W odpowiedzi Europa — nie wprost — ale też zaczyna grozić, że uderzy w amerykańską gospodarkę. Na stole miałyby być cła odwetowe w wysokości nawet 93 mld euro oraz ograniczenie dostępu dla firm z USA do europejskiego rynku.
Jakie mogłyby być tego skutki? — Jak zawsze, w przypadku wzrostu ceł na wyroby z krajów europejskich stracą firmy eksportujące towary do USA. To oznacza, że one obniżą rentowność, więc w krajach, których to dotyka spaść może dynamika gospodarcza, mniej będzie podwyżek plac, a nabór na nowe stanowiska może zostać ograniczony — mówi Onetowi Sebastian Stodolak, ekonomista, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, publicysta „Dziennika Gazety Prawnej”.
— Wpływ ceł Trumpa na Polskę nie będzie zbyt duży, przynajmniej w pierwszym okresie, bo po pierwsze, my swoich żołnierzy na Grenlandię nie wysyłamy, a po drugie, w gospodarce nie ma aż tak natychmiastowego automatyzmu. Jednak w dłuższej perspektywie potencjalna wojna celna wpłynie też na nas, bo mamy przecież w Polsce dużo firm czy to niemieckich, czy francuskich, a te kraje na cłach stracą — wyjaśnia. — Także w Polsce więc spaść mogą zamówienia oraz potrzeby zatrudnieniowe, choć pamiętajmy, że wszystko to nie będzie odczuwalne tak mocno, jak na Zachodzie Europy — mówi Stodolak.
Rozłam w Unii realny
Zaznacza, że groźby Trumpa mogą osłabić jedność państw europejskich, które stają w obronie Grenlandii. — W myśl starego przysłowia, bliższa koszula ciału. I mogą się pojawić kalkulacje na poziomie narodowych parlamentów i pytania, czy nasi obywatele zniosą to wojowanie o Grenlandię, jeśli ma to ich uderzyć po kieszeni. I jeśli dla wyborców ta solidarność z Grenlandią zacznie być utożsamiana z drożyzną, to rządy zaczną kalkulować, czy im się ta solidarność opłaca. I mogą zacząć się ze wspierania Grenlandii wycofywać — mówi ekonomista.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Czy Unia ma „bazookę” na Trumpa?
W odpowiedzi na cła Trumpa unijni przywódcy zagrozili, że nałożą na USA cła odwetowe, wynoszące nawet 93 mld euro. Nie wykluczają też, że ograniczą dostęp amerykańskich firm do rynku wspólnoty. Byłoby to możliwe dzięki zastosowaniu unijnego Instrumentu Przeciwdziałania Przymusowi Gospodarczemu (ACI), który został ustanowiony w 2023 r., ale jeszcze nigdy nie był używany. Część publicystów takie ruchy określa mianem „bazooki” gospodarczej, jaką Europa może wymierzyć w Stany Zjednoczone.
—To przykre, ale Unia nie ma żadnej „bazooki”, siły Europy i Stanów są nieporównywalne. I gdyby tak UE, jak USA zaczęły, mówiąc symbolicznie, próbować zagłodzić siebie nawzajem, to Unia schudnie pierwsza, Ameryka ma znacznie większe zasoby — mówi Stodolak. — Owszem, Bruksela może zagrozić wstrzymaniem współpracy gospodarczej, ale to trochę działanie na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. To byłoby bardzo kosztowne dla obywateli Unii, może nawet nie do uniesienia — zaznacza ekspert.
— Za rodzaj „bazooki”, opcję atomową ze strony Unii można by uznać powiedzenie Ameryce Trumpa, że od tej chwili Europa przejmuje zamrożone rosyjskie aktywa, buduje za nie własne siły zbrojne, co uniezależni NATO od obecności USA. Tyle że to wymagałoby bezwzględnej jedności wszystkich państw członkowskich, co jest wątpliwe oraz czasu. Z dnia na dzień tego się nie da zrobić — wskazuje Stodolak.
Cła odwetowe? „Fatalny pomysł, na wojnie celnej stracą wszyscy”
Ekonomista zaznacza, że niedobrym rozwiązaniem jest również grożenie Stanom cłami odwetowymi, jakie mogłaby nałożyć Unia. — To nakręci spiralę celną, po prostu wojnę, na której stracą wszyscy. Bo to jest tak, jak z zaczepką na ulicy, która kończy się użyciem noża i tragedią — podkreśla. — Mówiąc wprost, jesteśmy od Stanów słabsi gospodarczo i na mniej możemy sobie pozwolić. Ale nie jesteśmy też bezbronni — mówi Stodolak. — Fakty są takie, że USA bardzo potrzebują Europy nie tylko jako rynku zbytu na towary, ale też jako źródła kapitału ludzkiego. Znaczna część wysoko wyspecjalizowanych innowatorów z Ameryki pochodzi właśnie ze Starego Kontynentu. Do tego, globalny rynek to system naczyń połączonych i koncerny, choćby motoryzacyjne, część produkcji mają w Stanach, a część w Europie czy Azji. Wycięcie jednego z tych elementów dla Ameryki może okazać się bardzo bolesne — przekonuje. — Trzeba więc mieć nadzieję, ze Donald Trump też ma tego świadomość — podsumowuje Stodolak.