BLICK: Panie Bolton, na początku tygodnia Donald Trump powiedział demonstrantom w Iranie: „Pomoc jest w drodze!” Podobno przez pewien czas poważnie rozważał militarny atak na reżim w Teheranie. Ostatecznie jednak do uderzenia nie doszło, a protesty w Iranie w dużej mierze przycichły. Czy Trump przegapił historyczną szansę na obalenie mułłów?

John Bolton: Tak, bardzo możliwe, że straciliśmy okazję. To były najsilniejsze demonstracje od czasu rewolucji islamskiej w 1979 r. A mułłowie jeszcze nigdy nie byli tak osłabieni.

Jest cały szereg czynników, które wywierają presję na reżim. Ostatnie protesty miały co prawda silne podłoże ekonomiczne — ale nie tylko. Od śmierci Mahsy Amini [22-letniej Kurdyjki, która została zatrzymana przez „policję moralności” za rzekomo „nieprawidłowe” noszenie hidżabu, a wkrótce potem zmarła w areszcie — według rodziny i świadków na skutek pobicia] we wrześniu 2022 r. gniew wielu kobiet wobec narzucanych zasad ubioru wcale nie osłabł. I nie chodzi tu po prostu o strój. Kobiety fundamentalnie odrzucają zasady noszenia hidżabu narzucane przez ajatollahów. Nie chcą państwa wyznaniowego. Poza tym wielu młodych ludzi jest głęboko sfrustrowanych — widzą, że inne życie byłoby możliwe.

USA przerzucają teraz lotniskowiec Abraham Lincoln na Bliski Wschód. Czy Donald Trump mimo wszystko zaatakuje?

Jeszcze trzy–cztery dni potrwa, zanim lotniskowiec dotrze do regionu. Do tego czasu uważam amerykański atak za mało prawdopodobny. Co stanie się później — tego nie da się przesądzić.

W jaki sposób Trump mógłby doprowadzić do upadku mułłów?

Pojedynczy nalot nie wystarczy. Ale każde uderzenie militarne przyspiesza nieunikniony rozpad reżimu. Nie wolno nam lekceważyć tego, jak fatalna jest sytuacja w Iranie. Elity rządzące są podzielone. Regularna armia nie jest w pełni zsynchronizowana z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Nawet wewnątrz Strażników Rewolucji widać pęknięcia. Do tego dochodzi nierozstrzygnięta kwestia sukcesji po Najwyższym Przywódcy, ajatollahu Chameneim. A sytuacja gospodarcza jest po prostu katastrofalna.

Protest w stolicy Iranu - w TeheranieAnonymous / Getty Images

Protest w stolicy Iranu – w Teheranie

Może pan podać konkretny przykład?

Weźmy plan ajatollaha Chameneiego, by uczynić Iran samowystarczalnym pod względem żywności. Jego wieloletnia polityka nawadniania doprowadziła do wyczerpania zasobów wód gruntowych. Zbiorniki wodne wokół Teheranu są puste. Pojawiały się nawet poważne rozmowy o przeniesieniu stolicy. To tylko jeden z przykładów pokazujących, jak przytłaczająca jest sytuacja ekonomiczna kraju.

Historia uczy, że reżimy obalane z zewnątrz często pozostawiają próżnię władzy, a potem przychodzą chaos i wojna domowa. Czy w Iranie nie grozi to samo?

Każda rewolucja niesie ryzyko. Ale proszę spojrzeć na rewolucję amerykańską: nie doprowadziła do chaosu ani do upadku porządku prawnego, tylko do powstania Stanów Zjednoczonych. Wiele innych państw też przeszło udane zmiany reżimu. Oczywiście nie ma gwarancji, ale w przypadku obecnego systemu w Iranie trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być jeszcze gorzej.

Grenlandia i arktyczna obsesja Trumpa

Poza Bliskim Wschodem Trump coraz częściej spogląda na Arktykę — na Grenlandię. Dlaczego jest tak zafiksowany na punkcie tej wyspy?

To sięga jego pierwszej kadencji. Wtedy pewien amerykański biznesmen zaproponował mu, żeby kupić Grenlandię. Krótko po tym spotkaniu Trump wezwał mnie do Gabinetu Owalnego i powiedział: „Spójrz na to.” Zleciłem Radzie Bezpieczeństwa Narodowego analizę i natrafiliśmy na porozumienie obronne z 1951 roku między USA a Danią. Ten układ pozwala Stanom Zjednoczonym zwiększać obecność militarną na Grenlandii. To wydało mi się właściwym kierunkiem.

I co było dalej?

Chcieliśmy rozpocząć rozmowy z duńską premier — ale wtedy wszystko wyciekło do mediów. Dziennikarka w Danii zapytała premier, co sądzi o sprzedaży Grenlandii. Ta odpowiedziała, że to absurd. Następnego dnia reporter spytał Trumpa o tę wypowiedź, a Trump odparł: „She’s a nasty woman” („To podła kobieta”). I sprawa była zamknięta.

Teraz jednak Trump grozi użyciem siły militarnej, jeśli wkrótce nie dostanie Grenlandii. Na ile realny jest amerykański atak?

Szansa jest równa zeru. To oznaczałoby koniec NATO. I wywołałoby polityczne trzęsienie ziemi w USA.

Skąd ta pewność?

Tylko Donald Trump chce Grenlandii.

Ten pomysł nie ma w Stanach żadnego poparcia. W gruncie rzeczy pokazuje tylko, jak bardzo Trump jest osobliwy.

Z jednej strony obsesyjnie marzy o Pokojowej Nagrodzie Nobla i mówi o tym codziennie, a z drugiej — w tym samym zdaniu potrafi grozić aneksją części Danii. Jeśli to nie jest dowód, że Trump jest polityczną anomalią, to nie wiem, co nim jest.

Trump otoczył się w Białym Domu ludźmi, którzy mu przytakują. Jeśli chce Grenlandii, mało kto mu się sprzeciwi.

To prawda. Z pierwszej kadencji wyniósł lekcję, że najlepiej otaczać się tylko ludźmi, którzy realizują wszystko, co mu w danej chwili przyjdzie do głowy. Uważam jednak, że będą głosy sprzeciwu — choćby w Pentagonie, gdzie aneksję Grenlandii uznaje się za szaleństwo.

W tym tygodniu kilka państw europejskich wysłało na Grenlandię żołnierzy — m.in. Francja i Niemcy. Co pan o tym sądzi?

Reakcja Europejczyków jest żałosna. 15 czy 20 żołnierzy Trumpa nie przestraszy.

Protest Grenlandczyków w Nuuk (zdj. poglądowe)ALESSANDRO RAMPAZZO/AFP/East News / East News

Protest Grenlandczyków w Nuuk (zdj. poglądowe)

Co mogą zrobić europejscy politycy, żeby wybić Trumpowi z głowy fantazję o Grenlandii?

Muszą uderzyć w sedno problemu: ego Donalda Trumpa. Potrzebna jest osoba — być może sekretarz generalny NATO Mark Rutte albo premier Włoch Giorgia Meloni — która jasno mu powie: „Zrujnujesz swoją reputację, jeśli to zrobisz.”

Trump twierdzi, że USA potrzebują Grenlandii ze względów bezpieczeństwa.

Argumenty o bezpieczeństwie go nie interesują. To tylko zasłona dymna. On chce przede wszystkim zapisać się w historii jako prezydent, który dołączył Grenlandię do Stanów Zjednoczonych. To absurdalny pomysł — i ktoś musi mu uzmysłowić, że to nie leży w jego interesie. Że uderzy w jego wizerunek.

„America First” i polityka na zasadzie: dziś jeden deal, jutro inny

Oprócz Grenlandii i Bliskiego Wschodu Trump odsunął od władzy Maduro w Wenezueli i groził interwencjami w kolejnych krajach. Jak ta agresywna polityka zagraniczna pasuje do jego hasła „America First” [„Ameryka przede wszystkim”]?

W ogóle nie pasuje. I to pokazuje coś, co dla wielu jest trudne do zrozumienia — ja sam długo miałem z tym problem: Trump nie ma żadnej filozofii, żadnej nadrzędnej strategii bezpieczeństwa.

On nie uprawia polityki w klasycznym sensie. Wszystko jest transakcyjne. Każdy dzień zaczyna się od nowa. Każda sytuacja to okazja do zrobienia interesu.

„Zrobiłem ten deal i osiągnąłem tamten sukces.” To go napędza. I to wyjaśnia również jego działania w Wenezueli.

W jakim sensie?

Trump chciał po prostu ogłosić szybkie zwycięstwo. A przecież istnieją realne powody, by uzasadniać zmianę reżimu w Wenezueli: Maduro sfałszował wybory prezydenckie w 2018 i 2024 r. Wpływy Rosji, Chin, Iranu i Kuby w Wenezueli zagrażają USA oraz stabilności całej zachodniej półkuli. A co robi Trump? Porywa Maduro — i na tym kończy. Problemem nie jest to, że Maduro zniknął, tylko to, że jego reżim nadal istnieje.

Davos, WEF i rada dla Szwajcarów: trzymajcie dystans

W poniedziałek w Szwajcarii rozpoczyna się Światowe Forum Ekonomiczne. Dlaczego Trump jedzie do Davos na WEF — właśnie on, który nakłada cła i zerwał z regułami globalnego handlu?

To pytanie zadaje sobie pewnie także wielu jego najbardziej zatwardziałych zwolenników: co Trump robi na tej „globalistycznej” konferencji? Podejrzewam, że przyjeżdża, bo będzie tam mnóstwo dziennikarzy. Trump uwielbia być w centrum uwagi. A czy na świecie jest coś ważniejszego niż Donald Trump w centrum uwagi?

Na WEF Trump spotka się też ze szwajcarskimi przedstawicielami rządu. Jaką radę dałby im pan?

Unikajcie kontaktu z Trumpem, jak tylko się da.

To będzie trudne. Prezydent Konfederacji, Guy Parmelin, musi reprezentować Szwajcarię jako kraj-gospodarza.

W takim razie moja rada brzmi: przede wszystkim słuchajcie. Najskuteczniejszym zagranicznym przywódcą w kontaktach z Trumpem podczas jego pierwszej kadencji był japoński premier Shinzo Abe.

Jego recepta na sukces polegała na tym, że utrzymywał stały kontakt. Dzwonił do Trumpa, odwiedzał go, grał z nim w golfa — i rzadko o coś prosił.

Gdy jednak czegoś potrzebował, na przykład w sprawach dotyczących Korei Północnej, Trump wtedy słuchał. Trump uwielbia wymieniać się „opiniami” ze wszystkimi. Zazwyczaj oznacza to, że on mówi, a inni słuchają. Ale Trump uważa to za wspaniałe. Kto buduje z nim taką relację, temu łatwiej później coś od niego wyegzekwować.