Wyobraź sobie taką scenę: kupujesz nowoczesny telewizor. Smukły, OLED-owy, z procesorem szybszym niż komputery z NASA z czasów lądowania na Księżycu. Wnosisz go do domu, wieszasz na ścianie i podłączasz do prądu. Nie masz anteny, bo po co? Masz światłowód, Netflixa i konsolę. Telewizja linearna interesuje Cię mniej więcej tak bardzo, jak zeszłoroczny śnieg w Argentynie.
Dalsza część tekstu pod wideo
I wtedy puka On. Kontroler z Poczty Polskiej.
![]()
Potencjał zamiast funkcji
Zgodnie z polskim prawem – a raczej jego specyficzną, niemal magiczną interpretacją – w Twoim salonie właśnie zmaterializował się „odbiornik”. Fakt, że nie masz anteny i nie zamierzasz jej kupować, nie ma znaczenia. Państwo, ustami sędziów i urzędników, mówi Ci:
Masz dziurkę na kabel? Masz. Masz w środku tuner? Masz. To, że nie kupiłeś anteny, to tylko Twój kaprys. Konstrukcja jest gotowa, domniemanie użytkowania aktywowane. Płać.
To fascynujący przykład prawnej ekwilibrystyki, w której logika techniczna przegrywa z logiką fiskalną. Z punktu widzenia inżyniera, telewizor bez źródła sygnału jest jak samochód bez kół – niby ma silnik, ale nigdzie nim nie pojedziesz. Jednak dla aparatu państwowego koła to „nieistotny szczegół zewnętrzny”. Ważny jest potencjał. Potencjał do opodatkowania.
Prawne przeciąganie liny
Problem w tym, że ta dyskusja nie toczy się w próżni. Ona toczy się na fundamencie ustawy z 2005 roku, która mentalnie tkwi jeszcze w epoce kineskopów i trzech kanałów na krzyż. Próba naciągania tych archaicznych definicji na smartfony, tablety czy laptopy (bo przecież „też wyświetlają obraz”) to już nie tylko nadinterpretacja – to prawny surrealizm.
Gdzie tkwi źródło tego uporu? Można odnieść wrażenie, że w gmachach sądów i urzędów wciąż straszy duch PRL-u. To ten specyficzny rodzaj mentalności, w którym obywatel jest przede wszystkim „płatnikiem”, natomiast każda wątpliwość w przepisach jest rozstrzygana na korzyść państwowej kasy, a nie jednostki. Zasada in dubio pro tributario (rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatnika) brzmi dumnie w podręcznikach, ale w starciu z abonamentem RTV staje się pustym hasłem.
Hybryda zamiast misji
Media publiczne w Polsce stały się dziwną hybrydą – trochę misyjne, trochę komercyjne, a w dużej mierze polityczne. I właśnie ta „hybrydowość” sprawia, że płacenie abonamentu „dla zasady” budzi tak silny opór. Nie chodzi o te kilkadziesiąt złotych. Chodzi o poczucie uczestnictwa w systemie, który jest nielogiczny, nieprzejrzysty i oparty na „polowaniu na czarownice”.
Dopóki media publiczne nie staną się mediami publicznymi z prawdziwego zdarzenia, finansowanymi prosto i klarownie z budżetu, dopóty będziemy toczyć te absurdalne boje o to, czy kawałek plastiku z ekranem jest już odbiornikiem, czy jeszcze nie. Bo w kraju, w którym każda debata jest skażona polityką, nawet głupia antena staje się symbolem walki o to, czy państwo w końcu zacznie ufać swojemu obywatelowi.
Sygnał narastającego absurdu
Na razie jednak, patrząc na interpretacje sądów, wniosek jest prosty: w oczach państwa wszyscy jesteśmy posiadaczami odbiorników. Nawet jeśli jedyne, co odbieramy, to sygnał narastającego absurdu.

