Kamil Majchrzak: Nauczył mnie wielu rzeczy. Pomijając już podstawowe kwestie, jak punktualność, regularność, konsekwencja w treningu czy walka z przeciwnościami, nauczył mnie pracy — zwłaszcza nad sobą i trochę też życia, bo jednak większość decyzji na korcie muszę podejmować sam. To wszystko ukształtowało mnie jako człowieka.

Myślę jednak, że przede wszystkim pozwolił mi zrozumieć, jak istotna jest cierpliwość, nieustanne parcie do przodu oraz samorozwój. Choć tego w dalszym ciągu się uczę, podobnie jak rozdzielania sportu od tego, co jest poza nim. To znaczy, że moje wyniki nie określają mnie jako człowieka. Poza tenisem mam też inne wartości niezależnie od tego, czy wygram czy przegram. Zatem tenis dał mi najwięcej właśnie w sferze ludzkiej. A jako że jest to sport kosztowny, nauczył mnie również szacunku do pieniądza i wszystkich rzeczy, które się z tym wiążą.

Pod koniec 2022 r. zawieszono pana za stosowanie niedozwolonych substancji, których jednak nie przyjął pan świadomie. Ostatecznie pauzował pan przez 13 miesięcy. Czy jest pan już zmęczony pytaniami o tę sprawę i walkę o udowodnienie niewinności?

Z perspektywy czasu jest mi zdecydowanie łatwiej o tym mówić. Cały czas jednak pracuję nad tą sprawą i układam ją sobie w głowie. Sam fakt, że jestem w stanie się o niej wypowiadać, pokazuje, że idzie to w dobrą stronę. Czy mnie to męczy? Raczej nie. Nastawiałem się na to, że to nie zniknie, że będzie się gdzieś przewijało i stanie się w pewnym sensie nieodłączną częścią mojej historii. To, że obecnie potrafię o tym rozmawiać i mówić szczerze to, co myślę i czuję, czasami nawet pozytywnie mnie dziwi.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Rozmawiałem z Natalią Maliszewską, która była w podobnej sytuacji — została zawieszona na 14 miesięcy za trzykrotne niestawienie się w miejscu pobrania próbki. Powiedziała mi, że wykorzystała ten czas na zrozumienie siebie i własnych wartości. Czy u pana było podobnie?

Ta sprawa przede wszystkim pokazała mi, że przez całe życie byłem skupiony praktycznie wyłącznie na tenisie. Moja osobowość, moje reakcje, wszystko było z nim ściśle powiązane. Wygrana oznaczała euforię, a porażka tragedię i koniec świata. Musiałem nauczyć się funkcjonować bez tenisa. Ta sytuacja bardzo wyraźnie mi to uświadomiła i nauczyła rozgraniczać to, kim jestem jako sportowiec, a kim jako człowiek.

Dzięki temu mogę obecnie patrzeć na wszystko z dużo większym dystansem. Bardzo mnie to zabolało, bo zawsze kierowałem się etyką i robiłem wszystko, żeby takich sytuacji unikać. A mimo to coś takiego się wydarzyło. Ta sprawa pokazała również, że nigdy nie ma stuprocentowej pewności. Cały czas ją przepracowuję i to jest w porządku. Nie miałem wyjścia — jeśli chciałem wrócić, musiałem zacząć żyć inaczej. To bardzo pomogło mi później w znalezieniu zdrowego rozsądku po meczach i we wszystkich sportowych emocjach.

Przysłowie mówi, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Czy ta trudna sytuacja w jakiś sposób zweryfikowała grono ludzi wokół pana? Chociażby Jan Zieliński wielokrotnie w mediach stawał za panem murem.

Zasadniczo całe środowisko tenisowe, na czele z Jankiem, stanęło za mną. Będę za to wsparcie dozgonnie wdzięczny, bo ci ludzie wierzyli we mnie jako człowieka, nie tylko jako tenisistę. To było dla mnie bardzo ważne. Wiedzieli, jakimi wartościami się kierowałem i nadal się kieruję, i że nigdy w życiu nie chciałbym celowo oszukiwać. Nigdy nie dali mi odczuć, że jestem w jakiś sposób wykluczony, że ktoś nie chce ze mną rozmawiać albo się ode mnie odwraca. Mogę to powiedzieć o całym moim tenisowym otoczeniu i oczywiście także o rodzinie i najbliższych.

W mediach na początku było trudno, co — mimo wszystko — jest zrozumiałe, choć nie spodziewałem się, że skala będzie aż tak duża. Natomiast w momencie, kiedy sprawa została wyjaśniona i wszystko zostało udowodnione oraz potwierdzone przez odpowiednie instytucje, w tym ITIA, wiedziałem, że więcej zrobić już nie mogę. Mam czyste sumienie, oczyściłem swoje imię i teraz patrzę już tylko do przodu.

Kamil MajchrzakKamil Majchrzak (Foto: Stephane Thomas, ZUMA / newspix.pl)

Wykonałem bardzo dużo pracy, żeby funkcjonować w sensowny sposób. W pewnym momencie musiałem też podjąć decyzję, czy w ogóle chcę wracać do sportu. Finalnie zdecydowałem, że tak, ale żeby ten powrót miał sens, musiałem przestać robić z siebie ofiarę i zbudować nową, mocniejszą wersję siebie. To oczywiście cały czas jest proces, który wymagał dużo pracy z psychologiem, ale mam poczucie, że idzie w dobrą stronę. Zmieniłem się jako człowiek. Powiedziałbym, że na plus, choć oczywiście nikomu nie życzę przechodzenia przez coś takiego.

Dużo opowiada pan o sobie jako o człowieku, ale też w historiach związanych ze sprawą dopingową o przyjacielu rodziny — psie.

Tak naprawdę nieświadomie, ale on bardzo mi pomógł. Dzięki niemu miałem cel, żeby wychodzić z domu i wstawać z kanapy. No bo nie zostawi się psa samego w domu na dwa dni. Chociażby przez to mogłem wyjść na świeże powietrze. On akceptuje mnie takim, jakim jestem, i dla niego liczy się moja obecność. Dokładnie tak samo działa to w drugą stronę. Nie podróżujemy z nim jednak zbyt często. Przeszedł w swoim życiu dużo i dokładanie mu stresu w postaci lotów samolotem byłoby zbyt obciążające. Dlatego kiedy razem z moją żoną Martą wyjeżdżamy, pomagają nam moi rodzice, którzy przejmują opiekę nad psem. Jest zadbany i w dobrych rękach.

Wspomniał pan o żonie, która jest również pana fizjoterapeutką. Czy to pomaga, gdy bliska osoba jest u boku na wyjazdach?

Tak, bardzo. Marta wspiera mnie i opiekuje się mną. Zna mnie najlepiej ze wszystkich, więc zawsze stara się pomóc na tyle, na ile jest w stanie. Podczas turniejów jestem w stu procentach skupiony na tenisie. Marta jest w tym naprawdę genialna, bo potrafi dostosować siebie i swoje działania do tej sytuacji. Kiedy jesteśmy na zawodach, funkcjonujemy w tym trybie, a po nich wracamy do normalnego życia. Wtedy jesteśmy po prostu partnerami.

Marta Majchrzak, Karol Drzewiecki i Piotr MatuszewskiMarta Majchrzak, Karol Drzewiecki i Piotr Matuszewski (Foto: Marcin Cholewiński / newspix.pl)

Myślę, że mamy bardzo dobrą synergię. Po wielu latach wspólnego życia nauczyliśmy się siebie nawzajem — wiemy, kiedy lepiej nie rozmawiać, bo na przykład jestem podenerwowany, a kiedy wszystko jest w porządku. Jesteśmy ze sobą na tyle długo, że dobrze sobie z tym radzimy.

Mam takie poczucie, że los w ostatnich dwunastu miesiącach oddał to, co panu zabrał.

Patrząc nie tylko na moją historię, ale też na historie wielu zawodników, którzy z różnych powodów — kontuzji czy zawieszenia — próbowali wrócić i im się to nie udało, wiem, że nic nie przychodzi samo. Ja wróciłem i poprawiłem swoje wyniki, ale na wszystko musiałem bardzo ciężko zapracować. To był pot, łzy i ogrom pracy — mentalnej, tenisowej i fizycznej. Nic samo się nie wydarzyło.

Wiedziałem, że nie oduczyłem się grać w tenisa. Przez kilka lat kręciłem się w rankingu w okolicach miejsc między 80. a 130. i właśnie wtedy, tuż przed zawieszeniem, miałem poczucie, że zaczynam być gotowy na coś więcej. Ta myśl bardzo mocno trzymała mnie przy życiu przez długi czas. Nie czułem, że to już wszystko, na co mnie stać, ani że powinienem odwiesić rakietę na kołek. Miałem jasno określone cele i robiłem wszystko, żeby na nie zapracować. Można więc powiedzieć, że los mi coś oddał, ale ja na ten „los” musiałem naprawdę ostro zasuwać. I pracuję dalej, żeby to nie był koniec, tylko początek kolejnego etapu mojej kariery.

W jednej z rozmów mówił pan również, że inspirował się powrotami. Czy rozmawiał pan na przykład z Nicolasem Jarrym, o którym pan wspominał? Z czyichś historii pan czerpie, zwłaszcza w kontekście funkcjonowania w tourze w okolicach trzydziestki, już jako doświadczony tenisista?

Z Jarrym nie rozmawialiśmy stricte o tej sprawie, natomiast on również był zawieszony za coś nieświadomego i najlepsze wyniki osiągał dopiero później. To było inspirujące, podobnie jak historia Beatriz Haddad Maii. Spotkały ich bardzo trudne momenty, a mimo to potrafili się odbudować, wzmocnić i potem prezentować najlepszy tenis w swoim życiu. Ja też chciałem na to zapracować. Obecnie, jako że jestem już w tej starszej grupie zawodników, częściej wracam myślami do Wielkiej Trójki — Nadala, Djokovicia i Federera. Pod tym względem to oni są dla mnie największym wzorem.

Kamil MajchrzakKamil Majchrzak (Foto: Imago / newspix.pl)

Ma pan za sobą znakomite występy w turniejach wielkoszlemowych — IV runda Wimbledonu czy III runda US Open to bardzo dobre wyniki. Jakie w takim razie stawia pan sobie cele na najbliższy sezon, również w kontekście szlemów?

Jeśli chodzi o turnieje wielkoszlemowe, to na razie byłem w drugim tygodniu tylko jednego z nich. Moim celem jest osiągnąć to w każdym, a potem pójść jeszcze dalej. Oczywiście obecnie tenis jest zdominowany przez Jannika Sinnera i Carlosa Alcaraza, natomiast reszta tak naprawdę jest w zasięgu. Szczególnie przy dobrej dyspozycji w danym dniu.

Zawsze wiedziałem, że mogę rywalizować z najlepszymi, a teraz wiem też, że potrafię z nimi wygrywać, co jest bardzo dobrym znakiem. Nadal jednak czuję, że mam dużo przestrzeni do poprawy i rozwoju. Z dużym podekscytowaniem podchodzę do kolejnego sezonu. Jestem ciekaw, co przyniesie. Chciałbym jak najdalej dochodzić w największych turniejach i przenieść swój tenis już wyłącznie na imprezy najwyższej rangi, wejść na stałe do cyklu ATP. Rankingowo w pierwszej kolejności celem jest Top 50, a potem będę myślał o kolejnych krokach.

Na początku sezonu jest Australian Open, a pan często mówi o Australii jako o swoim ulubionym miejscu. Aż tak dobrze się pan tam czuje?

W ogóle uwielbiam miejsca, do których podróżujemy, ale tak, bardzo lubię Australię. Tam zawsze jest ciepło, dużo słońca, ludzie są bardzo mili i uśmiechnięci. Oczywiście znamy ją głównie z perspektywy największych turniejów, które rozgrywane są w ich lecie, więc widzimy ją z tej najlepszej strony. Podoba mi się klimat, ten „vibe” i ogólne poczucie, że żyje się tam nieco inaczej. Do tego warunki do gry są raczej szybkie, co mi odpowiada. Z otwartą głową podchodzę do każdego wyjazdu do Australii.

A czy jest jeszcze jakieś miejsce, w którym jest naprawdę wyjątkowo?

Kilka. Na przykład Wimbledon. To turniej magiczny i legendarny, nawet jeśli momentami trochę staroświecki. Ale właśnie za to ma się do niego ogromny szacunek. Ta aura jest tam wyczuwalna w powietrzu. Uwielbiam szatnię na Wimbledonie, bardzo dobrze wspominam też atmosferę w szatni w Nowym Jorku na US Open. Po wielu latach, które spędziłem w tourze, to właśnie te dwa miejsca wyróżniłbym najbardziej.

Może pan na koniec wyróżnić jakiś turniej oprócz szlemów?

Trudno dokonać wyboru, ale jako ciekawostkę powiem, że jednym z wydarzeń, które bardzo dobrze wspominam z zeszłego roku, był turniej ATP 250 w Marrakeszu. Fajna atmosfera, świetna pogoda, genialne jedzenie. To nie był turniej „wygładzony” jak wiele innych w tourze, tylko miał swój charakter. Marrakesz zapamiętałem jako jedno z naprawdę miłych doświadczeń w ubiegłym sezonie.