiektywnej weryfikacji. Czy poziom życia Grenlandczyków jest dziś wyższy niż np. 20 lat temu? Jest, bo wyspa ma wreszcie własny uniwersytet i nowe lotnisko, a w stolicy Nuuk powstają nowe budynki i nowe drogi. Czy poziom życia Grenlandczyków jest wyższy niż poziom życia przeciętnego Duńczyka? Z pewnością nie, podczas mojej wizyty niecały rok temu na Grenlandii (patrz reportaż poniżej) byłem zaskoczony brakiem wielu udogodnień, którymi cieszą się mieszkańcy kontynentalnej części Danii. Ale znam też wiele społeczności w USA, np. na głębokim Południu lub w niektórych rezerwatach rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej (czyli ludzi, którzy wobec USA są dokładnie w takim samym położeniu, jak Innuici wobec Danii), gdzie poziom życia jest zdecydowanie niższy niż w Nuuk.
Oczywiście jest możliwe, że stawiając ten warunek Miller zakłada, że to on i Biały Dom są owymi obiektywnymi weryfikatorami i wtedy wszyscy mamy przerąbane.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Poznaj kontekst z AI
- Jakie warunki musi spełniać państwo, aby mieć prawo do terytorium?
- Co sądzi Miller o Grenlandii?
- Jakie konsekwencje dla Europy może mieć polityka Trumpa?
- Czy Trump zagraża sojuszowi NATO?
Po trzecie i najważniejsze, musi je móc obronić.
Jeden z wielkich poprzedników Trumpa, trzeci prezydent USA Thomas Jefferson napisał w XVII w.:
Drzewo wolności musi być od czasu do czasu odświeżane krwią patriotów i tyranów.
To brutalny cytat, bo Jefferson chciał wstrząsnąć Amerykanami i przygotować ich na to, że w obronie swej nowej ojczyzny muszą być zawsze gotowi na najwyższe poświęcenie. Jefferson uważał, że obywatele muszą być przygotowani do obrony swojego kraju przed zagrożeniem zewnętrznym („patrioci”) i wewnętrznym („tyrani”).
Jefferson miał oczywiście rację — państwa mają prawo tylko do tego terytorium, w którego obronie ich obywatele są gotowi stanąć. Ukraińcy praktycznie bez walki poddali w 2014 r. Krym i był to olbrzymi błąd (inna sprawa, że ukraińskie państwo w 2014 r. i 2022 r. to dwa zupełnie różne państwa).
Ale od roku wiemy, że Donalda Trumpa i jego ludzi trzeba słuchać bardzo uważnie. Mówią, to co myślą, i robią to, co mówią. Miller nie mówi więc o gotowości do obrony jako warunku prawa do własności terytorium, lecz o zdolności do obrony tego terytorium. To dwie odmienne rzeczy, które odróżniają porządek świata oparty na prawie od tego opartego na prawie silnych do wszystkiego. To różnica pomiędzy moim prawem do zajęcia mieszkania obok, bo je kupiłem, od mojego prawa do zajęcia go, bo jego obecny właściciel jest stary i słaby.
Jeśli mielibyśmy żyć w świecie wymyślonym przez Millera, oznaczałoby to, Rosjanie mają prawo do Donbasu i Krymu, a Niemcy mieli prawo do zajęcia Polski w 1939 r. — bo w obu przypadkach zaatakowane kraje nie miały zdolności obronnych. Taki świat to oczywiście też szansa dla Polski — jedna nasza 6. Brygada Powietrznodesantowa zrzucona na Maltę da radę zająć ten kraj, bo zdolności obronne tego kraju to 1,5 tys. żołnierzy (najmniejsza armia w Europie), a 6. Brygada to 3 tys. ludzi. Mielibyśmy nawet łatwiej niż Amerykanie z Grenlandią, bo Malta nie należy do NATO.
Jak większość analityków uważam w tej chwili, że prawdopodobieństwo ataku USA na Danię jest bardzo, bardzo niskie, ale nie niemożliwe. I im gorsze będą notowania Trumpa w USA, tym to prawdopodobieństwo będzie rosło. Dla całej Europy oznacza to konieczność przemyślenia już teraz wszystkiego, co uważaliśmy za pewnik w europejskim systemie bezpieczeństwa. Co bowiem zrobimy, jeśli na Grenlandii padną strzały? Po czyjej stronie staniemy, czy może będziemy udawać neutralnych, albo prezydent Nawrocki poprze Amerykanów, a premier Tusk Duńczyków?
I co zrobimy, jeśli Trump, Putin i Xi podzielą między siebie świat, a Trump za członkostwo w jego klubie zażąda od mniejszych krajów uznania się za wasali USA? Niemożliwe? To już się dzieje np. w kwestii praw amerykańskich big-techów do robienia w Europie wszystkiego, co im się podoba. Kto dziś jest w stanie przewidzieć, jakie warunki łaskawości prezydenta postawi Miller w następnym wywiadzie?
PS. Dania zdecydowanie poparła Amerykanów po atakach 11 września i wysłała swoich żołnierzy i do Afganistanu, i potem do Iraku, by wesprzeć amerykańskie interwencje. Na obu tych misjach zginęło w sumie 50 żołnierzy duńskich. To były proporcjonalnie do wielkości sił zbrojnych jedne z najwyższych wskaźników strat wśród wojsk sojuszniczych. Zachowując te same propozycje, musiałoby zginąć na obu misjach 300 żołnierzy polskich (w rzeczywistości zginęło ich 65). Jak widać ta danina duńskiej krwi ćwierć wieku po atakach 11 września nie robi już na nikim w Białym Domu wrażenia. Przyjaźń Trumpa nie zależy od ilości przelanej wspólnie krwi, co w kontekście sojuszu NATO powinno nas bardzo martwić.