Gdy tylko do takiego porozumienia dochodzi, obydwie strony robią wszystko, by sprawiać wrażenie, że zamiast zgody, mamy do czynienia z kłótnią. Pomijając, że świadczy to o pogardzie wobec najbardziej fanatycznych wyborców. Sam fakt w gruncie rzeczy jest czymś pozytywnym. Pogarda dla fanatyków to również dobra wiadomość. Jeśli bowiem nasi politycy gardzą „własnymi” fanatykami, oznacza to — o dziwo — że są mądrzejsi od tych, których ogłupiają ich medialni giermkowie.

Do zgody doszło przy okazji powołania zainicjowanej przez Donalda Trumpa Rady Pokoju. To, czym owa rada miałaby być — ciałem zarządzającym Strefą Gazy, nieformalnym zrzeszeniem najważniejszych światowych przywódców, organizacją międzynarodową, czy też, co biorąc pod uwagę osobowość Trumpa najbardziej prawdopodobne, jedynie wydmuszką — nie jest jasne. Oczywiste jest natomiast jedno. Biorąc pod uwagę fakt, iż Donald Trump do Rady Pokoju zaprosił Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenkę, Polski w tym formacie, niezależnie od tego, czym miałaby ona się w efekcie stać, być nie powinno.

Dokładnie tak się stało.

Premier i prezydent odegrali żałosny spektakl

Z tego, że Polska nie powinna przystąpić do Rady Pokoju, zdawali sobie sprawę od początku zarówno premier, jak i prezydent. Obie strony odegrały oczywiście mniej lub bardziej udany, czy też jak raczej należałoby powiedzieć — żałosny — spektakl dla najbardziej zagorzałych zwolenników. W tle bardzo wyraźnie było widać, rzadką jak na nasze realia, dozę dojrzałości.

To dobra wiadomość. Jest też i zła. Jest nim fakt, iż Polski w Radzie Pokoju w efekcie nie będzie, nie zmienia tego, że Donald Trump nie widzi żadnych przeszkód, by zapraszać do niej rosyjskiego dyktatora i jego białoruskiego wasala. Zbrodniarzy odpowiedzialnych za wojnę w Ukrainie i zarazem ludzi ziejących nienawiścią do wszystkiego, czym jest dziś nasz kraj.

Kierunku, w którym podąża Donald Trump, dzięki dojrzałości prezydenta i premiera, na szczęście, nie będziemy firmować. Ta dojrzałość niestety nie zmienia jednego. Jesteśmy typowym państwem średnim. Na tyle samodzielnym, by nie składać podpisu pod czymś, co się nam nie opłaca. Nie na tyle jednak silnym, aby mocarstwa — nawet sojusznicze — się z nami liczyły.