Kazimierz Deyna przez wielu jest uważany za najlepszego polskiego piłkarza w historii. Teraz dowodzić ma temu Centrum Deyny, które wybudowano w Starogardzie Gdańskim. Na hucznym otwarciu, na które dotarły legendy polskiej, pojawił się również Janusz Marciniak.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Na tę specjalną okazję przyleciał z USA. Przyjaciel Kazimierza Deyna opowiada nam, jak ikona Legii i reprezentacji Polski korzystała z życia w Kalifornii. Wspomina też jednak trudne momenty, które doprowadziły do tragedii. Ta do dziś budzi wątpliwości.

Tak Deyna i Marciniak korzystali z życia w latach 80.

Jan Juszczuk, Przegląd Sportowy Onet: W jakich okolicznościach poznał pan w San Diego Kazimierza Deynę?

Janusz Marciniak: Byłem na przyjęciu u znajomych. Były to czyjeś urodziny albo imieniny. Była tam również Mariola Deyna, żona Kazika. Skończyło się przyjęcie i nie miał kto jej odwieźć do domu. No więc się zgłosiłem. Podwiozłem Mariolę pod dom i wymieniliśmy się numerami telefonów. Jakoś tydzień później zadzwoniła do mnie, czy nie mógłbym odebrać Kazika z lotniska. Stwierdziłem: Pewnie! Już jadę.

Zaczęło się od tego lotniska i tych wyjazdów. Później pojawiały się kolejne i tak ta przyjaźń między nami zaiskrzyła. Coraz częściej zaczęliśmy się spotykać, chodzić razem na obiady. Wychodziliśmy nawet na śniadania i kiedy tylko nie miał treningu, to spędzaliśmy wspólnie czas. A to wyszliśmy na piwko, a to poszliśmy na mecz koszykówki. Graliśmy w bilarda, miał w domu stół. Z kolei u mnie na osiedlu był stół do tenisa stołowego, w którego swoją drogą Kazio grał bardzo dobrze. Miałem też basen i jacuzzi. No i tak jakoś ta przyjaźń się rozwinęła.

I to wszystko działo się w San Diego. Jak pan trafił z Polski do Kalifornii w latach 80.?

Najpierw przyjechałem do Buffalo.

Czyli okolice Nowego Jorku.

Tak jest. I tam przeżyłem półtora roku, ale jak tam mówiono: gorszego miejsca w Ameryce już nie znajdę. W pewnym momencie powiedziałem „dość” i wyjechałem do San Diego.

Jakie wrażenie robiła Kalifornia na Polaku na początku lat 80.?

To był raj na ziemi. Ale pojechałem w nieznane. Na miejscu od razu napotkałem problemy. Byłem umówiony na dworcu z pewnym człowiekiem, który miał mnie odebrać i pomóc w znalezieniu noclegu i pracy. Do tej pory go nigdy nie spotkałem. Wyjąłem więc książkę telefoniczną i zacząłem dzwonić na polskie nazwiska i instytucje w San Diego. Ludzie jednak odkładali słuchawki. Po angielsku ledwo co mówiłem, tak że, jak dzwoniłem, to mówiłem „dzień dobry”.

Autostrada w Kalifornii. 1984 r. Autostrada w Kalifornii. 1984 r. (Foto: Michael Montfort/Michael Ochs Archives/Getty Images / Getty Images)

A jak już podejmowali rozmowę i tłumaczyłem im w jakiej sytuacji się znalazłem, to też odkładali słuchawkę. Aż trafiłem na panią, która powiedziała: „Dobrze. Niech pan na nas czeka na stacji, będziemy za godzinę”. Dodała, że wyższych od nich nie będzie. I faktycznie przyjechała młoda para wzrostu koszykarzy. Wzięli mnie do domu, co jest bardzo dziwne, żeby nieznajomego zabrać do domu, szczególnie w Ameryce. I tak się zaczęła moja przygoda w San Diego, gdzie później poznałem Kazika.

Deyna bywał na meczach NBA w San Diego

Wspominał pan, że chodziliście na mecze koszykówki. Czy to były wówczas spotkania NBA w San Diego?

W San Diego w latach 80. grali Clippersi, którzy dziś mają siedzibę w Los Angeles. I właśnie na mecze San Diego Clippers w NBA chodziliśmy z Kazikiem regularnie. Ale chodziliśmy też na Harlem Globetrotters. To jest bardziej cyrkowa odmiana koszykówki. Jeździliśmy też dużo nad Zatokę San Diego do Coronado Hotel. Spędzaliśmy tam dużo czasu. Oczywiście mnóstwo czasu spędzaliśmy też w restauracjach i barach. To już inny rozdział przygody.

Coronado Hotel w San Diego w latach 80. Coronado Hotel w San Diego w latach 80. (Foto: francois gohier / Getty Images)Mecz Clippers - Blazers w San Diego na początku lat 80. Mecz Clippers – Blazers w San Diego na początku lat 80. (Foto: Focus on Sport / Getty Images)Tak w Kalifornii z życia korzystał Kazimierz Deyna

Rozumiem, że pan Kazimierz lubił korzystać z życia?

No lubił życie… Kazik lubił życie… I do tego umiał z tego życia korzystać w takich miejscach. Mimo że on był niemowa — stał z boku i raczej wolał słuchać. Lubił mieć kogoś obok siebie. Kogoś, kogo znał. On jak jechał w miejsce, gdzie nie miał znajomych, to dzwonił do mnie i mówił: chodź, pojedziesz ze mną do jakichś Niemców. Pytałem, ale co ja tam będę robił? Odpowiadał, żebym się nie martwił. No i tak jeździliśmy z reguły właśnie do Niemców. Z Polakami nie miał zbyt wielu kontaktów. Jeśli były, to raczej rzadkie. Miał kontakty z Jugosłowianami i właśnie z Niemcami. Bo to byli i są ludzie piłki. Zapraszali go na prywatne spotkania, ale też do różnych knajp.

Sporo wspomina się o słabościach Kazimierza Deyny.

Miał słabości… Kazik miał słabość do kobiet… Miał słabość do alkoholu i… kwiatów. Jest takie piękne zdjęcie, na którym on siedzi i wącha róże. To jest właśnie taki Kaziu. Ktoś pytał, a co to za zdjęcie, jak oczy zamknięte? Na to druga osoba odparła, że jeśli oczy są zamknięte, to dusza jest otwarta. Bo tak jest.

Kazik nigdy nie wracał z lotniska prosto do domu. Zawsze musiał zajechać po kwiaty. Musiał zawsze przynieść Marioli kwiaty po powrocie. Później jednak jakoś inaczej zaczęło się to wszystko układać… Te powroty do domu już nie były takie jak na początku.

Mariola i Kazimierz Deyna w 1981 r. Mariola i Kazimierz Deyna w 1981 r. (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)Wtedy zaczęło się psuć w domu Deynów

Coś gasło?

No gasło… Wszystko przez pieniądze. Kasa, kasa… Jak kasy braknie, to niestety często się to załamuje. Gdy ludzie nie potrafią w takich sytuacjach się porozumieć między sobą i nie ma wsparcia, to w końcu dochodzi do jakiejś tragedii. Mariola była przyzwyczajona do luksusu. Nie pracowała. Jej ceny nie obchodziły. Na zakupach pakowała wszystko, jak leci i szła dalej. No i ta sytuacja zaczęła jej przeszkadzać, a co za tym idzie, zaczęły się poważniejsze problemy. I ten brak pieniędzy doprowadziły do tej tragedii.

Jak było z tą stratą pieniędzy?

Facet, który go oszukał, nazywał się Ted Miodoński. Polak mieszkający w USA. Kazio podpisał taką umowę z San Diego Soccers, po której klub zarobione przez niego pieniądze wysyłał na konto Miodońskiego. Kazik dostawał miesięcznie 2 tys. dol., a reszta szła do Miodońskiego, który miał niby inwestować to w Szwajcarii. Aż pewnego dnia Kazik chciał wyciągnąć z banku jakieś pieniądze, a się okazało, że ich nie ma.

Kazimierz Deyna z ojcem Janusza MarciniakaKazimierz Deyna z ojcem Janusza Marciniaka (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)Deyna stracił wszystkie pieniądze

Ile lat przed jego śmiercią to się działo?

To było ok. trzy lata przed jego śmiercią. Od tego zaczęły się największe problemy. On jednak nie dawał tego po sobie poznać. On nigdy nie narzekał. To jeszcze można było wszystko uratować, ale jeśli nie usiądzie się przy stole i nie porozmawia, a do tego dochodzi brak porozumienia i brak wsparcia… Kaziu potrzebował wsparcia albo dobrego psychologa, bo na koniec on już był chorym człowiekiem. Na pewno był w głębokiej depresji. Takiemu człowiekowi jest potrzebna pomoc. Wtedy ja już mieszkałem w Nowym Jorku.

Czyli pod koniec lat 80. już pan nie mieszkał w San Diego?

Nie. Wyjechałem do Nowego Jorku, ale często widziałem się z Kaziem, bo moja firma miała siedzibę w San Diego i regularnie przylatywałem do Kalifornii na szkolenia.

Ale niestety… W wieku 41 lat, to zdecydowanie za wcześnie. Prócz wspomnianych problemów w małżeństwie podłamało go też bardzo to, że San Diego Soccers nie przedłużyło z nim kontraktu.

Deyna, Marciniak i Grzegorz Lato rok przed śmiercią Deyny w 1988 r. Deyna, Marciniak i Grzegorz Lato rok przed śmiercią Deyny w 1988 r. (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)Deyna nie chciał się ruszać z San Diego

A miał inne propozycje?

No miał! O to chodzi, że miał, ale San Diego było jego wymarzonym miejscem. Przyzwyczaił się już. On nie lubił zmian. Miał tam sporo znajomych. Mógł grać jeszcze w innych klubach, ale on chciał w San Diego i koniec. Ale niestety były tam pewne układy. Trener zaczął wystawiać w pierwszym składzie swojego syna, który niewiele potrafił. W grę zaczęły wchodzić też pieniądze, bo Kazik dobrze zarabiał, a nagle zaczęli sprowadzać tańszych zawodników.

O jakich kwotach mówimy? Za roczną pensję stać było go na kupno domu w San Diego?

Wtedy fajny dom w San Diego można było kupić za 100 tys. dol.

I tyle zarabiał?

On zarabiał w najlepszych latach 80 tys. dol. rocznie, ale za tyle też można było kupić niezły domek. Zresztą on kupił dom. Mieli ładny dom, ale niestety…

Deyna w latach 80. Deyna w latach 80. (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)Janusz Marciniak nie wierzy w samobójstwo Deyny

Jak pan wspomina wiadomość o śmierci pana Kazimierza?

Tam były jakieś podejrzenia, że to było samobójstwo albo że się zapożyczył u mafii, która upozorowała tę śmierć, ale to nie jest prawda. Był podpity i przysnął za kierownicą. Po prostu.

Czyli w samobójstwo pan nie wierzy?

Ale w żadnym wypadku. W książce Romana Kołtonia „Deyna. Czyli obcy” wraz z żoną napisaliśmy jeden rozdział. I tam rozmawiam z piłkarzami z San Diego, z którymi grał. I nikt nie miał wątpliwości, że to na pewno nie było samobójstwo, tylko przysnął i doszło do wypadku. Ci chłopacy z drużyny znali go bardzo dobrze i nikt nie wierzył w samobójstwo. Natomiast byłem z nim przykładowo w takiej sytuacji, gdy zasnął za kierownicą przy dużej prędkości i przelecieliśmy przez stację benzynową. Na szczęście trafił między dystrybutory, bo w innym przypadku doszłoby pewnie do tragedii.

Marciniak, Mariola Deyna, Kazimierz DeynaMarciniak, Mariola Deyna, Kazimierz Deyna (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)

Dziennikarz Stefan Szczepłek kilkukrotnie cytował Jacka Gmocha, który twierdził, że Deyna miał naturalnie niskie ciśnienie, przez co miał długo i często spać. Słyszał pan o tym?

O niskim ciśnieniu nie słyszałem, ale to, że przysypiał za kierownicą, to jest prawda.

W tamtych czasach pili wszyscy. Nikt jednak nie miał takiej głowy jak Deyna

Wracając do problemów Deyny w ostatnich latach jego życia. Faktycznie miał ich wiele?

Nie wiem, czy był tym alkoholikiem… W rozmowach z piłkarzami z San Diego wszyscy mówili, że nie był. Powtarzali, że jak on był alkoholikiem, to my wszyscy byliśmy. Wszyscy wtedy pili. Tylko że Kazik trochę więcej od nich, bo potrafił. Oni już przysypiali, a on jeszcze nie czuł, że wypił. Zachowywał się, jakby pił wodę z cukrem.

Drużyna San Diego Soccers z DeynąDrużyna San Diego Soccers z Deyną (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)Deyna nie trwonił pieniędzy

Szastał pieniędzmi? Często zmieniał samochody?

Nie… On miał jeden samochód.

Rozbił się Dodgem.

A tak, rozbił się Dodgem, ale to już miał inny po tych wszystkich kryzysach. Wcześniej przez wiele lat miał jednego Lincolna. Nie był rozrzutny, ale nie był też taki, który dusił i jeśli zapraszał do restauracji, to chciał stawiać. Był normalny, tak jak powinno być pod tym względem.

Tak wolny czas w San Diego lubił spędzać Kazimierz Deyna

Miał swoje ulubione miejsca w San Diego? Ulubione jedzenie? Ulubiony alkohol?

Niemiecka restauracja Kaiserhof to była jego ulubiona knajpa. Tam jeździliśmy bardzo często. Tam go lubili, bo wiadomo, że jak Niemcy, to i piłka. Na ścianach wisiało tam wiele piłkarskich pamiątek. Kazik przede wszystkim lubił szampana. Tyle szampana co tylko z nim, to w życiu nigdy już nie wypiłem. Lubił też koniak… no i czystą. Lubił polskie jedzenie. Niemieckie jest bardzo podobne do polskiego, dlatego te kotlety i sznycle bardzo lubił. Lubił też owoce morza. Nie pogardził również dobrym tatarem.

Pamiętam, że była u mnie w domu impreza z okazji przyznania mi obywatelstwa. Zaprosiłem kolegów z pracy i Kazia. Koledzy zapowiedzieli się, że przyniosą pizzę i piwo, więc nic więcej nie potrzeba. Mówię jednak do Kazia, że i tak musimy coś zrobić. On na to, że chodź, zrobimy tatara. No i zrobił tego tatara, a oni przyszli, rzucili to mięso na patelnię i zrobili burgery. Mówimy: kurde, profanacja tatara! (śmiech)

Mariola Deyna znajdowała u męża rachunki z hoteli

Wspominał pan o kobietach. Powodowały mocne zawirowania w życiu Deyny? Czy zostawiał ten temat z boku?

On to zostawiał. To wszystko było tylko przelotne.

Czy z tego powodu pojawiały się sceny zazdrości w domu Deynów?

Nic o tym nie wiem. Słyszałem tylko o jakichś tam scenach, że pobił Mariolę itd. Ja nigdy nie byłem tego świadkiem, a byłem bardzo często u nich w domu. Choć Mariola wiele podejrzewała, bo pamiętam takie sytuacje, gdy ich odwiedzałem, pokazywała mi jakieś rachunki z hotelu i twierdziła, że na pewno ją zdradza. Uspokajałem ją tylko, że to z restauracji, gdzie nie ma hotelu.

Wszystko zepsuł brak pieniędzy. Na niego to jakoś mocno nie wpływało. On prowadził szkółkę piłkarską, trenował dzieci i tak sobie dorabiał. Natomiast ona nie mogła się przestawić.

Kazimierz Deyna na MŚ w 1978 r. Kazimierz Deyna na MŚ w 1978 r. (Foto: Zbigniew Matuszewski / PAP (zdjęcia) – PS.Onet.pl)Ta wiadomość dobiła króla polskiej piłki

Na chwilę przed śmiercią Deyna miał dostać w swoje ręce pozew rozwodowy.

Dostałem liścik od jego ostatniej partnerki. Choć partnerka to chyba zbyt duże słowo. Oni razem nie mieszkali. On jak już kogoś miał, to wszystko było tylko przejściowe. I rzeczywiście ona przysłała mi pismo. To było pismo od adwokata Marioli do adwokata Kazika. Pismo to dotyczyło głównie podziału ról rodzicielskich. Było króciutkie. Ta ówczesna partnerka Kazika dodała do tego notatkę, że po raz ostatni rozmawiała z nim ok. 16.00. Przeczytał jej treść tego pisma przez telefon. Po tej rozmowie pojechał do baru i wszystko się skończyło. To był taki ostatni cios, bo on nie chciał rozwodu.

Syn Deyny nie poszedł w jego ślady. „Straszny leń”

Mocno kochał swojego syna? Był dla niego najważniejszy?

Syn był dla niego najważniejszy na świecie do momentu, aż mieszkałem w San Diego. Później nie wiem. Nie chcę kłamać, bo nie było mnie, więc nie wiem. On bardzo dbał, żeby Norbert mówił po polsku. Gdy Norbert wtrącił jakieś słowo po angielsku, to kazał mu pisać je ileś tam razy po polsku. Chciał bardzo, żeby Norbert grał w piłkę, ale no niestety Norbert był straszny leń.

Wie pan, co dziś robi syn Deyny?

Nie wiem… Przez jakiś czas utrzymywałem z nim kontakt, ale później się urwał. Mam go na Facebooku. Wyślemy sobie życzenia, ale stałego kontaktu nie mamy.

Studiował? Wciąż mieszka w Kalifornii?

Tak, nadal mieszka w Kalifornii, ale nie studiował. Ożenił się z Polką, ale później się rozwiedli.

Tak Deyna mógłby zareagować na Centrum Deyny

Jak pan zdążył poznać Kazimierza Deynę, to cieszyłby się z tego muzeum? Czy nie lubił takich wielkich celebracji?

Myślę, że z czegoś takiego mógłby być zadowolony. On powtarzał ciągle o tym Starogardzie. Mówił ciągle, że tu pojedziemy. Zresztą jeszcze w Anglii powtarzał, że będzie chciał wrócić kiedyś do Polski, bo to jest jego miejsce. Później czekał, aż Norbert skończy szkołę w Ameryce i dopiero wrócą. Ale nosił się z tym, żeby wrócić do Polski. Zresztą to też bardzo dobrze wie Adam Topolski, do którego dzwonił i mówił, żeby Adam znalazł mu jakieś mieszkanie. Ale nie wyszło… Brak współpracy i rozmów w rodzinie. To była główna przyczyna tego wszystkiego. Mariola miała żale, że dał się wplątać, ale to nie była tylko jego decyzja. To była ich wspólna.

Centrum Deyny w StarogardzieCentrum Deyny w Starogardzie (Foto: Marcin Gadomski / PAP (zdjęcia) – PS.Onet.pl)Pogrzeb Kazimierza Deyny w USA. 09.09.1989 r. Pogrzeb Kazimierza Deyny w USA. 09.09.1989 r. (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)Janusz Marciniak wraz z żoną przy grobie Deyny w USAJanusz Marciniak wraz z żoną przy grobie Deyny w USA (Foto: Muzeum Kazimierza Deyny/Janusz Marciniak / Muzeum Kazimierza Deyny)