Teraz mamy kolejną ciekawą i straszną wypowiedź. W wywiadzie dla Fox News (praktycznie już oficjalnej stacji telewizyjnej wyborców Donalda Trumpa) republikański senator Ted Cruz powiedział wczoraj:

Jakie są odniesienia do Cesarstwa Rzymskiego w polityce Trumpa?

Kto chwalił Donalda Trumpa za jego politykę dotyczącą Grenlandii?

Jakie zagrożenia dostrzega się w kontekście amerykańskiej polityki siły?

Co prezydent Trump rozumie przez zasadę America First?

Jeśli chodzi o Grenlandię, chcę pochwalić prezydenta Trumpa za to, że skupia się wyłącznie na polityce America First, interesach gospodarczych Stanów Zjednoczonych i kwestiach bezpieczeństwa narodowego. (…) Uważam, że zdobycie Grenlandii leży w nadrzędnym interesie narodowym Stanów Zjednoczonych.

Spektakularny zwrot, jaki wykonał Cruz w swoich opiniach na temat Trumpa, dałby mu złoty medal w mistrzostwach świata w łyżwiarstwie figurowym. W 2016 r., gdy walczył i przegrał z Trumpem w wyścigu do republikańskiej nominacji na kandydata na prezydenta, Cruz nazywał go:

  • „patologicznym kłamcą”,
  • człowiekiem „amoralnym”,
  • „narcyzem” i „oszustem”, który „nie dba o wartości konserwatywne, lecz jedynie o własny wizerunek”,
  • człowiekiem „całkowicie niegodnym urzędu prezydenta”.

Nienawiść pomiędzy obydwoma panami była tak duża, że podczas konwencji Republikanów w Cleveland w lipcu 2016 r., gdy było już jasne, że to Trump będzie kandydatem na prezydenta, Cruz odmówił udzielenia mu poparcia, wzywając delegatów ze sceny jedynie do „głosowania zgodnie z sumieniem”. Sala odpowiedziała buczeniem, a Trump mu tego nigdy nie zapomniał. Jeśli dziś chce się przeżyć w Partii Republikańskiej, trzeba jednak uznawać Trumpa za dar od Boga i Cruz to doskonale rozumie.

Nie, to nie ja wymyśliłem ten „dar od Boga”. Tak wielokrotnie nazywał Donalda Trumpa Franklin Graham, jeden z najbardziej znanych kaznodziejów ewangelikalnych w USA, autorytet religijny dla milionów Amerykanów. Tak mówił też wielokrotnie o Trumpie jego wiceprezydent Mike Pence, głęboko wierzący protestant. Ten sam, który w 2021 r. odmówił wzięcia udziału w próbie Donalda Trumpa odwrócenia wyniku wyborów prezydenckich przegranych przez niego z Joe Bidenem.

Teraz, jak widać, Cruz uważa Trumpa za absolutnie godnego najwyższego urzędu w Ameryce. Co więcej, uważa, że grożenie sojusznikowi z NATO użyciem siły, jeśli nie uzna „nadrzędnego interesu narodowego Stanów Zjednoczonych”, to wspaniałe spełnienie zasady America First.

W 2016 r., startując po raz pierwszy w wyborach prezydenckich, Donald Trump tłumaczył „America First” jako „pokój przez siłę”. To też ciekawe odwołanie do Cesarstwa Rzymskiego. W logice Cesarstwa Rzymskiego zasada budowania imperium przez pokój oparty na sile wyglądała tak: najpierw demonstracja siły, potem długi okres stabilności. Granice cesarze obsadzali wojskiem, bunty brutalnie tłumili, a zwycięstwa pokazywano publicznie w formie triumfów — żeby nikt nie miał wątpliwości, kto rozdaje karty.

Okres zwany Pax Romana (I-II w. n.e.) był jednym z najbardziej pokojowych momentów w historii Morza Śródziemnego — właśnie dlatego, że Rzym miał totalną przewagę militarną. Drogi były bezpieczne, handel kwitł, prowincje płaciły podatki, a największa i najbardziej nowoczesna armia świata, jaką były rzymskie legiony, stała w gotowości jako mechanizm odstraszania.

Rzymianie rozumieli jeszcze jedno: pokój wymaga widowiska. Zniszczenie Kartaginy, brutalne ukaranie buntów w Judei czy publiczne egzekucje przywódców rebelii miały znaczenie strategiczne. Komunikat był prosty: „Nie warto z nami zadzierać”. Trump też urządza widowiska — akcja w Caracas była spektakularnym, ale jednak tylko jednym przykładem takiego widowiska. Grenlandia być może będzie następnym.

Cruz i coraz większa grupa fanów Donalda Trumpa coraz bardziej otwarcie mówią o tym, że Ameryka ma być kolejnym imperium, gwarantując pokój poprzez siłę. W tym imperium tylko opinia cesarza ma znaczenie, a jeśli ktoś się z nim nie zgadza, zostanie ukarany — cesarz zbeszta go publicznie podczas audiencji, ukaże go wyższymi podatkami lub wyśle po niego swoje legiony, czyli najlepszą i najnowocześniejszą armię na świecie.

Zdaniem Cruza interes Ameryki jest tak ważny, że usprawiedliwia każdy krok, nawet narażanie na zniszczenie najważniejszego sojuszu obronnego w historii świata. Znam kogoś spoza kręgu wyborców Trumpa, kto by się z nim zgodził — dla Władimira Putina nie może się zdarzyć nic lepszego, niż rozbicie NATO. Do tej pory liczył w tej sprawie tylko na swoich szpiegów i zdrajców, teraz może liczyć na kogoś znacznie ważniejszego.

Skoro jednak filozofia Cruza jest obowiązującą dziś w USA, to warto podsunąć Donaldowi Trumpowi kilka innych miejsc na wywołanie wojny lub zaszantażowanie wrogów i przyjaciół:

  • Diego Garcia — mała wyspa na Oceanie Indyjskim. Należy do Wielkiej Brytanii, znajduje się na niej kluczowa baza lotnicza dla projektowania siły w Azji, Afryce i na Bliskim Wschodzie
  • Kanał Sueski — kluczowy dla handlu morskiego. Kiedy Brytyjczycy i Francuzi próbowali przejąć kanał od Egipcjan, Amerykanie byli przeciwni. Teraz to Brytyjczycy i Francuzi byliby przeciwni, ale ten punkt na mapie jest kluczowy dla gospodarki USA
  • Kanał Panamski — już jakiś czas temu Donald Trump zapowiedział, że America First będzie tu ważniejsza od prawa jakiegoś małego i słabego kraju do swojego terytorium
  • baza lotnicza Ramstein — leży na razie w Niemczech, ale dla amerykańskiej siły i jej projekcji na Bliskim Wschodzie jest absolutnie kluczowa

Nie dorzucam do listy takich miejsc, jak Cieśnina Tajwańska, kluczowa dla kontrolowania transportu morskiego w Azji Południowo-Wschodniej, czy Kaliningrad, by kontrolować Morze Bałtyckie, bo w obu tych przypadkach USA musiałyby pójść na wojnę z ludźmi, z którymi Trump woli ustanawiać nowy porządek świata i strefy wpływów poprzez negocjacje, a nie strasząc ich czy machając im przed oczami grubymi plikami banknotów.