Ziobro ucieka przed prokuraturą, która ściga go za aferę w Funduszu Sprawiedliwości — wydanie ok. 150 mln zł z pieniędzy przeznaczonych dla ofiar przestępstw na partyjne i wyborcze cele. Jeszcze w listopadzie Ziobro zarzekał się, że choć przebywa na Węgrzech, to nie wystąpił tam o azyl, tak jak wcześniej zrobił jego dawny wiceminister Marcin Romanowski. „Nie złożyłem wniosku o azyl polityczny na Węgrzech. Nie jestem tutaj dlatego, że celowo wyjechałem z Polski. Od wielu tygodni była planowana konferencja o praworządności Unii Europejskiej i byłem jednym z gości. Powinienem wrócić do Polski, ale dowiedziałem się, że szykuje się prowokacja, która ma uniemożliwić mi ustosunkowanie się do zarzutów. Miałem być zatrzymany na podstawie pomówienia i doprowadzony w kajdankach do Sejmu. Zadałem sobie pytanie, czy to jest możliwe. Zadzwoniłem do kilku kolegów prokuratorów. Każdy z nich po chwili zastanowienia powiedział, że w tych warunkach to jest możliwe” — twierdził.

Autorzy słuchowiska politycznego „Stan Wyjątkowy” Andrzej Stankiewicz i Dominika Długosz udowadniają, że to legenda na użytek antyrządowego elektoratu. W momencie, gdy Ziobro wypowiadał te słowa, Sejm nie uchylił mu jeszcze immunitetu, a zatem zatrzymanie go nie było możliwe — chyba że zostałby złapany na gorącym uczynku, czyli w momencie popełnienia przestępstwa. Taka wersja pokazywała, że Ziobro będzie lansował teorię, wedle której grozi mu w Polsce skrajne niebezpieczeństwo ze strony rozkoszujących się zemstą premiera Donalda Tuska (którym prokuratura za czasów Ziobry intensywnie się zajmowała) oraz ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka (który był najbardziej szykanowanym przez Ziobrę sędzią). W tym sensie wniosek o azyl jest całkowicie logiczny i gdy Ziobro zaprzeczał, to już na pewno zdecydował, że o niego wystąpi. Nie przypadkiem pod koniec października spotkał się w Budapeszcie z Orbanem. Nie jesteśmy na tyle naiwni, by uwierzyć, że nie rozmawiali o azylu.

Zbigniew Ziobro na Węgrzech

Zbigniew Ziobro na WęgrzechFakt/materiały redakcyjne / Fakt

Tym bardziej że Ziobro w tej sprawie realizował bardzo misterny plan. Otóż zakładał, że 22 grudnia polski sąd go aresztuje. Więc w jego dokumentach azylowych wpisany jest dokładnie 22 grudnia. Co więcej — w tym właśnie dniu węgierskie władze specjalnie zmieniły przepisy pod Ziobrę oraz jego żonę Patrycję Kotecką, która także dostała azyl.

Zbigniew Ziobro i Patrycja Kotecka na ślubie Jacka Kurskiego, 18 lipca 2020 r.

Zbigniew Ziobro i Patrycja Kotecka na ślubie Jacka Kurskiego, 18 lipca 2020 r.Art Service / PAP

Zgodnie z nowym prawem sędzia nie może przychylać się do wniosku Europejskiego Nakazu Aresztowania, jeśli osoba, której wniosek dotyczy, ma status uchodźcy.

Plan legł w gruzach, bo sąd przełożył grudniową rozprawę, żądając od prokuratury dodatkowych dowodów.

Ale nawet gdyby na kolejnym posiedzeniu — zaplanowanym na 5 lutego — sąd zdecydował, że Ziobrę należy zapuszkować i wystawiony został za nim ENA, to Węgrzy i tak go nie wydadzą, bo zasłonią się nowym prawem.

Zbigniew Ziobro na Węgrzech

Zbigniew Ziobro na WęgrzechFakt/materiały redakcyjne / Fakt

Ziobro okazał się miękiszonem, a nie szeryfem. Sondaże są jednoznaczne

Upadek Ziobry ma jednak konkretny skutek polityczny — oznacza kłopoty dla PiS. Chodzi nawet nie o to, że Ziobro kłamał — wystąpił o azyl, mimo że wcześniej twierdził, że tego nie zrobi. Najważniejsze jest to, że okazał się miękiszonem, a nie szeryfem. Boi się śledczych narzędzi, które sam wobec innych z pasją i rozkoszą stosował. To polityczny koniec Ziobry, już nigdy nie odegra decydującej roli w walkę o rząd dusz na prawicy.

Pracownia SW Research zapytała Polaków, czy ich zdaniem pobyt Zbigniewa Ziobry na Węgrzech jest obciążeniem wizerunkowym dla PiS. „Tak” odpowiedziała ponad połowa (55,7 proc.) ankietowanych. Odmienne zdanie ma zaledwie co piąty (18,5 proc.).

W PiS coraz więcej polityków mówi, że ucieczka to problem. Ryszard Terlecki, po utracie władzy wyjątkowo szczery, przyznał wprost: to, co zrobił Ziobro, szkodzi PiS.

Morawiecki — który także ma problemy prokuratorskie — zarzeka się, że nigdy z Polski nie wyjedzie. Podobną deklarację złożył Karol Nawrocki.

Mateusz Morawiecki i Zbigniew Ziobro, 10 września 2019 r.

Mateusz Morawiecki i Zbigniew Ziobro, 10 września 2019 r.Radek Pietruszka / PAP

Kaczyński: jeżeli Polska chce utrzymać podstawy bezpieczeństwa, to nowy rząd nie może być rządem z udziałem pana Brauna

Na wątpliwościach elektoratu PiS w sprawie Ziobry nie zyska Tusk. Zyska ta prawica, która jeszcze nie rządziła i której nie można — jak Ziobrze — zarzucić przekrętów.

Donald Tusk i minister sprawiedliwości, prokurator generalny Waldemar Żurek przed rozpoczęciem posiedzenia rządu, 30 grudnia 2025 r.

Donald Tusk i minister sprawiedliwości, prokurator generalny Waldemar Żurek przed rozpoczęciem posiedzenia rządu, 30 grudnia 2025 r.Radek Pietruszka / PAP

Wewnętrzne badania PiS, ale także PSL pokazują, że partia Kaczyńskiego systematycznie traci na rzecz Brauna. Ucieczka Ziobry — słyszymy w PiS — może być dla elektoratu kolejnym powodem, by przerzucić głosy na „Grigorija”. Braun nie ucieka, nie chowa się, nie szuka azylu. Ma uchylany immunitet, słyszy zarzuty i regularnie stawia się w sądach. Działa jawnie, bez uników, z podniesioną głową. Dla skrajnie prawicowego elektoratu to różnica zasadnicza.

Kaczyński lekceważy Brauna. Uważa, że to chwilowa anomalia i do wyborów jego poparcie stopnieje. „Jeżeli Polska chce utrzymać podstawy bezpieczeństwa, to nowy rząd nie może być rządem z udziałem pana Brauna” — oświadczył Kaczyński, co jest sugestią, że wejście Brauna do rządu spotka się z ostrą reakcją Ameryki. „On przekroczył te granice, które są nieprzekraczalne dla polityków w naszej sferze cywilizacyjnej. Mam nadzieję, że Konfederacja Korony Polskiej nie znajdzie się w parlamencie, bo nie przekroczą progu wyborczego. Ta formacja powinna pozostać na marginesie. Jest mnóstwo przesłanek, żeby powiedzieć: tu jest granica. Nie będziemy przekraczać tej granicy”.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Takie oświadczenie Kaczyńskiego wywołało w partii spore zamieszanie. Nie było jednego, wspólnego stanowiska — bo też PiS jest podzielony m.in. właśnie wokół stosunku do Brauna. „Harcerze” Morawieckiego nie chcą słyszeć o koalicji z Koroną Brauna. „Maślarze” Czarnka, Bocheńskiego, Jakiego i Sasina są zwolennikami radykalizacji PiS, by walczyć o elektorat Brauna — a jeśli nie uda się go odbić, to nie będą zbyt pryncypialni w sprawie koalicji. „Jeśli wyborcy zdecydują, że partia Grzegorza Brauna znajdzie się w parlamencie i okaże się, że bez tej partii nie da się zrobić większości, to pewnie wtedy trzeba będzie poważnie się nad tym zastanowić” — oświadczył w połowie grudnia Jacek Sasin, dodając, że „woli Grzegorza Brauna niż Donalda Tuska”. To był przytyk do Morawieckiego, który oznajmił wcześniej, że co prawda trudno mu sobie wyobrazić wspólny rząd PiS i Tuska, ale zastrzegł jednocześnie: „Wyobrażam sobie rząd jedności narodowej. Mogłoby to nastąpić w obliczu militarnego zagrożenia bezpieczeństwa Polski z zewnątrz”.

Dla Kaczyńskiego najgroźniejsza byłaby tzw. mijanka, czyli sytuacja, w której Konfederacja i Braun razem zdobywają więcej głosów niż PiS

Część działaczy, zwłaszcza tych bardziej pragmatycznych, uważa, że Kaczyński wciąż nie przyjął do wiadomości jednego: że na prawo od PiS pojawiła się realna i trwała konkurencja. Konkurencja, której nie da się już zignorować ani zepchnąć pod próg wyborczy — jak wcześniej Samoobronę, Ligę Polskich Rodzin, Porozumienie Gowina czy Solidarną/Suwerenną Polskę Ziobry.

Jarosław Kaczyński i Jarosław Gowin podczas oświadczenia dla mediów dot. podpisania umowy koalicyjnej Zjednoczonej Prawicy, 26 września 2020 r.

Jarosław Kaczyński i Jarosław Gowin podczas oświadczenia dla mediów dot. podpisania umowy koalicyjnej Zjednoczonej Prawicy, 26 września 2020 r.Radek Pietruszka / PAP

Zdaniem pragmatyków Kaczyński, jako wciąż najmocniejszy gracz na prawicy, powinien działać inaczej. Zamiast palić mosty — uważają — powinien utrzymywać kontakty zarówno z Koroną, jak i z Konfederacją. Nie po to, by się z nimi bratać, ale by nimi grać. By rozgrywać Brauna przeciwko Mentzenowi i Mentzena przeciwko Braunowi. To tym łatwiejsze, że panowie od dawna są ze sobą na wojennej ścieżce. Wszak ich konflikt doprowadził do odejścia Brauna z Konfederacji.

Problem w tym, że Kaczyński atakuje dziś obu naraz. A to — jak ostrzegają pragmatycy — może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Jeśli Kaczyński obsadzi się w roli wspólnego wroga Mentzena i Brauna, to ryzykuje, że odłożą oni dawne urazy i razem ruszą do walki z PiS. Najpierw w kampanii, a po wyborach — przy stole negocjacyjnym, dyktując Kaczyńskiemu trudnej warunki współpracy.

Grzegorz Braun, Krzysztof Bosak i Sławomir Mentzen podczas konsultacji ws. nowego rządu w Pałacu Prezydenckim, 25 października 2023 r.

Grzegorz Braun, Krzysztof Bosak i Sławomir Mentzen podczas konsultacji ws. nowego rządu w Pałacu Prezydenckim, 25 października 2023 r.Tomasz Jastrzebowski/REPORTER / East News

Dla prezesa PiS najgroźniejsza byłaby tzw. mijanka, czyli sytuacja, w której Konfederacja i środowisko Brauna razem zdobywają więcej głosów w wyborach niż PiS. Jeszcze niedawno brzmiało to jak political fiction. Dziś sondaże pokazują, że nie można tego wykluczyć. Mijanka to byłby wręcz kopernikański przewrót na prawicy — układ sił zmieniłby się zasadniczo. Osłabiony prezes musiałby tworzyć koalicję z bardzo trudnymi partnerami, nad którymi nie miałby arytmetycznej przewagi. Mówiąc wprost: to byłby początek politycznego końca Kaczyńskiego. Wiemy, wiemy. Koniec prezesowi wieszczyło wielu i owe wróżby trwają co najmniej od dwóch dekad. Ale tym razem naprawdę jest inaczej — dowodem na to wojna „maślarzy” z „harcerzami”. Na pozór to walka o wpływ na przyszły rząd i obsadę stanowiska premiera. Ale tak naprawdę to wojna o sukcesję, której Kaczyński — mimo prób — nie jest już w stanie zatrzymać, właśnie dlatego, że dziś sytuacja dla niego jest znacznie bardziej niekorzystna niż przez ostatnie dwie dekady. A niekorzystna jest dlatego, że ma nawet nie jedną, a aż dwie konkurencyjne partie na prawicy, które wysysają wyborców.

Prezes wciąż wierzy jednak w możliwość rozbicia Konfederacji od środka

Kaczyński zatrzymał się w miejscu. On, który był często politycznym wizjonerem, nadal patrzy na sytuację PiS, używając starych schematów. Zakłada, że po wyborach znów będzie rozdawał karty. Że wystarczy przeciągnąć kilkunastu posłów z innych ugrupowań, złożyć minimalną większość i — mając po swojej stronie prezydenta — spokojnie wrócić do rządzenia. To myślenie z czasów, gdy PiS było naturalnym środkiem ciężkości dla całej prawicy.

Jarosław Kaczyński, Andrzej Lepper i Roman Giertych podczas konferencji prasowej po podpisaniu aneksu do umowy koalicyjnej, 29 czerwca 2007 r.

Jarosław Kaczyński, Andrzej Lepper i Roman Giertych podczas konferencji prasowej po podpisaniu aneksu do umowy koalicyjnej, 29 czerwca 2007 r.Radek Pietruszka / PAP

Najbardziej prezes wierzy jednak w możliwość rozbicia Konfederacji od środka. Kluczem do tego planu mają być narodowcy i ich lider Krzysztof Bosak. To z nim Kaczyński od dawna utrzymuje kanały kontaktu, to jego publicznie chwali i traktuje jak przyszłego partnera. W istocie tylko odsłania w ten sposób własne zamiary — pokazuje, że widzi w Bosaku narzędzie do rozmontowania całej formacji.

Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak na sali obrad Sejmu

Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak na sali obrad SejmuPiotr Nowak / PAP

Tyle że Mentzen nie jest politycznym amatorem. Doskonale rozumie, co się dzieje i już reaguje. W okręgach wyborczych promuje własnych ludzi, buduje zaplecze i ustawia listy tak, by po wyborach frakcja Bosaka była w klubie Konfederacji, jak najsłabsza. Chodzi o jedno: żeby narodowcy nie mieli siły ani do buntu, ani do samodzielnych negocjacji z PiS.

Walka o Polskę 2050 jest walką o to, czy koalicja będzie miała większość

Prawicowe przymiarki do rządzenia za dwa lata są możliwe dlatego, że kryzys przeżywa Polska 2050. To partia Szymona Hołowni wraz z PSL stworzyła Trzecią Drogę i dzięki dobremu wynikowi zapewnili większość koalicji anty-PiS. Gdyby do wyborów doszło teraz, to obecna koalicja nie miałaby większości — właśnie przez kryzys w partii Hołowni.

Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz na sali plenarnej Sejmu w Warszawie, 8 lipca 2025 r.

Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz na sali plenarnej Sejmu w Warszawie, 8 lipca 2025 r.Radek Pietruszka / PAP

Polska 2050 nie ma żadnych szans samodzielnie wejść do Sejmu za 2 lata, a Hołownia przegrał przez ostatni rok wszystko, co było do przegrania: klęska w wyborach prezydenckich, utrata fotela marszałka Sejmu, przegrana w starania o nominację na Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców.

Donald Tusk i Szymon Hołownia na sali plenarnej Sejmu, 17 października 2025 r.

Donald Tusk i Szymon Hołownia na sali plenarnej Sejmu, 17 października 2025 r.Radek Pietruszka / PAP

Wydawało się, że obrazu klęski dopełni utrata fotela szefa swej własnej partii, bo Hołownia zrezygnował ze startu w wyborach wewnętrznych.

Wydawało się — do nocy z poniedziałku na wtorek. Właśnie wówczas nagle unieważniona została druga tura wyborów, w której konkurowały: wspierana przez Hołownię ministra funduszy europejskich Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz oraz ministra środowiska Paulina Hennig-Kloska, kandydatka partyjnej opozycji.

Walka o Polskę 2050 jest walką o to, czy koalicja będzie miała większość. Nie chodzi bowiem o to, czy partią pokieruje Hennig-Kloska czy Pełczyńska-Nałęcz. Chodzi o to kierunek polityczny. Hennig-Kloska to kierunek na włączenie Polski 2050 do Koalicji Obywatelskiej, zaś Pełczyńska-Nałęcz to konfrontacja z Tuskiem.

W pierwszej turze wyniki wyglądały następująco: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz — 277, Paulina Hennig-Kloska — 131, Joanna Mucha — 119, Ryszard Petru — 95, Rafał Kasprzyk — 34.

Joanna Mucha i Ryszard Petru na posiedzeniu Klubu Parlamentarnego Polska 2050, 25 października 2023 r.

Joanna Mucha i Ryszard Petru na posiedzeniu Klubu Parlamentarnego Polska 2050, 25 października 2023 r.Rafał Guz / PAP

A zatem Pełczyńska-Nałęcz wygrała pierwszą turę, ale nie była faworytką do wygranej, bo Hennig-Kloska dostała przed drugą turą poparcie od pozostałych kandydatów, w tym Muchy i Petru. Patrząc na arytmetykę pierwszej tury — to dawało ministrze środowiska realne szanse na zwycięstwo. W kampanii obie ministry na prawo i lewo rozdawały stanowiska partyjnym działaczom, kupując sobie poparcie. Pełczyńska-Nałęcz zatrudniała działaczy Polski 2050 w Krajowym Zasobie Nieruchomości i Społecznych Inicjatywach Mieszkaniowych, zaś Hennig-Kloska w funduszach ochrony środowiska. To całkowicie wbrew programowi partii, który zakładał odpolitycznienie spółek skarbu państwa.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska przed posiedzeniem rządu, 13 stycznia 2026 r.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska przed posiedzeniem rządu, 13 stycznia 2026 r.Radek Pietruszka / PAP

Hołownia chce wrócić. Uważa, że to Tusk rozbił mu partię

Oficjalna wersja przerwania wyborów jest taka, że zawiódł system informatyczny. Zdaniem Hołowni doszło do włamania, ale firma zarządzająca systemem zaprzecza, że miały miejsce nieprawidłowości. Po przerwaniu głosowania ze stanowiska zrezygnował szef partyjnej komisji wyborczej.

To podsyca plotki, że prawdziwą przyczyną przerwania wyborów było to, że Pełczyńska-Nałęcz przegrywała. Tak podejrzewają stronnicy Hennig-Kloski. Tak się składa, że w narzędziu informatycznym, z którego korzystała Polska 2050, wyniki można było śledzić w czasie rzeczywistym.

Lećmy dalej tym spiskiem. Otóż nasi informatorzy od początku przekonywali, że przerwanie wyborów miało służyć temu, żeby na scenę wrócił Hołownia. Już po zamknięciu listy kandydatów przed pierwszą turą narzekał, że zrobił błąd, rezygnując z kandydowania i miał pretensje do tych, którzy go do tego namówili.

Zaraz po przerwaniu głosowania Hołownia wysłał list do działaczy. Na miękko sugerował w nim swój powrót.

„Uważam, że narzędzie głosowania zdalnego zostało skompromitowane, i nie powinniśmy ograniczyć się wyłącznie do wyznaczenia nowej daty wyborów. Uważam, że po pierwsze powinniśmy podjąć uchwałę o odłożeniu wyborów o np. dwa tygodnie. W ciągu kilku dni mieć trzy opinie, czy w tej sytuacji należy powtarzać całe wybory, czy tylko drugą turę i RK [Rada Krajowa] powinna podjąć uchwałę w tej sprawie. Jeśli całe wybory — tydzień »kampanii« i głosowanie”.

Pan Szymon chce unieważnić głosowanie na przewodniczącego partii i zrobić nowe wybory, tak aby pozostać liderem Polski 2050. Szkopuł w tym, że duża część partii już go nie chce.

Widać to było podczas piątkowych obrad Rady Krajowej. Gdy okazało się, że większość działaczy chce po prostu powtórzenia drugiej tury — co zamyka Hołowni możliwość powrotu — znów doszło do awantury. Hołownia przerwał obrady i się wylogował. Nasi rozmówcy w partii nie mają wątpliwości, że zrobi wszystko, aby unieważnić wybory i na nowo zająć fotel lidera. Wtedy dokona czystki — pozbędzie się tych, którzy stawiali na Hennig-Kloskę i sojusz z KO. Na pierwszym miejscu jest Petru, na drugim latami najbliższy człowiek Hołowni — europoseł Michał Kobosko.

Szymon Hołownia i Michał Kobosko w sztabie wyborczym KKW Trzecia Droga Polska 2050 Szymona Hołowni — Polskie Stronnictwo Ludowe, 9 czerwca 2024 r.

Szymon Hołownia i Michał Kobosko w sztabie wyborczym KKW Trzecia Droga Polska 2050 Szymona Hołowni — Polskie Stronnictwo Ludowe, 9 czerwca 2024 r.Paweł Supernak / PAP

Wszystko to oznacza konfrontację z Tuskiem jeszcze silniejszą niż w przypadku zwycięstwa Pełczyńskiej-Nałęcz. „To, że próbują nas zniszczyć sojusznicy, a nie przeciwnicy, nie oznacza przecież jeszcze, że mają rację. I że — skoro niszczą nas »przyjaciele« — my sami powinniśmy zacząć niszczyć sami siebie”. Czyli wina Tuska.

Wewnętrzna kampania podzieliła Polskę 2050. Przyznał to sam Hołownia, pisząc do działaczy na partyjnym czacie: „Nie stać nas na ciągnięcie tej tragifarsy w nieskończoność”.

Ciąg dalszy w poniedziałek.