Do tej pory Donald Trump tylko werbalnie zgłaszał roszczenia do Grenlandii i groził Duńczykom. W nocy z soboty na niedzielę przeszedł do czynów: ogłosił, że nałoży dodatkowe cła w wysokości 10 proc. na Danię i siedem innych państw NATO, które solidarnie poparły Kopenhagę w kwestii Grenlandii. A może być jeszcze gorzej — stwierdził, że jeśli USA nie przejmą Grenlandii do 1 czerwca, cłą nałożona na Danię, Norwegię, Szwecję, Finlandię, Holandię, Francję, Niemcy i Wielką Brytanię wzrosną do 25 proc.
Znaczenie tego jest jasne — Trump stosuje środki przymusu państwowego, aby bezprawnie przejąć suwerenne terytorium partnera NATO.
W ciągu zaledwie jednego roku udało mu się zmienić USA z filaru NATO w zagrożenie dla partnerów z tego sojuszu. W ten Trump sposób podcina gałąź, na której siedzi — uderza w najskuteczniejszy sojusz w historii świata i zamienia USA w państwo zbójeckie. W rzeczywistości USA Trumpa coraz bardziej przypominają Rosję, która również dąży do imperialnej ekspansji.
Podobnie jak Moskwa, która atakując Ukrainę, naruszyła wiele międzynarodowych traktatów, które sama podpisała, tak i USA łamią dane słowo w kwestii Grenlandii. Kiedy w 1917 r. kupiły od Danii Duńskie Indie Zachodnie, w zawartym wówczas porozumieniu zagwarantowały suwerenną władzę Danii nad Grenlandią.
Rzeczywisty cel Trumpa: przejść do historii
Żaden z argumentów Amerykanów, dlaczego muszą koniecznie posiadać Grenlandię, nie ma sensu. To prawda, że Europejczycy — podobnie jak same Stany Zjednoczone — bardzo zaniedbali bezpieczeństwo w Arktyce. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by Amerykanie, tak jak podczas zimnej wojny, otworzyli na Grenlandii nowe bazy wojskowe zgodnie z postanowieniami traktatu o obronie Grenlandii z 1951 r. W rzeczywistości dla USA bardziej efektywne byłoby wspólne zapewnienie bezpieczeństwa w okolicy Grenlandii w ramach NATO, zamiast przejmowanie wyspy i samodzielne wykonywanie tego zadania.
Argument dotyczący zasobów naturalnych również jest nieaktualny, ponieważ zarówno Dania, jak i rząd Grenlandii otwarcie przyjęły oferty amerykańskich firm dotyczące eksploatacji surowców. A twierdzenie, że wody wokół Grenlandii są rzekomo pełne rosyjskich i chińskich statków, jest po prostu kłamstwem. W rzeczywistości trasa żeglugowa stworzona w regionie polarnym przez Chiny i Rosję przebiega znacznie bliżej Norwegii niż Grenlandii.
Podobnie nieprawdziwe jest twierdzenie ruchu MAGA [zwolenników Trumpa, skrót tej grupy wywodzi się od hasła politycznego republikanna — Make America Great Again, Uczyńmy Amerykę znów wielką], że jeśli Stany Zjednoczone nie przejmą wyspy, zrobią to Rosjanie lub Chińczycy. Zapobieganie temu jest przecież podstawowym zadaniem NATO, które Trump próbuje właśnie wyrzucić na śmietnik historii.
To wszystko są tylko preteksty. W rzeczywistości Trumpowi chodzi o realizację tego, co zapowiedział już w swoim przemówieniu inauguracyjnym — chce przejść do historii jako jeden z prezydentów, którzy poszerzyli terytorium USA. A rozległa i słabo broniona Grenlandia wydaje mu się do tego najlepszym celem.
Nieuchronne osłabienie USA
Również w tym przypadku podobieństwa do Rosji są uderzające. Putin, podobnie jak Trump, realizuje ideę historycznej misji rozszerzenia terytorium własnego państwa. I obaj, dążąc do tego, godzą się na zdecydowane osłabienie geostrategicznej pozycji własnego kraju. Rosja, która obecnie jest wyczerpana militarnie, znacznie straciła na znaczeniu na arenie międzynarodowej. Musiała bezradnie obserwować, jak jej najbliżsi sojusznicy w Syrii i Wenezueli upadają, a mułłowie w Teheranie utrzymują się przy władzy tylko dzięki użyciu ekstremalnej przemocy.
Trump natomiast naraża na niebezpieczeństwo system sojuszy, który przez ostatnie 70 lat uczynił USA supermocarstwem o wyjątkowym znaczeniu w historii. W rzeczywistości działa on obecnie bardziej agresywnie wobec europejskich sojuszników niż wobec konkurenta o władzę, jakim jest dla niego Rosja.
Omar Havana / Stringer / Getty Images
Donald Trump i Mrco Rubio na konferencji prasowej po szczycie NATO w Hadze, 25 czerwca 2025 r.
Przez dziesięciolecia Stany Zjednoczone prezentowały się w dużej mierze jako życzliwy hegemon, którego atrakcyjność polegała na tym, że stworzony przezeń system sojuszniczy opierał się nie na przymusie, a na zgodzie i równoważeniu interesów. Teraz Stany Zjednoczone stają się złośliwym hegemonem, który stosuje przymus wobec sojuszników. Postępując w ten sposób, wywołują one zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz sojuszu zachodniego siły, które w przyszłości je osłabią.
Śladami „szalonego króla”
Weźmy przykład Kanady. Kraj ten był niegdyś najbliższym i najwierniejszym sojusznikiem USA . Po groźbach Trumpa Kanadyjczycy rozglądają się teraz za innymi partnerami. Ottawa zawarła właśnie strategiczne partnerstwo z rywalem USA — Chinami. Zrobiła to, by — jak ujął to premier Kanady Mark Carney podczas wizyty w Pekinie — być przygotowana na „nową rzeczywistość na świecie”.
Podobnie jak Kanada również inni partnerzy będą teraz rozglądać się za nowymi sojuszami, aby zrównoważyć nieprzewidywalną politykę USA. Wszystko to w dłuższej perspektywie je osłabi. Najbardziej widoczne jest to w przypadku umowy handlowej między UE a USA. Europa zgodziła się na to nieuczciwe porozumienie w nadziei, że USA będą nadal wspierać Ukrainę i pozostaną gwarantem bezpieczeństwa Europy w świetle agresywnej polityki Rosji.
Jeśli teraz same Stany Zjednoczone staną się zagrożeniem dla bezpieczeństwa Europy, a obowiązek pomocy wynikający z art. 5 traktatu NATO stanie się tylko żartem, nie ma już powodu, aby ratyfikować nową umowę, która jednostronnie faworyzuje Stany Zjednoczone. Najważniejsze frakcje w Parlamencie Europejskim ogłosiły już, że do tego nie dopuszczą.
Trump powinien wyciągnąć wnioski z historii. Stany Zjednoczone powstały w wyniku buntu przeciwko działaniom „szalonego króla” Jerzego III. Ostatecznie doprowadziło to do utraty przez Wielką Brytanię najważniejszego atutu w Nowym Świecie. Dzisiaj to prezydent USA zachowuje się jak „szalony król” i jest na najlepszej drodze do utraty najważniejszego atutu USA — jej lojalnych zachodnich sojuszników.