Podczas gdy Donald Trump w Davos wywoł niepokój groźbami ceł i fantazjami na temat Grenlandii, Chiny przedstawiają się jako spokojny, stabilny przeciwwaga. Pekin umiejętnie wykorzystuje amerykański chaos — i dzięki temu zyskuje posłuch wśród zaniepokojonych sojuszników USA.
W tym tygodniu oczy całego świata były zwrócone na Davos. Wszyscy dostrzegli te tektoniczne przesunięcia. Nie dlatego, że ktoś tam uroczyście przypieczętował nowe sojusze, lecz dlatego, że stare pewniki zaczęły wyraźnie kruszeć.
Z jednej strony stoi Donald Trump, który macha „pałką” ceł i snuje aneksyjne wizje wokół Grenlandii, wprawiając w osłupienie nawet najbliższych partnerów. Z drugiej strony są Chiny: demonstracyjnie opanowane, mówiące językiem międzynarodowego porządku i wchodzące dokładnie w tę lukę, którą polityka Trumpa wypełnia niepewnością, brakiem zaufania i strategicznym zagubieniem.
Pekin wykorzystuje tę chwilę z wyjątkową dyscypliną.
Podczas gdy Trump zamienia światową scenę dyplomatyczną w osobistą arenę walki, Chiny kreują się na rozsądną potęgę o długofalowej strategii i chłodnej głowie. W Davos wicepremier He Lifeng nawoływał do multilateralizmu, wolnego handlu i współpracy — świadomie stawiając kontrę amerykańskiemu protekcjonizmowi i geopolitycznemu prężeniu muskułów.
Narracja jest prosta: Chiny jako stabilny punkt odniesienia w świecie, w którym dotychczasowy ład zaczyna się rozpadać.
Ten przekaz jest jednocześnie banalny i skuteczny. Gdy Waszyngton grozi, nakłada sankcje i eskaluje napięcia, Pekin oferuje rozmowy, umowy handlowe i retoryczną przewidywalność. To, że te obietnice nie zawsze idą w parze z chińską praktyką, schodzi na dalszy plan. Liczy się wrażenie: Chiny wydają się być kalkulowalne, a USA pod rządami Trumpa — już nie.
A to wrażenie zaczyna rodzić polityczne konsekwencje.

Wicepremier Chin He Lifeng podczas corocznego Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos, Szwajcaria, 20 stycznia 2026 r.FABRICE COFFRINI / AFP Zdjęcie: FABRICE COFFRINI / AFP / AFP
Gdy zaufanie staje się walutą
Konfrontacyjna strategia Trumpa uderza nie tyle w rywali, co przede wszystkim podkopuje zaufanie jego własnych sojuszników.
Kanada, przez lata jeden z najbardziej niezawodnych partnerów Waszyngtonu, gospodarczo zbliża się do Chin: luzuje cła i coraz otwarciej mówi o nowym porządku światowym.
Wielka Brytania szuka dialogu z Pekinem i daje zielone światło dla budowy dużej chińskiej ambasady w bezpośrednim sąsiedztwie londyńskiego City — symboliczny krok, który jeszcze kilka lat temu byłby uznany za bezpieczeństwowe tabu.
Nie jest to masowa ucieczka od Stanów Zjednoczonych, ale czytelne sygnały: Europa i jej partnerzy zaczynają zabezpieczać sobie alternatywy na czas, gdy transatlantycka pewność przestanie być oczywistością.
Premier Kanady Mark Carney powiedział w Davos wprost, że mniejsze i średnie państwa będą musiały budować nowe koalicje, bo stary system oparty na zasadach już się rozsypał — dyplomacja poza cieniem tradycyjnych wielkich mocarstw.
Waszyngton strzela sobie w stopę
Z chińskiej perspektywy to wymarzony układ. Pekin nie musi działać agresywnie ani rozsadzać sojuszy od środka. Wystarczy, że poczeka, aż Waszyngton sam zacznie demontować własne relacje.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Najdobitniej widać to w sporze o Grenlandię. Pierwotne groźby Trumpa, że przejmie kontrolę nad strategicznie ważnym terytorium, wywołały nie tylko dyplomatyczne tarcia z Danią i Radą Europejską, ale też zatrzęsły fundamentami NATO. Po presji dyplomatycznej i kilku bolesnych wpadkach strony zgodziły się na pakt bezpieczeństwa, który ma zapewnić USA dostęp do Grenlandii w ramach struktur NATO — bez dotykania kwestii suwerenności.
Sojusz, który nagle musi zajmować się pytaniami o lojalność i wewnętrznym brakiem zaufania, traci na sile odstraszania — a dla Chin to strategiczny zysk.
Spokojna maska Pekinu
Jednak nowa chińska „pogoda ducha” jest w dużej mierze fasadą. Za ładnie brzmiącą retoryką o uczciwym handlu stoją:
- ogromna nadwyżka handlowa,
- sterowane przez państwo sektory przemysłu,
- chronione rynki
- oraz jasne ambicje polityczne — choćby wobec Tajwanu czy w Arktyce.

Premier Kanady Mark Carney i przywódca Chin Xi Jinping w Pekinie, Chiny, 16 stycznia 2026 r.CP/ABACA / PAP
Europejscy przywódcy dobrze o tym wiedzą i coraz częściej mówią to również głośno. Tyle że nieustanne prowokacje Trumpa przesuwają priorytety. Gdy trzeba bez końca gasić pożary rozpalane w Waszyngtonie, trudno prowadzić spokojną i konsekwentną debatę o systemowej rywalizacji z Chinami.
Dlatego Chiny rosną w siłę nie tylko dzięki własnym atutom, lecz także dzięki słabości USA pod rządami Trumpa. Pekin nie jawi się światu jako opcja idealna — ale jako opcja przewidywalna w świecie, który desperacko szuka stabilności.
Odpowiedź na pytanie, czy wyrośnie z tego trwała rola przywódcza, wciąż pozostaje otwarte.
Jedno jest pewne: dopóki Waszyngton będzie eksportował chaos, Chiny będą zbierać punkty za spokój — i wykorzystywać tę geopolityczną okazję z konsekwencją godną podziwu.